Przygody Mariusza K. (23)

Krzaki nieopodal ławki zaszumiały ostrzegawczo, lecz było już zbyt późno na reakcję; przez cholernego gadułę Mariusz stracił czujność. Najpierw zza zasłony gałęzi wyłoniły się plastikowe grabie, potem papierosowy dym, następnie zaś już cała emanująca niewysłowioną pogardą dla otoczenia postać. Ogrodnik skrzywił ogorzałe oblicze, wyćwiczonym ruchem warg przemieścił papierosa z lewego ich kącika na prawy, wolnym półgębkiem splunął niedbale. Wystudiowanym krokiem podszedł do ławki i stanął ponad siedzącymi na niej, wsparty na stylisku grabi. Napawał się odniesionym, długo oczekiwanym zwycięstwem, starannie dozując napięcie – zastygły w niemej grozie Mariusz był tego świadom.(…)

Reklama

Przygody Mariusza K. (22)

K. zobaczył przed sobą ciągnący się w dal korytarz szpitala. Poznał go natychmiast, wszak w sennych koszmarach odwiedzał to miejsce nader często. Wszystko się zgadzało: jarzeniówki, zielone linoleum, odłażąca gdzie nie gdzie farba oraz rzędy drzwi po obu stronach, i każde wyglądały, jakby lada chwila miała zza nich wybiec Sarah Connor z ułamanym kijem od mopa w rękach oraz mordem na twarzy.(…)

Przygody Mariusza K. (21)

Klaudyna, jak zauważył K., również była wyraźnie poruszona. W szczerym odruchu swego wrażliwego, współczującego serca wywiesiła na balkonie państwową flagę przewiązaną czarną wstążką. Mariusz w rysującym się przed nim krajobrazie okien sąsiedniego bloku zauważył falujący na wietrze las podobnych flag – rzecz niespotykaną nawet w święto odzyskania niepodległości. Okoliczności jednakże były bezprecedensowe.(…)

Przygody Mariusza K. (20)

„Uniesienie skandującego K. udzieliło się całej sali. Ludzie wstawali z miejsc, nagradzali go brawami. Wykładowca skłonił się z szacunkiem. Wreszcie ktoś docenił, pomyślał pokraśniały na twarzy Mariusz, w dodatku nie byle kto – ludzie wykształceni, inteligencja! Zawsze podświadomie czuł w sobie uśpiony potencjał i tylko ów zacofany, skostniały świat w swej poznawczej ciasnocie tłamsił jego samorozwój. Ale my ruszymy z posad tę siermiężną bryłę! – odgrażał się w zaciszu swych snów o potędze.(…)”

Przygody Mariusza K. (19)

„Nadszedł czas i Mariusz wiedział o tym, wyczytał ów fakt – jak co dzień – z oblicza Klaudyny J., a także z jej wyciągniętej, nieznającej sprzeciwu dłoni. Choć nie miał zdolności profetycznych, K. bezbłędnie ujrzał swój przypieczętowany los na liniach papilarnych owej drobnej, tak kochanej rączki. Kapitulując milcząco, położył na niej pilota od telewizora.(…)”

Przygody Mariusza K. (18)

„Mariusz odetchnął z ulgą, lecz zaraz znów zmitygował samego siebie. Z rzadka tylko oddychając, ruszył szybkim krokiem w kierunku piekarni, gdzie oto triumf nieubłagany odnosiła – napiętnowana srodze jako grzech główny – żądza pieniądza nad podniosłym postulatem społecznej sprawiedliwości w zakresie powszechnego odpoczynku od pracy w święto narodowe (…)”

Przygody Mariusza K. (17)

„Tak oto stojący w drzwiach swojego mieszkania Mariusz poddał się badaniu, a odpowiedzi na kolejne zadawane pytania natychmiast skrupulatnie odnotowywano w nieskończenie cierpliwej i, podobnie do starego dobrego papieru, gotowej przyjąć wszystko elektronicznej pamięci. Przyjęła ona zatem do wiadomości bez słowa sprzeciwu, iż K. nie posiada samochodu, prawa jazdy, konta w banku ani nawet, co szczególnie zdawało się bulwersować przybocznych, konta na Facebooku.(…)”

Przygody Mariusza K. (16)

„Telefon dzwonił, a Mariusz patrzył, wściekły na samego siebie zarówno z powodu swej naiwności, jak również samego faktu spełnienia nieubłaganej zapowiedzi. Z raz nadanym biegiem sprawy nie da się już zatrzymać; Behemot biurokratycznego perpetuum mobile nadciągał właśnie, by przejechać po nim.(…)”

Przygody Mariusza K. (15)

„Oto i odnalazł dom, gdzie mieszkała lepsza przyszłość, izbę swojego własnego Nowego Wspaniałego Jutra. Poczuł już jego przedsmak zaklęty w płaskim uśmiechu naturalnej wielkości nadruku kobiety na ścianie. Z rozdziawioną twarzą Mariusz stanął przed wejściem do Świątyni Ciała.”

Przygody Mariusza K. (14)

„O godzinie 6:45 dryfującego po buczącym oceanie rtęci pośród rozbłysków synaps Mariusza K. brutalnie wyrwano ze snu i bezpardonowo rzucono w wir dnia. Zmiany, a zarazem uosabiająca je pełna dezaprobaty mina Klaudyny J., nie znały litości. Jak w przypadku każdej rewolucji były tylko dwa wyjścia: przyłączyć się lub zginąć. Zobaczywszy, co zostało podane na śniadanie, Mariusz zaczął żałować, że nie wybrał tego drugiego.(…)”