Przygody Mariusza K. (23)

Żył sobie onegdaj pewien wyraźnie pozbawiony wrażliwości oraz wyobraźni człowiek. Nie on pierwszy i nie ostatni w historii wykazywał wspomniane niedostatki moralno-intelektualne, lecz, niestety, zamiast chować je wstydliwie bądź bohatersko próbować zwalczyć na drodze nieustraszonego, bezlitośnie dążącego do prawdy samorozwoju, osobnik ten postanowił wypuścić do szerokiego świata swe u samego zarania skażone myśli (a uczynił to ku zdecydowanej aprobacie owego adresata o ogólnym kwantyfikatorze – o zgrozo!). W popularnej pieśni autorytatywnie orzekł, iż wszyscy ludzie winni są pamięć ogrodom, albowiem z nich przed wiekami przyszli. Zważywszy na swe doświadczenia – z całą pewnością nie do wyobrażenia dla piszącego ignoranta – Mariusz bynajmniej nie wspominał z właściwą starym hitom nostalgią przemierzanego właśnie ogrodu. Przeciwnie, całą skromną mocą woli pragnął o tym miejscu zapomnieć. Jednakże jego prywatny żyjący we wnętrzu głowy homunculus tych akurat wspomnień – co już nieraz było mu wytknięte – nie zamierzał odłożyć ad acta hippocampus.

Ogród szpitala, jak wiele rzeczy będących we władaniu rozmaitych jednostek państwowych, nazwę swą miał na wyrost, bowiem składało się nań kilka drzew, krzewów, trawnik oraz błądzące między nimi bez jakiegokolwiek ładu ścieżki. No i, rzecz jasna, pozostał jeszcze jeden, najbardziej traumatyczny element. Opuszczając budynek, tam właśnie Mariusz K. skierował swe kroki, a w głowie cały czas przeżuwał myśl o chorym zębie, którego najlepiej wyrwać jednym zdecydowanym ruchem.

Tak oto kolejny raz w swoim życiu (miał nadzieję, że już ostatni) stanął przy skromnej kwiatowej grządce, gdzie miejscowi Biali Ludzie zezwalali tym nieco lepiej rokującym spośród rezydujących tu na prowadzenie ogrodniczej enklawy o autonomicznym statusie. Nie wtrącano się wszak do uprawianych tam roślin – wierząc, za benedyktyńską zasadą, w uzdrawiającą moc pracy – a przynajmniej taki stan rzeczy utrzymywał się aż do incydentu z udziałem niejakiego Mariusza K. Ów sprawca haniebnego występku sprzed lat, lokalny Herostrates, stanął teraz nad pięcioma dziurami w ziemi i z niedowierzaniem zaobserwował, jak niewielkie ślady po wyrwanych przez niego różach urosły za sprawą nieznanych mocy do rozmiarów kraterów po wybuchach pocisków moździerzowych. Proporcjonalnie do dziur w ziemi w Mariuszowym wnętrzu rozrosła się wina. Ale gdzie tu zaznać rozgrzeszenia? – zamyślił się K. Czy tylko wydanie się w ręce szpitalnego ogrodnika i przyjęcie odeń sprawiedliwej kary uspokoiłoby dygot sumienia?

Tuż nad grządką straszył rząd okien szpitalnych sal, wraz z pieczołowicie zanieczyszczonymi przez gołębie parapetami. Na jednym z nich siedział bóg i przyglądał się Mariuszowi z obojętnym wyrazem nieco dziecinnego oblicza.

– Może ty mi pomożesz? – zagadnął go K. – Jesteś przecież bogiem.

– JA ci pomogę. A jaki masz problem? – Wyraźnie zadowolony, że został uznany za autorytet, bóg aż pokraśniał na gładkiej twarzy i poklepał się po zalanym sadłem brzuchu.

Mariusz wyłożył mu swą sprawę.

– JA bym się nie przejmował – padła natychmiastowa odpowiedź.

– Na to już za późno. Przejmuję się i szukam odkupienia! Co z ciebie za bóg, skoro pomagać nie umiesz?

– JA wszystko umiem. To ty masz problem ze sobą – odparł lekko bóg.

– Mam. Wiem o tym. Przyznanie się to pierwszy z dwunastu kroków do wolności. Ale co robić dalej? Jakaś pokuta? Ćwiczenia duchowe? Samorozwój? Coaching? Powiedz mi, jak mam pracować nad sobą!

– JA na pracy się nie znam. Na rozwoju też nie, bo żadnego nie potrzebuję. JA jestem bogiem – jak miałbym się bardziej rozwinąć?

Nagle otworzyło się okno, przy którym siedział bóg, i strąciło go z parapetu; z plaśnięciem sadła wylądował twarzą w hortensjach. W otwartym oknie pojawiła się zaś uśmiechnięta twarz Klawisza. Pomachał Mariuszowi, zaraz jednak posmutniał.

– Kiedyś wierzono w Boga, a na imię miał Jestem. Dziś jego miejsce zajął ten bóg – JA Jestem. Nie wymaga wiele od wiernych, ale też niczego im nie daje. Jeśli chcesz z nim porozmawiać, mów o jego sprawach. Innych tematów nie porusza – rzekłszy to, Klawisz pokręcił smętnie głową, zamknął okno i zniknął.

Mariusz przed wyruszeniem w dalszą drogę zapragnął jeszcze w ramach rewanżu kopnąć leżącego boga w tłusty tyłek, ale porzucił ten zamiar, w porę ostrzeżony przez szósty zmysł zawodowego neurotyka z wieloletnim doświadczeniem. Na trawniku nieopodal dostrzegł bowiem cień ludzkiej sylwetki nonszalancko wspartej na dzierżonych w spracowanym ręku grabiach (druga ręka sięgała do ust, bez wątpienia celem wprowadzenia do organizmu kolejnej dawki życiodajnej nikotyny). Przezwyciężając atawistyczny odruch znieruchomienia w reakcji na zagrożenie, K. salwował się ucieczką.

W centrum ogrodu, u zbiegu niewątpliwie nietrzeźwą ręką projektowanych oraz równie odurzoną konstruowanych brukowanych ścieżek stał kilkumetrowy posąg Klaudyny. Mariusz schował się za nim i poczekał, aż goniący go ogrodnik zniknął za rogiem budynku. Ona zawsze uratuje, pomyślał i czule poklepał ogromną marmurową nogę. Góruje, panuje, ale gdy trzeba, uratuje!

Upewniwszy się co do zgubienia pogoni, wykonał w kierunku niewidocznego już prześladowcy gest Kozakiewicza i ruszył ścieżką w przeciwną stronę. Postanowił odpocząć w cieniu drzewa.

Z westchnieniem ulgi Mariusz usiadł na ustawionej pod szemrzącą brzozą ławce. Nie zdążył nawet porządnie się przeciągnąć, gdy zza konaru wybiegł jakiś zziajany facet. Ubrany w niemodny szary garnitur, dopadł ławki i klapnął niezdarnie obok K., nawet nie zapytawszy o pozwolenie.

– Albo ten zakład w Gostyninie – sapnął spod wypielęgnowanego wąsa – Krajowy Ośrodek Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym. W 2013 roku ówczesny prezydent podpisał tzw. ustawę o bestiach. Z więzień po odsiedzeniu wyroków 25 lat pozbawienia wolności zaczęli wychodzić zabójcy, których od kary śmierci uratowało moratorium z roku 1988. Obecnie kilkadziesiąt osób przebywa w Ośrodku, choć odsiedzieli już swoją karę. Jedyną przesłanką do trzymania ich w zamknięciu jest wysokie prawdopodobieństwo powrotu do popełniania czynów zabronionych – zabójstw i przestępstw seksualnych – a zatem de facto są karani za przestępstwa, których jeszcze nie popełnili. Nie sposób tego nazwać inaczej, jak…

Mężczyźnie na moment zabrakło tchu do kontynuowania tyrady, co natychmiast wykorzystał Mariusz.

– Ale, przepraszam, kim pan jest? – bąknął, dyskretnie rozglądając się w poszukiwaniu dogodnego kierunku kolejnej ucieczki.

Facet sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i gwałtownym ruchem wcisnął coś w dłoń Mariuszowi. Jednocześnie hałaśliwie nabrał powietrza. Zdumiony K. odczytał napis na wręczonej mu wizytówce:

Janusz Ciel-Wichrzy

RZECZNIK SPRAW WYPARTYCH ZE ŚWIADOMOŚCI SPOŁECZNEJ

To może być właściwa osoba, pomyślał z nagle rozbudzoną nadzieją. Może on zdoła pomóc? Wygląda na porządnego i przede wszystkim zaangażowanego człowieka.

– …nie zwracano uwagi na apele ekonomistów – perorował tymczasem Rzecznik – skupiając się raczej na doraźnych problemach, które organy państwa same spowodowały poprzez zamknięcie całych sektorów gospodarki. Tak wielka emisja pieniądza pozbawionego pokrycia w masie towarowej musiała wywołać potężny impuls inflacyjny…

– Bo widzi pan – Mariusz prawie krzyczał, by przebić się przez pozbawiony przerw wywód – mnie też wypchnięto ze świadomości, ale chyba mojej własnej. Wpadłem tutaj poprzez zsyp, uwierzy pan?

– Na wierze opierają się podstawy porządku tego świata, i nie dotyczy to wcale religii. Odkąd Stany Zjednoczone, a w ślad za nimi inne kraje, odeszły od standardu złota, świat zaczął operować pieniądzem fiducjarnym. Czym jest pieniądz fiducjarny? Jest to pieniądz, który ma wartość, ponieważ ludzie wierzą w jego wartość. Pozbawiony jest on odniesienia do jakiegokolwiek dobra czy obiektywnie istniejącego wyznacznika wartości. Dawniej banknot reprezentował złożony w banku depozyt w złocie na odpowiednią kwotę. Dzisiaj obiektywnie jest on warty tyle, ile papier zużyty do jego wydrukowania. Taki brak odniesienia doprowadził do następującej sytuacji. Suma kapitału na dzisiejszych rynkach finansowych dziewięciokrotnie przewyższa łączną wartość wszystkich znajdujących się na świecie dóbr…

– Panie, ja chcę się stąd wydostać, a pan mi tu sadzi o teoriach spiskowych! – zirytował się Mariusz. – Muszę stąd uciec, natychmiast!

Rzecznik energicznie pokiwał głową.

– Eskapizm jest obecnie zjawiskiem społecznie powszechnym i występuje coraz szerzej w różnych grupach wiekowych. Fantazje, różnorakiego rodzaju, oferują możliwość łatwego odsunięcia na bok problemów oraz wyzwań stawianych przez rzeczywistość. Nieodłącznie towarzyszą temu zjawiska prokrastynacji, indyferentyzmu i infantylizacji. Jeszcze kilkanaście lat temu czterdziestoletni mężczyzna grający w gry komputerowe budził co najwyżej uśmiech politowania. Dziś nikogo to nie dziwi, co więcej, przemysł rozrywkowy formułuje oferty – gry, filmy, seriale, literaturę, muzykę, platformy streamingowe, eventy – skrojone specjalnie pod taki typ klienta, jako target o dużym potencjale zysków…

Krzaki nieopodal ławki zaszumiały ostrzegawczo, lecz było już zbyt późno na reakcję; przez cholernego gadułę Mariusz stracił czujność. Najpierw zza zasłony gałęzi wyłoniły się plastikowe grabie, potem papierosowy dym, następnie zaś już cała emanująca niewysłowioną pogardą dla otoczenia postać. Ogrodnik skrzywił ogorzałe oblicze, wyćwiczonym ruchem warg przemieścił papierosa z lewego ich kącika na prawy, wolnym półgębkiem splunął niedbale. Wystudiowanym krokiem podszedł do ławki i stanął ponad siedzącymi na niej, wsparty na stylisku grabi. Napawał się odniesionym, długo oczekiwanym zwycięstwem, starannie dozując napięcie – zastygły w niemej grozie Mariusz był tego świadom.

– I co, czubasku? Znów się widzimy – zaczął ogrodnik niemalże poufale. – Porozmawiamy sobie dzisiaj, ty i ja. Na przykład o wyrywaniu róż. Mamy taką jedną sprawę do wyjaśnienia.

Na to znów uaktywnił się Rzecznik.

– Jedną z konsekwencji zachowań eskapistycznych jest zanik debaty, jako sposobu rozwiązywania konfliktu przy pomocy wymiany argumentów. Jednostki nawykłe do ucieczki od problemów unikają konfrontacji z innymi niż własne punktami widzenia, a gdy zostają do niej zmuszone, sięgają po argumenty o naturze emocjonalnej, nie racjonalnej, ponieważ nie nauczyły się…

– A ten to kto? – pełne irytacji mruknięcie spotęgowane zostało dodatkowo wypuszczeniem dymu nosem.

Mariusz drgnął nerwowo.

– T-to Rzecznik. O-on jest…

– Ach, więc kolesia sobie znalazłeś, czubasku? – Ogrodnik uniósł krzaczastą brew. – Nie podoba mi się. Za dużo mieli ozorem. Zrobimy tak: najpierw załatwię sprawę z nim, a ty, czubasku, będziesz patrzył. Potem przyjdę po ciebie. Siedź tu i czekaj!

Chwycił Rzecznika za połę marynarki i pociągnął na trawnik.

– Brutalizacja języka, a wraz z nim całokształtu życia społecznego, jest nierozerwalnie związana z postępem demokracji – nie przestawał mówić Rzecznik, nieomal wleczony przez napastnika – gdyż konflikt w sferze politycznej generuje silne emocje, te zaś, jak dowodzą badania socjologiczne, są kluczowe w dokonywaniu decyzji wyborczych…

Nagle znikąd pojawił się G. w swej nieodzownej dżinsowej kurtce, pstrokatej bejsbolówce, dziurawych spodniach i ze sznurem do bielizny w ręku. Zawadiacko puścił Mariuszowi oko, a potem począł krzyczeć wniebogłosy o widowisku, które lada chwila się rozpocznie. Okna szpitalnych sal pootwierały się, ludzie wyglądali zaciekawieni.

– Chodźcie tu, co z wami?! – darł się G., jednocześnie przywiązując sznurek do okolicznych drzew; wokół ogrodnika i Rzecznika powstał prowizoryczny ring. – Chyba nie chcecie przegapić walki wieczoru? No, dalej, przyłaźcie, bo zaraz ktoś zaliczy nokaut i nic nie zobaczycie!

Znudzonym szpitalną rutyną pacjentom nie trzeba było powtarzać. Wkrótce trawnik zaludnił się grupkami gapiów. Między nimi z czapką w ręku przemykał G. i pobierał opłatę za wstęp. Tym, co nie chcieli zapłacić, wygrażał grabiami – ogrodnik porzucił bowiem już swe narzędzie pracy i zapalonym nowym papierosem w ustach ganiał po ringu przerażonego Rzecznika.

– Samokontrola jest… słowem nieobecnym dziś… w języku… – zipał ów, uchylając się przed ciosami. – Młodych ludzi… wychowuje się z naciskiem na… spontaniczność, wyrażanie siebie… Kontrolowanie własnych emocji uważane jest… za szkodliwe dla zdrowia… psychicznego. Prowadzi to… w efekcie…

– Przepraszam pana, czy mogę?

Mariusz oderwał wzrok od pożałowania godnego widowiska i aż drgnął zaskoczony. Jedna z pacjentek stała przy ławce i przyglądała się badawczo jego niewątpliwie kretyńskiemu wyrazowi twarzy, przybieranemu zwykle, gdy ktoś niespodziewanie go zagadnął.

Z iście jogińskim mistrzostwem K. przeobraził niewyjściowy grymas w emanujący serdecznością uśmiech.

– Naturalnie, bardzo proszę! – Przesunął się nawet nieco, choć miejsca na ławce było pod dostatkiem.

Siadająca obok niego młoda dziewczyna nie była piękna, całą sobą ucieleśniała raczej przeciętność. Przeczesała mysiego koloru włosy, wygładziła nieco pidżamę i skupiła na K. spojrzenie nijakich, szarych oczu, uśmiechu jednakże nie odwzajemniając. Jej oblicze tchnęło niewzruszonym spokojem, jakże kontrastującym z szalejącym zamieszaniem dookoła.

– Lubi pan oglądać takie przedstawienia? – zapytała.

– Prawdę mówiąc, nie. Ale ten facet chce czegoś ode mnie. Ten z papierosem, znaczy się. Poluje na mnie. Ja kiedyś… to znaczy, nie żebym był tu winien. No, bez winy to też nie jestem… Bo, widzi pani…

K. był boleśnie świadom swego dukania, lecz wypełniający okolicę jazgot uniemożliwiał skupienie. Otaczający ring widzowie dopingowali z głośnymi okrzykami, każdy swego faworyta. Niezawodny G. biegał od grupki do grupki i przyjmował zakłady. Okładany przez ogrodnika Rzecznik usiłował pomiędzy kolejnymi razami powiedzieć coś o kradzieży jakichś pieniędzy z Otwartych Funduszy Emerytalnych.

– To było dawno temu. Byłem… kiedyś tutaj, tak jak pani, i… – zapatrzony w rozmówczynię Mariusz urwał wreszcie nieskładną wypowiedź. – Pani jest inna niż wszyscy tutaj – zauważył.

– To prawda – odrzekła.

Tymczasem dokoła niosły się ryki.

– …za łeb go!

– …z lewej! Z lewej lej, ośle!

– …ja bym go tym krawatem – chwycił tak, o, i pociągnął…

– …wbrew zasadom. Zdyskwilifa… zdysfalikiko… no wywaliliby cię, znaczy się…

– …proste bij, proste! Nie lataj za nim jak mucha za świeżym łajnem!…

– …stójże, krawaciarzu!…

– …utraciło obiektywny charakter… i obecnie pojęcie prawdy stało się… jedynie płynnym konstruktem z dominujących… w społeczeństwie opinii…

– Jak pani na imię?

Ławka, odkąd usiadła na niej dziewczyna, stała się rajską wyspą na otaczającym oceanie jazgotu. Niewzruszony, jakiś wręcz nieludzki spokój płynął od rozmówczyni Mariusza i wraz z wypowiedzianym słowem osiadł na jego duszy ciepłym balsamem.

– Apatheia.

– To włoskie imię?

–… ależ mu zajechał! Wystarczy parę takich strzałów i…

– …on jeszcze wstanie, zobaczycie. Ja wam mówię!…

– Greckie.

– … pod presją Niemiec inne państwa musiały… sfinansować spłatę długów. Nie było tajemnicą, że głównymi wierzycielami… bankrutującej Grecji były niemieckie… banki. Setki miliardów euro…

– Co pani tu robi? Przecież pani zupełnie nie pasuje do tej hołoty.

Mariusz odciął świadomość od otoczenia. Nawet nie patrzył już na ring. Kamienna, lecz pozbawiona twardości twarz Apathei pochłonęła go bardziej niż najnowszy model smartfona nastolatkę.

– Przyszłam do pana. Pan również tutaj nie pasuje i sądzę, że oboje wiemy, dlaczego. – Przysunęła się bliżej. Latarnią morską wśród ciemnej nocy sztormu stało się to gładkie, blade oblicze, i K., szukający ratunku rozbitek, bez wahania obrał na nie kurs. – Wyjście istnieje. Oni, ci wszyscy wokoło, nigdy go nie znajdą. Mogliby, gdyby chcieli. Przechodzą obok niego setki razy; patrzą na nie, lecz go nie widzą. Ale pan wie, Mariuszu. Czyż nie myślał pan o tym wielokrotnie?

– Tak… chyba wiem, o czym pani mówi.

– Nie proszę o zaufanie, bo to wielka rzecz, niespotykana nawet – zaufać komuś. Nie zamierzam mamić pana mirażami szczęścia. To byłoby nieuczciwe. Ale wierzę, że podejmie pan właściwą decyzję.

Ona nie istnieje, pomyślał nagle Mariusz. Jeśli cokolwiek miało go ostatecznie przekonać, że otaczający świat był ledwie majakiem, to właśnie ta kobieta. Była zbyt taktowna i zbyt mało ekspansywna, by istnieć naprawdę. Mogłaby, owszem, ale jedynie na kartach jakiejś zapomnianej radzieckiej powieści fantastyczno-naukowej, na które zasuszony dysydent przelał z goryczą – skryte za podwójną gardą fantazji i metafor przed Sauronowym okiem cenzury – sny swoje o wolności i rozdawał ją szczodrze rękami mądrej, potężnej cywilizacji, która w szlachetnym duchu humanizmu chciała podnieść z mroków tyranii i feudalnej niewoli swych mniejszych ludzkich braci z innej planety. I była tam taka jedna – pojedynczy płatek nieskazitelnie białego śniegu na błotnistej brei; wśród legionu obezwładnionych gorzałą ochlejów, ześwinionych do ostateczności kurwiarzy, bezmyślnie okrutnych żołdaków z toporami, chciwców z ubrudzonymi krwią sakiewkami, wymuskanych intrygantów, awanturników, złodziei, typów spod ciemnej gwiazdy oraz zwyczajnych, powszednich głupców – ona jedna, jedyna lśniła jak perła wśród tej sterty gnoju, tego nawozu historii, napierającego siłą dziejowych procesów, by i ją przerobić na podobną sobie…

– Mariuszu K., czy zostanie pan moim mężem?

Wobec takich słów na nic zdałoby się nawet opanowanie mnicha Shaolin, toteż zwyczajowy kretynizm Mariuszowej miny na powrót zmaterializował się bez udziału woli jako projekcja bezbrzeżnego zdumienia.

– Proszę?!

– Słyszał pan.

– No… ale, tego… przecież ja pani…

– Co takiego?

– No…. nie kocham pani… przecież… więc jak?…

– Oczywiście, że nie – ton i wyraz twarzy Apathei nie zmienił się ani na jotę. – Gdyby tak było, nigdy nie złożyłabym panu takiej propozycji.

– Nie… nie rozumiem.

– Proszę pójść ze mną.

Zebrali się do odejścia w samą porę. Rzecznika Spraw Wypartych ze Świadomości Społecznej przed nieuchronnym nokautem uratował nie gong, a znacznie donośniejszy od niego głos, wobec wybrzmienia którego drący się niemiłosiernie widzowie umilkli wpół słowa.

– KTÓRY Z WAS, ŁAJZY, UKRADŁ SZNUR OD BIELIZNY?!

Kawał ubranej w biały fartuch potężnej baby jednym tylko zdaniem spacyfikował całe rozwrzeszczane towarzystwo. W zapadłej nagle ciszy nawet G. jakby zmalał w oczach i ze spuszczoną głową, daszkiem bejsbolówki skrywając oblicze, ostrożnie, żeby nie zdradzić się w tłumie gwałtownymi ruchami, sunął w kierunku najbliższego drzewa – jedynej dostępnej osłony przed nieubłaganie nadciągającym wybuchem.

– Pytałam o coś! Oj, się doprosicie. Wszystko doktorowi powiem! My tu do was – jak do ludzi, a wy co? Łajzy! Chcecie rygor, to będzie rygor…

Zapowiadanego nadejścia rygoru nie ujrzał już jednak – i bardzo dobrze! – Mariusz K., gdyż wraz z Apatheią ruszyli w kierunku okalającego teren szpitala muru. Kilka metrów od pstrokatej kompozycji z kilkunastu różnego kształtu kontenerów na odpady była furtka w ceglanej ścianie. Mariuszowy mózg w sadystycznym odruchu przywołał z mętnych głębin wspomnienie zakończonej niegdyś w tym miejscu fiaskiem ucieczki. Wówczas K. również, podobnie jak współcześni tubylcy, przeoczył wyjście. Mimo to, zamiast ze wstydem, wyrozumiale spojrzał na dawnego siebie, K. z przeszłości bowiem zajmował znacznie niższy stopień na niematerialnej drabinie rozwoju własnego człowieczeństwa – ba! – nie zdawał sobie nawet sprawy z istnienia takowej.

Apatheia pchnęła furtkę i wyszli na zewnątrz. A tam zamiast wiecznie zawalonego samochodami chodnika, zamiast wijącej się slalomem pośród latarni ścieżki rowerowej, zamiast zapomnianego przez wszystkich plakatu wyborczego z 2000 roku, zachęcającego tutejszych suwerenów do oddania głosów na jedynego całą duszą zatroskanego o los Polski dobrodzieja – stała woda. Ledwie dwa metry od granicy muru wszystko ginęło w bezkresie wody. Jezioro ciągnęło się jak okiem sięgnąć, gdzieś tam na horyzoncie majaczyły jedynie odległe kominy. Przesłaniająca wszystko tafla była doskonale nieruchoma, nawet jedna zmarszczka nie zaburzała gładkiej powierzchni. Mariusz zapatrzył się w statyczny, jakby utrwalony na zdjęciu krajobraz i zasłuchał w głuchą ciszę.

– Możemy tutaj zostać – szepnęła Apatheia. Materia otoczenia wydawała się utkana z płynącej z jej ust harmonii i spokoju. – Tu nic nas nie dotknie, nic nie wzruszy. Podobnie jak tych wód nigdy nie skalała najmniejsza fala, tak i my pogrążymy się w perfekcji bezruchu. Razem, pan i ja, będziemy kontemplować niezakłócaną niczym równowagę. Wreszcie znajdzie pan od tak dawna poszukiwane ukojenie. Nie oferuję panu odpowiedzi ani daru zrozumienia, nie nakłaniam do nabycia czegokolwiek. Przeciwnie, ma pan szansę trwale się odciąć. Niech pan zostanie tu ze mną, Mariuszu K., a nie będzie pan już pragnął niczego.

– Tak po prostu?

– Wystarczy tylko zamknąć furtkę i cały chaos życia, to męczące pana nawet tutaj szaleństwo zniknie.

Mariusz zastygł z dłonią na klamce. Znów czegoś od niego chcieli. Nawet obiecując ucieczkę od wszystkiego, wyjazd w te zalane wodą metaforyczne Bieszczady, namawiano go, naciskano, formowano środkami perswazji, podtykano pod nos jeszcze jeden cyrograf. Kolejny raz coś musiał – jak nie zsyp, to klamka od furtki…

– A dajcie mi wszyscy święty spokój!

Wracając na teren szpitala, K. zderzył się w przejściu z nadchodzącym szybkim krokiem Wołkiem. Chudeusz ledwie uniósł zwyczajowo pochyloną głowę, bąknął coś i dołączył do Apathei nad bezkresem wód. Stanęli obok siebie i patrzyli w dal.

Z drugiej strony, pomyślał Mariusz, ona wcale nie taka zła. Wszystkie czegoś chcą, jasna sprawa, ale czy to tak wiele? Tu przynajmniej nikt nie wrzeszczy, nie zadaje głupich pytań ani nie zatruwa powietrza, uzewnętrzniając wątpliwej jakości myśli. Wybierać też – gdy już zamknie się furtka – nie będzie trzeba. No i panna całkiem przyjemna, może nie jak z okładki, ale miła i nienatarczywa. Ostatecznie to żaden problem wywalić tego cherlaka… Ale co z Klaudyną? – zaszemrał jakiś zaniepokojony głos z głębi czaszki. A nic, odrzekł mu butnie Mariusz, jej tu przecież nie ma, więc pokój z nią!

Podwinął już rękawy, gotów do rozprawy z Wołkiem, gdy przenikliwy chrobot rozdarł ciszę. Zdumiony K. odwrócił się i ujrzał, jak kamienna głowa górującego nad otoczeniem posągu Klaudyny obraca się powoli w jego kierunku z wyraźnie nasrożonym obliczem. Jeszcze zanim uświadomił sobie, co robi, pędził już po szpitalnym trawniku. Zasapany dopadł jednego z kontenerów na odpady i przycupnął za jego osłoną.

Kryjówka okazał się zajęta – tuż obok siedział, przyczajony jak żołnierz w okopie pod Verdun, Rzecznik Spraw Wypartych ze Świadomości Społecznej. Podbitymi oczami spojrzał na Mariusza, otarł krew spod nosa i uśmiechnął się, prezentując dwie luki w uzębieniu.

– Wbrew wygłaszanym przy każdej okazji deklaracjom czynników politycznych – zaświszczał głosem alergika w środku sezonu pylenia – w krajach demokratycznych indywidualne opinie nie są respektowane. Jeżeli, w opozycji do tkwiących w błędzie mas, jednostka zaprezentuje stanowisko zgodne z obiektywną prawdą, naruszające jednakże pewne powszechnie uznane twierdzenia, czeka ją najpierw towarzyski ostracyzm, a następnie społeczna stygmatyzacja. Gdyby obecnie pojawiły się osoby z rewolucyjnymi tezami na miarę Galileusza czy Kopernika…

Coś zachrobotało groźnie we wnętrzu kontenerów. Nagle pokrywy dwóch z nich – tych na bio odpady, jak zauważył Mariusz – odskoczyły i ze środka wyłoniło się dwóch facetów w długich szarych płaszczach. Wyższy i chudszy pomógł wyjść niższemu i grubszemu, a także kurtuazyjnie usunął mu z ramienia pozostałą tam skórkę od banana. Grubszy skłonił się lekko w podzięce i odwzajemnił uprzejmy gest, zauważywszy u towarzysza wystające z kieszeni, w trzech czwartych ogryzione udko kurczaka. Zacmokał przy tym z dezaprobatą, wszak był to odpad niewłaściwy dla tego rodzaju kontenera, po czym starannie obfotografował znalezisko kieszonkowym aparatem, a następnie zapakował je do woreczka na dowody rzeczowe. Chudy w tym czasie, z pełnym oburzenia obliczem, protokołował wszystkie czynności w notesie.

Mariusz obserwował ich z narastającą irytacją. Czekał, aż wyduszą wreszcie z siebie, czego od niego chcą, lecz intruzi bez reszty oddali się sprawie znalezionej kości.

– A panowie co? – warknął w końcu. – Puszki znajdziecie z drugiej strony.

Gdy tylko zaczął mówić, w grubego nagle wstąpiło życie. Błyskawicznym ruchem fechmistrza dobył schowanego w kieszeni dyktafonu i nagrał Mariuszową wypowiedź. K. zamrugał zaskoczony. Gruby jeszcze przez chwilę mierzył mu w twarz dyktafonem i nie doczekawszy się kontynuacji, z wyraźnym zawodem na pucołowatym obliczu schował urządzenie. Obaj zresztą, wraz ze swym chudym towarzyszem, wyglądali, jakby zaraz mieli się rozpłakać. Z wprawą złapali za ramiona i podnieśli siedzącego na ziemi Rzecznika.

– Co wy?! Przestańcie natychmiast!…

Protest Mariusza uciszył gest chudego, który wyciągnął z zanadrza skórzany futerał na dokumenty. Wytrenowanym ruchem nadgarstka otworzył go.

– Z kartą Vitay zapłacisz trzydzieści groszy mniej za litr benzyny… – odczytał głośno K.

Facet w płaszczu przewrócił oczami. Z przepraszającym uśmiechem otworzył właściwą przegródkę i oczom Mariusza ukazał się blaszany orzełek z wygrawerowanym napisem Służby.

No tak, oni to są wszędzie, pomyślał gniewnie Mariusz. Powinien iść sobie stąd, nic tu po nim. I znowu nie pasuje, znowuż rejterada… Ale dokąd? Gdzieś tam wszak wciąż grasował ogrodnik. Była też wielka baba w fartuchu, gotowa w wypadku spotkania zarzucić K. kradzież sznura od bielizny. No i któż może wiedzieć, czy po popełnionej przez Mariusza myślozbrodni marmurowy posąg Klaudyny, zamiast ponownie litościwie ukryć w swym cieniu, tym razem nie zmiażdży go kilkutonową nogą?

Agenci Służb ułożyli na pokrywach kontenerów Rzecznika, który apatycznie mruczał o jakimś nieujawnionym raporcie z likwidacji WSI. Chudszy wyciągnął spod płaszcza pistolet. Przez chwilę przypatrywał mu się ze zbolałą miną, po czym podał grubszemu. Ten również prezentował wyraz twarzy, jakby ubrał za ciasne majtki. Kowbojskim trikiem próbował zakręcić na palcu pistoletem i omal go nie upuścił. Pstryknął kilkukrotnie bezpiecznikiem, najwyraźniej nie rozróżniając, która pozycja umożliwia oddanie strzału, i wreszcie zwrócił broń koledze. Z niewyczerpaną cierpliwością kontynuowali spektakl, przerzucali pomiędzy sobą pistolet niczym gorący kartofel, a oniemiały świadek tych wydarzeń, jakim został Mariusz K., czuł, jak z każdym kolejnym podaniem coś umierało w jego wnętrzu. Nagle nastąpił niezauważalny z zewnątrz punkt zwrotny, bowiem po którejś tam kolejce karuzela stanęła. Wypadło na chudego. Odetchnął energicznie dla dodania sobie animuszu i przeładował broń. W zasadzie tylko usiłował to zrobić, ponieważ zamek zaciął się wpół drogi. Agent potrząsał pistoletem, pukał w niego, próbował nawet – czym przyprawił Mariusza o nerwowe drgnięcie – zajrzeć do lufy. W tym momencie zamek odskoczył z metalicznych chrzęstem, ugodził nieboraka w łuk brwiowy i wraz ze sprężyną powrotną odpadł od reszty broni.

–…Ustawa o Broni i Amunicji klasyfikuje jako broń nunczako i kastet, nóż bojowy zaś, zaprojektowany wszak do zabijania – już nie… – mamrotał tymczasem Rzecznik, uśmiechając się złośliwie.

– Całe to wasze państwo tak wygląda! – warknął do agentów zdrowo już wkurzony K.

Trzeba im pomóc, pomyślał, inaczej nigdy stąd nie pójdą i skażą go na oglądanie tej męki przez wieczność. Tylko jak? Pistolet już zdążyli zepsuć – chudy właśnie z dziecięcym zaciekawieniem oglądał rozbebeszone wnętrze mechanizmu.

Jakby usłyszał te myśli, zza kontenerów wyskoczył nagle G. i sięgnął do tego ze szkłem. Z dziarskim uśmiechem na twarzy podał Mariuszowi jego zagubionego wcześniej „tulipana”. Pełen niespodziewanej u siebie tkliwości K. przyjął swój improwizowany oręż; czule pogłaskał smukłą szyjkę. Ze zmrużonymi oczami spojrzał na Rzecznika Spraw Wypartych ze Świadomości Społecznej. Za dużo gadasz, pomyślał. Zbyt wiele niepokoju wywołujesz. A czasy i bez tego są ciężkie. I po co komu wiedzieć? Przykro mi, bratku: albo ty, albo mój spokój ducha.

Machnął niedbale uzbrojoną ręką, a dwaj agenci odskoczyli w panice, mało się nie przewracając. Za „tulipanem” wodzili przerażonym wzrokiem jak dwa zbite psy za laczkiem pana. Stanąwszy nad leżącym na kontenerach Rzecznikiem, K. kurtuazyjnie pozwolił mu dokończyć wypowiedź.

– …prawo dopuszcza współżycie seksualne, a zatem i możliwe macierzyństwo, od piętnastego roku życia, natomiast palenie papierosów – dopiero od osiemnastego. Należy też wspomnieć, iż w latach siedemdziesiątych na jednego emeryta przypadało statystycznie trzech pracujących odprowadzających składki do ZUS-u. Obecnie jest to tylko 1,2 pracującego, co przy niskim wskaźniku dzietności doprowadzi w kolejnych latach do zapaści systemu emerytalnego. To wszystko, co miałem do powiedzenia… Jak pies! – dziwnym, odmiennym głosem dodał na zakończenie Rzecznik i nareszcie umilkł. Za późno jednak było na litość Mariusza.

Trzymanego oburącz „tulipana” wzniósł nad głowę, po raz ostatni przekonał samego siebie, że tak trzeba, i zadał cios…

… wyhamował w ostatniej sekundzie, nim roztrzaskał ściskany w dłoniach wazon ze sztucznymi kwiatami o komodę. Mariusz gapił się na niego ogłupiały i dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że to jego własny wazon, jego komoda i pokój w jego pogrążonym w nocnej ciszy mieszkaniu. Śpiąca nieopodal na łóżku Klaudyna mruknęła cicho i przewróciła się na drugi bok. Wraz z jej westchnieniem uleciał w niebyt i tam ostatecznie rozwiał się koszmar o szpitalu. Tylko koszmar. Wyrok, co oczywiste, już zasądzono, mocy wcale nie utracił, lecz to jeszcze nie był ten dzień. Całe szczęście! – pomyślał K., patrząc na śpiącą dziewczynę. Ona tu, z ucieleśnieniem nieskalanego sumienia na twarzy, w objęciach bawełnianego Tweety’ego zażywała spoczynku, podczas gdy on walczył nie tyle o życie, ale o normalność swoją, niby linoskoczek tańczący na cienkiej lince przerzuconej nad otchłanią szaleństwa.

Prawda, mówiła mu o mleku sojowym, przypomniał sobie. Szczęście – to kupić mleko sojowe i nie zadawać pytań. Wcale nie – mało wymagać, jak drzewiej przykazywał marksistowski filozof. Szczęście – to odwracać głowę albo zmieniać kanał w telewizji, gdy trzeba. Kupować mleko sojowe i nie myśleć o Gostyninie. Powtarzać za czarodziejami z Nowego Wspaniałego Świata, że pieniądze biorą się z bankomatu i że jakoś to będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. Proroków kamienować wspólnie z tłumem. Tylera Durdena powiesić za ziobro. Malarza Titorellego zamurować w jego klitce. Sarah Connor zamknąć w wariatkowie. Nad łóżkiem powiesić plakat z ministrem. Kręcić trybikiem i zdrowym być, po zdrowie, panie, najważniejsze przecież jest! I tylko czasem, ciemną nocą, o 3:21, popluskać się trochę w basenie bezpiecznych metafor, które przecież w razie potrzeby łatwo można zbyć wymówką majaków umysłu czy surrealistycznej grafomanii, a nad czymś takim wszak poważny człowiek nie będzie się zastanawiał.

Dokręciwszy w sobie zatem ostatni z wentyli bezpieczeństwa, Mariusz K. z sennym westchnieniem wrócił do łóżka.

Rankiem zapomniał już o wszystkim. Zbudził się rześki, w dobrym nastroju i pełen nowych sił ruszył na podbój wstającego dnia. Podbój ów zaczął od włączenia telewizora. Przemykający u dołu ekranu czerwony pasek powitał go najświeższym newsem:

Problem braku węgla do ogrzewania rozwiązany! Sejm przyjął ustawę przesuwającą zimę na czerwiec.

Mariusz przeglądał kolejne kanały. Chwilę później z zapartym tchem śledził transmisję ze śniadania jakiegoś piłkarza.

Proszę państwa, czy to aby jest jajko? – zaszeptał z napięciem głos niewidocznego spikera. – Tak, zdaje się, że… Owszem, drodzy państwo, Robert zaczął posiłek od jajka na twardo! Jak sądzisz, Jacku, jakie to może być?

Wolny wybieg, bezapelacyjnie – tonem znawcy orzekł redaktor Jacek.

W całości, myślisz? A może przekroi na dwoje? Proszę państwa, Robert sięga po nóż… Przymierza się… Ach, ten jego firmowy uśmiech! Wie, że trzyma nas w niepewności, on jest mistrzem w robieniu show. Widać szkołę żony… I, proszę państwa, tak! Tak! Kroi!!! Pokroił na dwie części, widzę dwie… A może jest tam i trzecia? Dowiemy się wkrótce… Uwaga, Robert otwiera usta… Zje bez majonezu, ogranicza spożycie tłuszczu… Och, proszę państwa!!!…

Przypominamy, że tuż po zakończeniu transmisji tylko u nas rozmowa na gorąco z panem Wawrzyńcem Cebulskim, dietetykiem, w której podliczymy wartość mikroskładników śniadania Roberta oraz przeprowadzimy symulację trawienia wraz z szacowaną masą oddanego sto…

Koszmar powrócił cicho i niespodziewanie, czyli tak, jak zwykle powracał. Mariusz K. jeszcze nie zdążył zamknąć ust po doznanym podczas oglądania transmisji szoku, gdy nagle zauważył nieopodal łóżka na dywanie woreczek po zielonej herbacie z płatkami jaśminu. Pusty. Doskonale opróżniony, podobnie jak przeniknięty trwogą umysł Mariusza. Trwał tak, niezdolny wykonać ruchu, a na dywanie milcząco rzucał mu wyzwanie niezbity dowód rzeczowy jego zbrodni. Wtem – jak to w koszmarze, akcja nabierała tempa – usłyszał dobiegający z kuchni ostrzegawczy szelest kapci. Zbliżał się.

Chwyciwszy się jak brzytwy pilota od telewizora, K. wyskoczył z kanapy. Nim dotknął podłogi, zmienił już kanał. Teraz na ekranie wyginała się odziana w opinający szczupłe ciało strój dziewczyna – ostatnia deska (nomen omen, bo biustu to ona za grosz nie miała) ratunku Mariusza.

Wkraczająca do pokoju Klaudyna J. ujrzała następującą scenę. Zapatrzony w telewizor Mariusz z bolesnym grymasem na twarzy usiłował ustać na jednej nodze w pozycji jaskółki, gdy tymczasem po drugiej stronie ekranu instruktorka fitness dopingowała go z czarującym uśmiechem i chwaliła za postępy, których żadną mocą zaobserwować nie mogła. Nie byłoby w tej scenie nic aż tak bardzo dziwnego, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, pod presją czasu K. stanął na boleśnie niegdyś doświadczonej podczas krótkiego eksperymentu z jogą nodze i urażone biodro dobitnie przypominało mu o przeszłości, pulsując tępym bólem. Po wtóre zaś, pod stopą owej nogi ukryty został feralny woreczek po herbacie, którego ewentualne ujawnienie przez Klaudynę pociągnęłoby za sobą szereg pytań, co nieuchronnie doprowadziłoby do wyjścia na jaw tajemnicy. Skryty za murami treningu fitness sekret pozostał jednak bezpieczny, gdy Mariusz dalej pocił się przy wykonywaniu kolejnych ewolucji, jego twarz zaś była bezustannym polem bitwy pomiędzy mimowolnymi grymasami bólu a usiłującym zamaskować je, oddalającym wszelkie podejrzenia uśmiechem.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s