Fantasmagoria #36 – „Wybór Irgali” (wersja poprawiona)

Gabriel Dobosz – „Wybór Irgali”

1.

Bieda mijanej wsi aż kłuła w oczy. Wychudzeni mieszkańcy ledwie prześlizgiwali się spojrzeniem po dwóch przejeżdżających nieopodal jeźdźcach. Tu, gdzie kończył się gościniec, na rubieżach królestwa, widać było szczególnie jaskrawo problemy narastające w kraju. Kapłanka Irgala z Shaveel przez ostatnie dwa dni przejechała konno znaczną jego część i czym bliżej była granic, tym bardziej ponura zapowiedź przybierała materialny kształt. Nie sposób było myśleć inaczej, patrząc po uprawnych polach, z których już wkrótce miał nadejść czas zebrania plonów tak mizernych jak jeszcze nigdy w historii. Pospieszny przejazd dwóch dobrze odzianych elfich kobiet – w pogodniejszych czasach będący wielką sensacją w podobnych tej małych ojczyznach, jeszcze na długo potem omawianą przy kuflu w miejscowej karczmie – wynędzniali wieśniacy przyjęli z milczącą obojętnością.

Irgala ponagliła wierzchowca i wraz z A’neli, młodziutką akolitką, zostawiły za sobą wieś, opuszczając tym samym ziemie królestwa ludzi. Ponad rozpościerającym się przed nimi zalesionymi pagórkami widoczne były odległe szczyty gór Egradad – cel ich podróży.

Elfki jechały pospiesznie, przynajmniej na tyle, na ile pozwalały skromne umiejętności jeździeckie młodszej z nich. Gdy dwa dni wcześniej Irgala otrzymała opatrzony królewską pieczęcią list, natychmiast wyruszyły w drogę. Została wezwana. Radalf, sędziwy władca ludzi, zażądał pomocy elfiej kapłanki, powołując się na łączące obie rasy przymierze. Choć lakoniczny list nie zawierał żadnych wyjaśnień, Irgala spodziewała się, co zastanie u kresu podróży. W obecnej sytuacji konflikt królestwa z ludem zamieszkującym góry Egradad był tylko kwestią czasu. Kapłanka doskonale znała górali i ich zwyczaje, nic więc dziwnego, że to ją wezwano – jak sądziła – do prowadzenia rozmów. Nie spodziewała się, by miały przebiegać łatwo – rzadko w taki sposób przebiegają, gdy spór dotyczy terytorium.

Teren stopniowo się wznosił, ubity trakt ustąpił miejsca nierównemu, twardemu podłożu. Choć A’neli nie rzekła nawet słowa skargi, jej ciche jęki uświadomiły Irgali, jak długo podróżują bez postoju. Ją samą bolały mięśnie, a cóż dopiero nieprzywykłą do trudów młódkę. W cieniu brzozowego zagajnika zatrzymały się na odpoczynek.

Dopiero gdy zeskoczyła z siodła, Irgala poczuła, jak była zmęczona. Smukłe ciało miała sztywne, zaś z nienagannie zazwyczaj uczesanych kasztanowych włosów wiatr uczynił własną chaotyczną kompozycję. Odzienie kapłanki: spodnie do jazdy konnej, wysokie buty i płaszcz, również nosiło ślady trudów podróży.

– Pani – zagadnęła uczennica, gdy usiadły do posiłku – czy pan Derryg naprawdę pochodzi z tego górskiego ludu?

– Owszem – odrzekła Irgala. – Mój mąż urodził się i wychował wśród skał Egradad.

– Często tam wraca?

– Czasem. Pierwszy raz zszedł na równiny dopiero po tym, jak przeszedł próby i przyjęto go do grona mężczyzn. Całym sercem i duszą jest człowiekiem gór. Kiedy wypełnimy swoje obowiązki, zabiorę cię do jego domu po drugiej stronie pasma.

A’neli zawahała się.

– I naprawdę każdy z nich nosi tę… rzecz? I nigdy jej nie zdejmuje?

W myślach Irgali ukazała się twarz: wychłostana wiatrem, poorana zmarszczkami na podobieństwo górskich wąwozów, nieruchoma i skupiona – oblicze jej ukochanego męża z nieodłącznym grubym rzemieniem na szyi.

– To właśnie znak przynależności do mężczyzn z ludu Egradad. Skórzaną sakiewkę, którą mają zawieszoną u szyi, nazywają egr. W dniu dwunastych urodzin każdy chłopak przechodzi próbę. Wyrusza samotnie poza rodzinną osadę, a jedynym, co może ze sobą zabrać, jest proste odzienie oraz własnoręcznie wybrany zaostrzony kamień służący mu za nóż. Tak wyposażony ma przeżyć trzy tygodnie w górach, z dala od innych ludzi. Jeśli uda mu się powrócić, uznaje się go za mężczyznę.

– Jeśli… – powtórzyła blado A’neli.

– To surowi ludzie, moja droga. Muszą tacy być, by przetrwać.

– Dlaczego zamieszkują góry?

Irgala spojrzała na odległe szczyty. Tu, gdzie elfki się zatrzymały, niebo było czyste, ciepły wiatr pieścił nieregularnymi chuchnięciami. Nad Egradad wisiały skłębione chmury, niby zmaterializowana groźba.

– Po powrocie młodzieńca odbywała się ceremonia nadania egr – najbardziej podniosły rytuał. Ów wybrany przez chłopca zaostrzony kamień odtąd staje się jego drugim sercem, duszą człowieka gór, symbolem wiary. Kamienny nóż egr wkłada się do skórzanej sakwy i zawiesza na szyi młodego mężczyzny, gdzie ma być noszony aż do jego śmierci.

– Bez przerwy, aż do śmierci? Ale wobec tego jak pani i pan Derryg razem… żyjecie? – Język nieco wyprzedził mitygujące myśli młodej elfki i ledwo wypowiedziała pytanie, spuściła wzrok.

Irgala za to nie zdołała powściągnąć śmiechu.

– Uwierz, A’neli, że z początku niełatwo było mi do tego przywyknąć! – Poklepała uczennicę po ramieniu.

Lubiła ją za dociekliwość oraz zaangażowanie w obowiązki. A’neli chętnie zadawała pytania, a potem słuchała z uwagą każdego słowa. Pewnego dnia, jeśli okaże się godna, to ona zostanie kapłanką, przejmując od swej dotychczasowej pani powierzoną jej moc oraz odpowiedzialność. Póki co wzrastała w doświadczeniu, służąc kapłance pomocą w codziennych sprawach.

– Widzisz – ciągnęła Irgala – góry są dla owego ludu czymś znacznie więcej niż domem, a nie jest to, warto dodać, dom gościnny. Wśród jałowych skał trudno o pożywienie. Jeden nierozważny krok na stromym górskim szlaku może skończyć się śmiercią lub okaleczeniem. Letnie burze i zimowe zamiecie śnieżne zabrały ze sobą już wielu górali. Podobnie zamieszkujące te tereny drapieżne zwierzęta. Górale jednak znoszą to wszystko, gdyż tego oczekuje ich bóg. On od zawsze był najważniejszy, a jego względami cieszą się ci najbardziej uodpornieni na trudy. Ideałem ludzi gór jest kamień – twardy, niezmienny, obojętny wobec przeciwności – bowiem czczony przez nich bóg to właśnie sam Egradad, milczące skały posępnych szczytów górskich. Naśladując go, i oni są milczący, z rzadka okazują emocje. Najwyższa cnotę stanowi dla nich niezłomność wobec bezlitosnej natury. To ich próba, A’neli. Życie w tak niesprzyjających warunkach to hartującą ich, zbliżającą do boskiego ideału próba.

Bystre szare oczy A’neli rozszerzały się coraz bardziej, kiedy słuchała opowieści, aż zastygła w bezruchu z niedojedzonym kawałkiem chleba w dłoni.

– Słyszałam, jak mówiono o ludziach z Egradad, że są gwałtowni i nieokrzesani – rzekła po chwili. – Ale przecież pan Derryg taki nie jest. Zawsze był dla mnie dobry. Ciebie zaś, pani, traktuje jak królową.

Irgala uśmiechnęła się. Na słowa uczennicy jej serce znów zakłuło tęsknie.

– Mój mąż to twardy, ale dobry i szlachetny człowiek. Nigdy nie żył w dostatku, jak my, od dziecka musiał walczyć o każdy kolejny dzień życia. Historie o góralach zawierają tylko cząstkę prawdy. Ludzie z królestwa niewiele o nich wiedzą, gdyż plemiona od zawsze żyły z dala od innych przedstawicieli swej rasy. Prócz służby kamiennemu bogu Egradad niewiele liczy się dla nich. Nie uznają żadnego władcy nad sobą poza nim. Nie imponuje im złoto, gardzą luksusami, uważając je za osłabiające ducha. Nie tolerują słabości. Kobiety jednakże, jako dawczynie życia, otaczają wielkim szacunkiem. Nieokazanie niewieście należytej czci to dla mężczyzny z ludu wielki dyshonor.

– Mężowie z królestwa mogliby wiele nauczyć się od nich – mruknęła z przekąsem młoda elfka.

Taka młódka to pojmuje, a oni nie potrafią, pomyślała Irgala. Król Radalf uważa się za światłego władcę kraju, którego wraz ze stojącymi przy tronie mędrcami siłą rozumu podźwignął z ciemnoty. Choć wyplenili zabobony, zgłębili medycynę i magię, tworzą wspaniałą sztukę, a miecze, dawniej unurzane we krwi, schowali do pochew, nie wyzbyli się do końca swej przeszłości. Gdy ich ziemie dotknęło nieszczęście, z chciwością spoglądać zaczęli na cudze.

– Ale czego chcą od nich? – ciągnęła A’neli. – Po co król nas wezwał?

– Sama widziałaś, co dzieje się w kraju. Widziałaś tych biednych wieśniaków.

– Mają tylko swoje pola. Kiedy przychodzi nieurodzaj…

– A trwa już długo. Zbyt długo. – Irgala westchnęła. – Widzisz, lud Egradad zamieszkuje nie tylko góry. Po dziesiątkach, a może i setkach lat – któż to może wiedzieć, gdy nie spisują swej historii? – górali zostało bardzo niewielu. Niedostatek pożywienia, zabójcza pogoda, ataki drapieżnych bestii oraz bezlitosne rytuały sprawiły, że lud niemal wyginął. Trwali jednak mężnie i wytrwałość ich poruszyła kamienne serce Egradad. Bóg gór okazał łaskę. Po raz pierwszy otrzymali nagrodę za wierność.

– Ziemie nad rzeką Corgg?

– Tak. Żyzne pola i lasy pełne zwierzyny. Po drugiej stronie gór, gdzie i mój mąż zbudował swój dom, część ludu Egradad osiadła, by żyć w spokoju. Nie porzucili jednakże swej ojczyzny. Po tej stronie pasma wznieśli warowne miasto, do którego właśnie zmierzamy. Egradaur, czyli Kamienny Gród, strzeże przejścia przez góry. Poza sługami Egradad niczyja noga nie ma prawa tam postać.

A’neli zmarszczyła brwi.

– A król…

– Będzie musiał to uszanować – rzekła twardo Irgala. – Spodziewam się, że wyprawił posłów na rozmowy. Z pewnością obmyślił jakąś ofertę dla górali, być może nawet przyjęcia od nich hołdu… – Westchnęła ciężko. – Widzisz, moja droga, niełatwo będzie tu o porozumienie. Ludziom gór obca jest dworska dyplomacja.

– Co uczynisz, pani?

Oczy kapłanki znów spoczęły na dalekich wierzchołkach, a potem spojrzały niżej, gdzie skryte póki co za lesistymi pagórkami stało Egradaur. Przez chwilę trwała w milczącej zadumie, a potem wyciągnęła dłoń. A’neli z szacunkiem podała jej kostur.

Nieco ponad metrowy, cienki kij z elastycznego drewna jesionu z Shaveel pokryty był wyrytymi inskrypcjami. Palce Irgali błądziły po nich. Za starannie nakreślonymi symbolami stały wieki historii. Śledziła je, przepływając myślami przez meandry dawnych dziejów.

– Zrobię wszystko, by żadna ze stron po odejściu od stołu nie sięgnęła po broń.

*

Przebijające się nieregularnie przez chmury promienie słońca tańczyły na murach. Masywne wrota Egradaur zamknięto. Wśród blanek oczy Irgali dostrzegły krótkie refleksy. Kapłanka ze swą uczennicą stała na szczycie wzgórza i nawet obserwując z daleka, wiedziała, cóż takiego odbija światło w ten ponury dzień. Groty włóczni. Dziesiątki stalowych ostrzy stały dumnie, wymierzone, póki co, w niebo. W niedalekiej przyszłości mogły jednakże zmienić cel.

Pięści Irgali zacisnęły się bezwiednie, gdy przeniosła wzrok w dół wzgórza. Tutaj włóczni było bowiem jeszcze więcej. Na równinie przed miastem wyrósł ich cały las. Tysiące zakutych w stal mężczyzn stało obozem wśród niezliczonych namiotów, wozów, skrzyń i rozpalonych ognisk. Krzątanina w oczekującej do wyjścia w pole armii królestwa ludzi sprawiała wrażenie, jakby mieli zamiar budować tutaj kolejne miasto. Nieco wyżej na zboczu, gdzie był dogodny punkt do obserwacji, ustawiono otoczony strażą krąg namiotów dowództwa. Tam również ludzie biegali jak w gorączce, natomiast na skraju obozowiska – gdzie wzgórze nieco stromiej opadało w kierunku Egradaur – nieruchomo trwała grupka jakichś postaci.

– Pani… – jęknęła A’neli.

– Wiem. Ja też nie tak to sobie wyobrażałam – wycedziła w odpowiedzi Irgala.

Głupcy, dodała w myślach, bezmyślni głupcy! Spięła mocno konia. Chwilę później dotarły do obozu dowództwa.

Strażnicy przepuścili je i skierowali do jednego z namiotów. Tam czeladź zajęła się końmi oraz bagażem kapłanki. Irgala tymczasem rozejrzała się po obozowisku. Z bliska panująca tu atmosfera gorączkowego wyczekiwania była jeszcze bardziej intensywna. Ludzie spieszyli gdzieś we wszystkich kierunkach, rozmawiali, taszczyli jakieś pakunki. Większość kręciła się w pobliżu centrum, gdzie ustawiono wielki namiot na planie ośmiokąta. Nieopodal posterunków straży płonęły ogniska; nozdrzy Irgali doleciał zapach pieczonego mięsa. Zastanawiała się, kiedy powita je marszałek koronny. Wyprawę na taką skalę z pewnością poprowadził osobiście.

Tymczasem z namiotu, przed którym stały elfki, wyłoniły się dwie postacie odziane w niepasujące do otoczenia szaty. Podobnie smukłe jak kapłanka i jej uczennica, były ostatnimi, które Irgala spodziewała się tutaj ujrzeć.

– Pani, to przecież siostry-kapłanki! – powiedziała A’neli, również je rozpoznając.

Dawno się nie widziały – ostatni raz w gajach Shaveel podczas świąt. W przeciwieństwie do zdumionej Irgali jej dwie siostry w kapłaństwie, Kandranaja i Graiel, najwyraźniej oczekiwały tego spotkania.

– Dobrze widzieć cię, siostro, po tak długim czasie. – Kandranaja powitała je z ciepłym uśmiechem. – Szkoda tylko, że w takich okolicznościach. Witaj i ty, panienko – rzekła do A’neli, która w odpowiedzi skłoniła się z szacunkiem. – Jak minęła wam podróż?

Srebrny diadem jak zwykle zdobił jej skroń, wpleciony w gęste jasne włosy. Była najstarsza z ich trójki, zawsze imponowała Irgali mądrością oraz opanowaniem.

– Spieszyłyśmy się – przyznała Irgala. – Wezwanie było dość niespodziewane. Nie przypuszczałam, że was tutaj spotkam.

– Wszystkich nas to zaskoczyło. Ludziom bardzo zależy na czasie – przemówiła druga z sióstr-kapłanek.

Bardzo jasne, niemal przejrzyste oczy Graiel zawsze budziły w Irgali nieuzasadniony niepokój. Nigdy nie poznały się tak blisko jak z Kandranają, być może przez skrytą, samotniczą naturę siostry lub też dość tajemnicze sprawy, którymi się zajmowała. Płaszcz z wilczych skór stanowił jej zwyczajowe odzienie. Blada, drobna twarz, czarne jak u kruka włosy, no i te tajemnicze oczy przydawały Graiel intrygującego piękna, nigdy jednak nie wyszła za mąż. Irgala podejrzewała, że siostra najlepiej czuje się wśród zwierząt, w sobie tylko znanych odległych zakamarkach puszcz, gdzie potrafi przepaść na długie tygodnie – i to najbardziej było w niej niepokojące.

– Wojska są rozstawione i gotowe, stoją tu od przynajmniej kilku dni – zauważyła Irgala. – Na co czekają?

– Robimy wszystko, żeby nie doszło do szturmu – zapewniła Kandranaja. Opanowanie i pewność w jej głosie podziałały uspokajająco na Irgalę. W myślach podziękowała bogom, że siostry zdołały w porę zatrzymać to szaleństwo.

– Opowiedzcie mi, co tu zaszło. Dlaczego król postanowił uderzyć? Czy…

– Pozwól, pani, że ja wszystko wyjaśnię.

Dobiegający gdzieś zza pleców Irgali głos wydał jej się znajomy.

Graiel skłoniła się uprzejmie.

– Siostro, przedstawiam ci…

– Ależ my się już znamy, czcigodna kapłanko! – powiedział dołączający do nich człowiek.

Miał rację, Irgala rozpoznała go, pomimo iż ostatni raz widziała wiele lat temu na królewskim dworze. Przypomniała sobie także ten głos – niby uprzejmy, a jednak z pobrzmiewają gdzieś analityczną beznamiętnością, jakby bezustannie prowadził badania na osobach, z którymi rozmawiał, i wszystko, co mówił, było jedynie suchym wyrażeniem spostrzeżeń – tak pomyślała, kiedy spotkała go po raz pierwszy. Od tego czasu nie zmieniło się w nim wiele poza ubiorem. Zamiast jedwabnej szaty królewski Arcymag miał dziś na sobie białą koszulę i ciemną kamizelkę, dopasowaną do wąskich spodni.

Irgala uśmiechnęła się uprzejmie.

– Owszem, kiedyś już się poznaliśmy, panie… – Dziwne, ale w żaden sposób nie potrafiła przypomnieć sobie jego imienia. Najwyraźniej wcale się tym nie przejął.

– Cudownie znów cię spotkać, Irgalo – Pochylił się i ucałował jej dłoń, jak to nieraz mieli w zwyczaju ludzie, błyskając przy tym idealnie bezwłosą głową.

Pomyślała, że musi golić ją bardzo starannie, podobnie jak twarz, która była nieskazitelnie gładka poza niewielką, ciemną kozią bródką i gęstymi brwiami. Gdy wyprostował swą wysoką, szczupłą postać, oblicze rozświetlał mu uśmiech.

– Oczekiwaliśmy twego przybycia, pani. Mam nadzieję, że podróż nie była zbyt uciążliwa.

Prawdę mówiąc, Irgala po ostatnich trzech dniach miała dość siodła na resztę życia. Nie zdołała jednak wyrazić tej myśli, gdyż Arcymag wcale nie oczekiwał odpowiedzi i mówił dalej, tym razem konfidencjonalnym tonem.

– Proszę wybaczyć pośpiech, ale musimy natychmiast porozmawiać. Na pewno jest pani zmęczona; obiecuję, że nie potrwa to długo. Przedstawimy jedynie krótko obecną sytuację. To na wyraźną prośbę pana – dodał. Potem ujął ją pod łokieć, przepraszająco skinął głową pozostałym siostrom i zaczął prowadzić w stronę centrum obozowiska.

– Ależ…

– Bez obawy, czeladź zajmie się pani bagażem. Gdy skończymy, osobiście odprowadzę panią do namiotu. Wszystko jest już przygotowane… prawie wszystko. Jeszcze raz proszę o wybaczenie, kapłanko. To karygodne tak panią przyjmować, wiem, jednak zaraz rzecz się wyjaśni.

Oby, pomyślała elfka. Ta gorączkowa atmosfera i niezrozumiała obecność królewskiego notabla niepokoiły ją. Ktoś tak wysoko postawiony na dworze nie przybyłby tutaj bez potrzeby. I kogo też miał na myśli, mówiąc o prośbie pana?

– Masz wszystko, A’neli? – upewniła się.

Młódka skinęła posłusznie głową. Jak zawsze podążała krok w krok za swą panią i nauczycielką, niosąc jej kostur oraz niewielki tobołek z pergaminami i przyborami do pisania.

Niemal dotarli już do wielkiego namiotu, gdzie oczekiwał ich – jak się domyślała – marszałek koronny, gdy uwagę Irgali przyciągnęło znów owe dziwne zgromadzenie ludzi na skraju obozowiska, które dostrzegła wcześniej z góry. Stali tam zbici w ciasny krąg, pochylali się i dyskutowali nad czymś młodzi mężczyźni.

– Co tam się dzieje, panie? – spytała zaciekawiona.

– O tym porozmawiamy później – odrzekł żywszym głosem Arcymag. – Z chęcią wszystko pani pokażę, gdy skończy się ta awantura. Będzie jeszcze mnóstwo czasu na przyjemności.

– Nie sądzę, bym była dobrym kompanem do towarzyskich rozmów. Źle się tutaj czuję. Nie znoszę broni.

Pokiwał głową.

– Doskonale rozumiem, kapłanko. Wszak i dla mnie nie jest to dogodne miejsce. Wojenny zgiełk nie sprzyja subtelnym umysłom.

– Co zatem sprowadza cię tu, panie, jeśli mogę zapytać?

Arcymag otworzył już usta, lecz niespodziewanie odezwał się ktoś inny.

– Kapłanka Irgala z Shaveel! Jak miło panią widzieć!

Sługa uchylił połę namiotu i przytrzymał ją przed wychodzącym na zewnątrz mężczyzną.

Irgala zamrugała. Przez kilka sekund patrzyła oniemiała, aż wreszcie skłoniła się nieco sztywno, gestem nakazując A’neli zrobić to samo. Oj, pomyliła się ogromnie, zakładając że wyprawę poprowadził marszałek.

– Panie…

– Ależ nie trzeba! To ja powinienem kłaniać się tobie, droga pani!

Mężczyzna podszedł do nich, uśmiechając się ciepło. Nie był urodziwy – oceniła Irgala nie pierwszy już raz – ale ciągle, od chwili gdy go poznała przed laty, wyczuwała w nim coś ujmującego. I oto książę Reingard we własnej osobie, pierwszy w kolejce do odziedziczenia tronu królestwa ludzi (co mogło nastąpić niebawem, zważywszy na wiek jego czcigodnego ojca, Radalfa), schylił się, by złożyć pocałunek na jej dłoni, a następnie – nie mogła w to uwierzyć! – uczynił to samo na drobnej rączce A’neli, która spąsowiała na twarzy i nie wiedziała, gdzie podziać oczy. Reingard przeciwnie, doskonale odnajdywał się w sytuacji, jak przystało na przyszłą koronowaną głowę. Wyglądał nienagannie mimo niewygód obozu. Krótkie, rude włosy starannie zaczesane miał na bok, podobnie zadbana była gęsta broda. Elegancki ciemny dublet i spodnie wpuszczone w wysokie buty doskonale pasowały do jego krępej, muskularnej sylwetki.

– Jestem ci winny wyjaśnienia. Mam nadzieję, że zrozumiesz; gdyby sytuacja mnie nie zmusiła, nigdy nie postępowałbym tak wobec naszych czcigodnych sprzymierzeńców, a tym bardziej w służbie kapłańskiej. Zapraszam. – Reingard skinął słudze.

Weszli do namiotu, gdzie czekał już stół z przygotowanym jadłem. Arcymag, książę i elfki usiedli. Sługa nalał wina do kielichów, a potem skłoniwszy się, wyszedł.

– Jeszcze raz proszę o wybaczenie mi przyjmowania was w tak prymitywnych warunkach. Proszę się częstować, na pewno jesteście głodne.

– Dziękuję – odrzekła Irgala. – Będę wdzięczna, jeśli przejdziemy od razu do sedna. Nie ukrywam, że niezmiernie zaniepokoiło mnie to, co tu zobaczyłam.

– Naturalnie. – Reingard upił nieco wina i rozsiadł się wygodniej, nim przemówił. – Wezwanie cię, kapłanko, podobnie jak zorganizowanie tej wyprawy, było konieczne. Z woli mego ojca to ja stanąłem na jej czele. Król dał mi wolną rękę. Więdnące siły nie pozwalają mu prowadzić wszystkich spraw równie energicznie jak przed laty. Tu zaś sytuacja jest poważna. Nasz cel nie jest tajemnicą, nie od wczoraj sporo mówi się na ten temat. Jak zapewne wiesz, pani, królestwu w ostatnich latach nie wiedzie się najlepiej. Przyczyn jest kilka, a najważniejsza to przeciągający się nieurodzaj. Nasze ziemie nie rodzą już tak jak dawniej, ludzi zaś do wykarmienia wcale nie ubywa. To się zdarza. Ale niewielu wie, jak naprawdę jest źle. – Książę zmarszczył brwi. Irgala chyba już wiedziała, co za moment usłyszy. – To, co zaraz powiem, jest przeznaczone tylko dla twych uszu, Irgalo, a mówię to, gdyż darzę wasz lud szczególnym zaufaniem. Kończy nam się czas, a wraz z nim możliwości działania. Według naszych uczonych kolejny rok, najdalej dwa, tak marnych zbiorów i grozi nam głód. Już teraz nastroje wśród ludu dalekie są od dobrych. Pogorszenie sytuacji oznaczać będzie w państwie ogromne niepokoje, których konsekwencji nie sposób przewidzieć. Rada królewska roztrząsała ten problem i przedstawiła królowi jedyne skuteczne na dłuższą metę rozwiązanie: królestwo musi szybko zdobyć nowe, urodzajne ziemie.

Wszystkiego tego Irgala domyśliła się, skoro tylko ujrzała wojska na równinie. Czego król Radalf miałby tutaj chcieć jeśli nie ziemi?

– A zatem to, co czynicie, to najazd – powiedziała szorstko.

– Ależ pani, zechciej łaskawie… – począł już mitygować ją Arcymag. Reingard uciszył go gestem dłoni.

– Mylisz się – odrzekł spokojnie kapłance. – Może to tak wyglądać, jednak wedle wszelkich prawideł polityki ziemie te do nikogo nie należą.

Uniosła brwi. Czyli tak to sobie król wykoncypował, pomyślała.

– Zamieszkujący je ludzie nigdy nie mieli władcy – ciągnął książę. – Jak wiesz, Irgalo, to ludy pasterskie. Nasz pan, wysławszy wcześniej swych emisariuszy, wystosował do ich klanów ofertę, by złożyli mu hołd. Propozycja była uczciwa: mogliby dalej mieszkać tu i kultywować swe tradycje, a przy tym zyskaliby pełne prawa przysługujące poddanym korony.

– Jak rozumiem, nie wyrazili na to zgody? Może nie spodobał im się pomysł, iż mieliby wszystkie owoce swej ziemi oddawać do królewskich spichlerzy?

Arcymag ponownie się wtrącił.

– To prości górale, kapłanko. Trwają uparcie przy swoich zabobonach. Ich opór jest nie tylko daremny, ale zwyczajnie głupi. – Jego beznamiętny głos zaczynał już drażnić Irgalę.

– Głupim jest oczekiwanie, że dobrowolnie spełnią wasze żądania – odparowała mu natychmiast. – Nie zdajesz sobie sprawy, drogi panie, kim są ludzie, przeciw którym stajecie. Góry i ziemie nad rzeką Corgg są dla nich święte. Czczą Egradad jako boga i nigdy nie pójdą służyć Radalfowi ani żadnemu innemu władcy.

Arcymag wzruszył ramionami.

– Kto mówi o dobrowolności?

Elfka zwróciła się znów do księcia.

– Proszę wybaczyć, panie, ale chciałabym wiedzieć, po co zostałam wezwana. Jeżeli zamierzacie pertraktować z ludem gór, w niczym tu nie pomogę i wcale nie dlatego, że nie popieram działań królestwa. Wszelkie rozmowy są bezcelowe. Oni nie będą kupczyć darem otrzymanym od boga. Prędzej tu zginą, jeśli zajdzie taka konieczność, i uwierz mi, książę, że nie będziesz miał z nimi łatwej przeprawy.

Reingard popatrzył jej prosto w oczy. Dopiero teraz, z pewnym zdziwieniem, zauważyła u niego skrywane napięcie.

– Chyba nie wyraziłem się dostatecznie jasno. Król wyznaczył mi zadanie. Osiągnę postawiony przede mną cel wszelkim możliwym sposobem – w jego głosie zabrzmiały twarde nuty. – Powszechnie wiadomym jest, że my, ludzie, przywiązujemy dużą wagę do danego słowa. Umowy, przysięgi i pakty traktujemy niezmiernie poważnie, a ci, którzy nie wypełniają zobowiązań, nie są u nas mile widziani – wymownie zawiesił głos. Irgala poczuła niemal fizyczny ciężar jego spojrzenia. Po chwili kontynuował lżejszym już tonem – Wyślę do Egradaur jeszcze jedną wiadomość. Oczywiście, spodziewam się, jaka przyjdzie odpowiedź. Dopóki to nie nastąpi, zaprzestanę jednak dalszych działań. Gdy wszystko będzie już jasne, proponuję abyśmy pomówili o tym przy kolacji, na którą serdecznie zapraszam. Proszę teraz odpocząć. – Następnie zwrócił się do maga – Proszę dopilnować, by kapłance i jej uczennicy niczego nie brakowało.

Reingard pożegnał się zdawkowo i zakończył rozmowę, a widząc to, natychmiast przystąpiła do niego trzymająca się dyskretnie na zewnątrz służba.

– Zgodnie z obietnicą proszę teraz za mną, kapłanko. – Uśmiech Arcymaga znów był pełen chłodnej uprzejmości.

Idąc, Irgala miała nadzieję, że mężczyzna nie powie nic więcej, gdyż i bez tego jego obecność była trudna do zniesienia.

2.

Przyszłość zaprzątała jej myśli przez te kilka godzin. Irgalę niepokoiły słowa księcia, szczególnie aż nazbyt czytelna aluzja do zawartego przymierza. Nie była pewna, czy zawoalowana groźba jego zerwania była jedynie blefem. Reingard coś planował i nie mogła pozbyć się wrażenia, że odbyta rozmowa miała na celu w jakiś sposób poddać ją próbie.

Późnym popołudniem książęcy sługa przyszedł po nie i zaprowadził do namiotu pana. W jego sporym wnętrzu Irgala i A’neli ponownie zasiadły do stołu wraz z Arcymagiem i księciem. Co dziwne, nie zaproszono Kandranai i Graiel. Służba podała lekką strawę: trochę wędzonego mięsa, półmiski z owocami, chleb oraz dzban cydru. Mężczyźni ochoczo zabrali się do jedzenia, młoda elfka skubnęła nieco winogron, kapłanka zaś nie miała apetytu. Nieobecność sióstr potwierdzała jej podejrzenia.

Tym razem Reingard uczynił zadość wymogom kurtuazji i zaczął od niezobowiązującej rozmowy na temat wieści z Shaveel. Z zainteresowaniem i sporą wiedzą, czego kapłanka się nie spodziewała, wypytywał rozmówczynię o doroczne święta w gajach. Później zeszło nieco na politykę. Podobno w zachodnich lasach kilkukrotnie widziano krasnoludów z klanu Złotego Kozła, co wywołało zaniepokojenie w tamtejszych elfich osadach. Nie widywano przedstawicieli tego wojowniczego klanu odkąd wiele lat temu, przy wydatnej pomocy ludzi, wojska elfów wyparły ich do mrocznych sztolni pod górami Khabor. Do wymiany zdań włączył się Arcymag, zauważając, że może i krępych wojów pobito, lecz złowroga magia, którą od zawsze praktykowali, z pewnością nie została zapomniana, przeciwnie, w odosobnieniu ciemnych podziemi jej adepci mają się dobrze jak nigdy. Poczynił też na koniec niezobowiązującą, acz wyraźną uwagę o dobrym władcy, który potrafi zawczasu przewidywać zagrożenia, i zaraz szybko zmienił temat. Rozmowa taka – w dość lekkim tonie jakby ucinali ją sobie, spotkawszy się przypadkiem w jakimś zajeździe – toczyła by się pewnie do nocy, gdyby nie zżerana przez niecierpliwość Irgala.

– Czy otrzymałeś już, panie, odpowiedź z Egradaur?

Reingard wydawał się dużo bardziej rozluźniony od czasu ich ostatniej rozmowy.

– Owszem. Jej treść wcale mnie nie zdziwiła. Z przykrością muszę stwierdzić, iż negocjacje z buntownikami nie przyniosły rezultatu.

Przyjrzała mu się w zdumieniu.

– Buntownikami? Nie rozumiem.

– Od dłuższego czasu nie wykazywali chęci współpracy. Dziś odrzucili postawione im przez koronę ultimatum, wobec czego nie pozostawili mi dużego pola manewru.

– Panie, nie możesz od nich niczego żądać.

– A któż inny ma prawo stawiać tu żądania jeśli nie pan tych terenów? – wszedł jej w słowo Arcymag.

– Otóż to, kapłanko, to moje ziemie. Jako następca tronu podpisałem dziś akt włączający je do terytorium królestwa. Od tego dnia przeszły one pod panowanie króla, a wszystkich je zamieszkujących zaczęło obowiązywać prawo.

– Ta ułuda legalności ma usprawiedliwiać przemoc? – mruknęła Irgala.

Reingard zacisnął usta i wymierzył w nią palec.

– Jesteś moim gościem, Irgalo, wysoką przedstawicielką naszego sojusznika, ale nie myśl sobie, że to uprawnia cię do podważania moich decyzji. Fakty są następujące. Według prawa każdy, kto zamieszkuje ziemie pod władzą korony, a kwestionuje jej władzę, jest uznawany za buntownika. Nie muszę chyba dodawać, jakie oznacza to dla nich konsekwencje.

Oto jest plan króla: metoda faktów dokonanych, pomyślała. Od początku wcale nie starał się układać z góralami, stwarzał jedynie pozory dobrej woli.

– Osiągnąłeś swój cel, gratuluję. Jak zatem mam ci służyć, mój panie? – Nawet nie próbowała ukryć irytacji. – Czy mam przywdziać zbroję i wyjść do szturmu wraz z twoimi żołnierzami?

– I po cóż ten sarkazm? Złośliwość zupełnie nie pasuje do elfiego oblicza – Arcymag uśmiechnął się.

Książę otarł serwetką twarz i wstał od stołu.

– Słusznie. Najwyższy czas przejść już do rzeczy. Pozwól, pani, że coś ci pokażę.

Pełna złych przeczuć Irgala ruszyła za nim do wyjścia. Mag poszedł także, a nieschodzący z jego ust wyraz kpiącego zadowolenia doprowadzał ją do szału. Z trudem powściągnęła język.

Opuściwszy namiot, poszli w stronę zagadkowej grupki ludzi, którą zauważyła zaraz po przybyciu. W dalszym ciągu stali tam sami mężczyźni i to dość młodzi. Domyśliła się, iż byli uczniami maga, ponieważ wystarczyło jego nieznaczne machnięcie ręką, a natychmiast się rozbiegli. Wtedy też Irgala dojrzała, co ich tam zgromadziło. Przystanęła wpół kroku, przeszyta nagle zimnem.

– Czyż nie jest piękny? Och, od razu wiedziałem, że się pani spodoba! – powiedział Arcymag.

– Co to ma znaczyć? – spytała słabym głosem.

Głos księcia był zaś równie opanowany co przy plotkach w czasie kolacji.

– To część ultimatum.

Irgala ledwo go słyszała. Nie mogła uwierzyć, że chcą się posunąć do czegoś takiego.

Wyrysowany na ziemi magiczny krąg pulsował złowrogo zaklętą w nim energią. Czuła wyraźnie jej fale tańczące na skórze delikatnym mrowieniem, choć stała oddalona o jakieś cztery metry. Oczy kapłanki śledziły skomplikowane wzory, będące dla laika w dziedzinie czarów, jakim bez wątpienia był książę, jedynie wydrapanymi zawijasami. Ona jednak dostrzegała więcej. Widziała jak na dłoni kryjącą się za nimi niszczycielską, póki co uśpioną moc zaklęć, a także coś jeszcze. Wewnątrz kręgu leżały trzy podobne do jej własnego kostury. Dwa z nich rozpoznała i naraz przeszedł ją po plecach nieprzyjemny dreszcz. Oto dlaczego nie zaproszono sióstr. Nie były już potrzebne.

– Nie zrobicie tego…

– My nie – odparł Arcymag. – Ty to zrobisz, kapłanko.

Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy. Z szeroko otwartymi oczami spojrzała najpierw na niego, a potem na księcia. Przyszły król ludzi odchrząknął.

– Irgalo z Shaveel – rzekł oficjalnym tonem – na mocy łączącego nasze rasy przymierza wzywam cię, byś swą magią wsparła mój lud w walce z wrogiem. Znajdujemy się na ziemiach należących do mego ojca i mam pełne prawo użyć siły wobec buntowników, którzy je bezprawnie okupują. Nie chcieli złożyć hołdu królowi, nie chcieli również przyjąć statusu autonomii wewnątrz królestwa. Wreszcie dziś odrzucili moją ostatnią propozycję kapitulacji. Wobec tego nie widzę już żadnej innej możliwości rozstrzygnięcia tego konfliktu. Zgodnie z przedstawionym im dziś ultimatum miasto Egradaur zostanie zrównane z ziemią.

Wraz z tymi słowy na Irgalę spłynęło zrozumienie. W jednej chwili wszystko stało się jasne: obecność Arcymaga i sióstr oraz podenerwowanie księcia. Reingard – wbrew temu, co sądziła – wcale nie był głupcem. Doskonale wiedział, czym zakończy się szturmowanie murów. Czekałby go ze strony górali twardy opór, walka do upadłego, w której straciłby mnóstwo sił.

– Wszystko jest już przygotowane. Proszę tylko, aby położyła pani swój kostur wewnątrz kręgu – zakończył książę. Wraz z Arcymagiem popatrzyli na nią wyczekująco.

Wahała się chwilę, dobierając słowa.

– Panie… nie mogę tego uczynić. Z pewnością istnieje sposób rozwiązania tej sytuacji bez uciekania się do takich metod.

Reingard zmrużył oczy.

– Po raz drugi udam, że nie słyszałem, jak kwestionujesz moje działania. Kolejna taka próba będzie się już wiązać z konsekwencjami.

Cóż miała uczynić? Nikt nigdy nie stawiał jej w takiej sytuacji. Pełniąc służbę kapłańską, rzadko kiedy miała okazję stawać przed kimś władnym wydawać jej rozkazy.

– Pani kostur, kapłanko! – naciskał Arcymag.

– Proszę o wybaczenie. Mimo wszystko chciałabym, panie, spróbować rozmowy. Pozwól mi spotkać się z przedstawicielem Egradaur na neutralnym gruncie. Ciebie nie posłuchali, być może ja zdołam do nich dotrzeć jako osoba niezaangażowana bezpośrednio w spór. Znam ich obyczaje, wiem dużo o tym ludzie. Mój mąż, jak wiesz, jest jednym z nich. Z całym szacunkiem, ale do mnie wykażą większe zaufanie.

– Czyż sama jeszcze niedawno nie przekonywałaś mnie, jak bezcelowe są rozmowy z nimi? Dajmy temu spokój, Irgalo. Oboje znamy warunki przymierza. Zostałaś wezwana i musisz nam pomóc. Zrób to szybko, a puszczę w niepamięć twoje zachowanie. – Spojrzenie księcia było bezlitosne.

– Przybyłam pomóc i pomogę. Kto dowodzi obroną miasta? Powiedz mi, proszę, z kim negocjowałeś, panie.

– Negocjacje dobiegły końca – wycedził powoli Reingard, a jego twarz stężała. – Sprzeciwili się woli swego pana i poniosą tego konsekwencje. Każdy, kto czyni podobnie, poniesie je. Nawet osoby najwyższe w hierarchii – zakończył z naciskiem.

Serce tłukło w piersi kapłanki jak szalone. Jeszcze chwilę temu ten sam mężczyzna zabawiał ją rozmową przy stole, a teraz miotał groźby. Wiele ją kosztowało, by nie uciec wzrokiem przed jego oczami.

– Nie przeleję krwi tych ludzi, dopóki nie porozmawiam z tym, który im przewodzi. Racz powściągnąć swój gniew na mnie, panie. Proszę jedynie o pozwolenie, bym mogła dać im ostatnią szansę na uniknięcie walki.

– Mieli taką szansę – rzekł chłodno Arcymag. – Jego wysokość już zdecydował. Wszelkie rozmowy z nimi zmącą ci tylko umysł, kapłanko, i będą wobec nich nieuczciwe, gdyż nie możesz tej decyzji zmienić.

– Mimo to… muszę spróbować. Kto przewodzi góralom w Egradaur?

Irgala dostrzegła, że nagle wyraz twarzy księcia zmienił się. Nieznaczny, ale zauważalny dla jej bystrych oczu grymas przemknął po jego obliczu.

– To nie ma znaczenia! Z woli pana tych ziem miasto ma przestać istnieć, i tak się stanie!

Teraz była już pewna. Nie zwróciła nawet uwagi na krzyk maga. Podeszła krok bliżej, patrząc prosto w oczy przyszłego monarchy.

– Kto im przewodzi? – ponowiła pytanie.

Mężczyzna milczał. W zamyśleniu popatrzył na krąg. Gdy się odezwał, w jego głosie nie było już śladu gniewu.

– To nieuniknione, Irgalo.

– Proszę, panie, powiedz mi, kto.

– Będzie ci tylko trudniej…

– Kto?!

Wargi księcia zacisnęły się jak gdyby instynktownie wzbraniały przed odpowiedzią.

– Derryg z Egradad.

Rozpędzone serce elfki stanęło na moment. Zachwiała się, jakby książę wymierzył jej cios w żołądek. Te zaledwie trzy słowa bolały jednak dużo bardziej. Próbowała coś powiedzieć, ale nie zdołała wydobyć z gardła nawet jęku i tylko kręciła przecząco głową. Miało go tu nie być – myślała gorączkowo – miał być w domu. Przecież mówił, że nigdzie się nie wybiera. Słowa te huczały w jej głowie, gdy puściła się biegiem, zostawiwszy mężczyzn bez słowa. Za nią ruszyła co prędzej zaniepokojona A’neli.

– Cóż to znaczy?! – Arcymag uniósł brwi. – Zna tego człowieka?

Książę skrzywił się.

– To bardzo możliwe. Są od kilku lat małżeństwem – warknął.

*

– Pani, co teraz? – zapytała niepewnie młoda elfka.

Irgala stała oparta o niewielkie drzewo przy ich namiocie. Spojrzenie wciąż miała nieprzytomne. W nawale myśli jedna tylko była wyraźna i wypowiedziała ją na głos.

– Muszę się z nim zobaczyć.

– Ale książę…

Kapłanka rozejrzała się. Nieopodal na gałęzi siedziała wrona. Wszelakie ptactwo zawsze chętnie podążało za ciągnącą armią, żerując na odpadkach.

– Proszę o kostur.

Uniosła w górę podany kij, a ptak natychmiast posłusznie sfrunął na jej wyciągnięte ramię.

– Reingard nie musi nic wiedzieć. Same wyślemy wiadomość. Przygotuj, proszę, pergamin i kałamarz – poleciła akolitce, wchodząc do namiotu.

3.

Jego zbliżającą się wysoką, szeroką w ramionach postać dostrzegła na długo, nim wyłonił się spomiędzy drzew. Derryg przemykał cicho i zwinnie wśród cieni, z bronią niedbale opartą o bark. Był u siebie, każde drzewo znał tu z imienia. Jego stopy przez lata przemierzyły każdą piędź tej ziemi. To był jego dom. Irgali imponowało, jak sprawnie potrafił poruszać się w ciemnościach nocy. Tutejsze wzniesienia były niczym w porównaniu do stromych stoków Egradad, które go wychowały.

Zatrzymał się, dostrzegł ją w mroku. Irgala podeszła bliżej z trzymającą się nieco z tyłu A’neli. Derryg zdjął z ramienia topór – prosty obuch z prawie metrowym styliskiem. Pomimo chłodu miał na sobie tylko lnianą koszulę i lekkie spodnie. Wbił ostrze w ziemię – czyniąc zadość pokojowemu zwyczajowi – i ruszył elfkom na spotkanie. W rytm kroków kołysała się na jego piersi sakwa z egr.

Irgala miała mu tyle do powiedzenia. Czekając tutaj, cały czas szukała odpowiednich słów, a gdy wreszcie stanęli naprzeciw siebie na tym pokrytym trawą i chwastami wzniesieniu, jedynym, co miała w sercu, była bolesna pustka.

– Moja pani. – Derryg skłonił się lekko w dobrze znany jej sposób.

Irgala znała też jego spokojne, poorane zmarszczkami od słońca i wiatru oblicze – tak spokojne jakby było to zwyczajne spotkanie po niedługiej rozłące, w czasie której nie wydarzyło się nic wartego opowiadania, a rankiem mieli witać kolejny dzień, wtuleni w siebie na posłaniu.

– Ukochany – odrzekła przez ściśnięte gardło.

I cóż miała powiedzieć? Nie przekona go za nic. Te przenikliwe oczy patrzyły na nią twardo, pozbawione wątpliwości, które szarpały jej duszę niczym wilcze zęby schwytaną ofiarę.

– Nie będą cię szukać? – niespodziewanie przemówił pierwszy, wskazując na wzgórze.

Elfie oczy Irgali dostrzegły sylwetki wartowników w świetle obozowego ogniska. Nie trudzono się, by je ukryć. Poniżej, na równinie, płonęły ich dziesiątki wśród porozstawianych tam namiotów książęcej armii.

– Nie muszą. Wiedzą, że nigdzie się stąd nie ruszę.

Jej wzrok popłynął w stronę Egradaur, również skąpanego w blasku świateł. Tej nocy nikt tam nie spał. Wszyscy czekali, świadomi konsekwencji swego wyboru, niewzruszenie pewni. Ileż by dała, żeby i jej wnętrze przepełniało takie poczucie słuszności.

Derryg przytaknął.

– Łańcuchy obowiązku trzymają najpewniej.

Spojrzała na niego. Wiecznie nieporuszony, jakby rzeczywiście był z kamienia. Poczuła się przez chwilę jak przed laty, gdy dopiero się poznawali. Wtedy jakże często nie potrafiła przejrzeć jego słów i długo rozważała w sercu, czy chciał przekazać jej jedną z wielu mądrości swojego ludu, czy też zwyczajnie z niej drwił.

– To jest twoja odpowiedź? – zapytała, świdrując go wzrokiem.

– To jest mój los, Irgalo – odrzekł z naciskiem swym niskim głosem, który tak uwielbiała, gdy szeptał jej do ucha.

– Twój… A co z naszym losem, Derrygu, czy on już nie ma znaczenia?

Czyżby, pomyślała, czy stalowe spojrzenie złagodniało nieco? Wyciągnął dłoń. Powoli zsunął z jej głowy kaptur, odgarnął włosy. Irgala poczuła, jak jego stwardniałe od pracy palce delikatnie pieszczą spiczasty koniec jej długiego elfiego ucha.

– Przestań.

Ujął je i lekko ugniatał, jak zwykł to robić często, gdy budził ją po wspólnej nocy. Pierwszym, co widziała Irgala każdego takiego poranka, było jego skupione na tej pieszczocie, wręcz zafascynowane oblicze.

– Przestań! – Odtrąciła gwałtownie jego rękę. Stojąca gdzieś z tyłu A’neli wydała zaniepokojony jęk. – Jak możesz być taki?! Czy do reszty wyzbyłeś się uczuć w tych przeklętych górach?!

– Nie nam decydować już o przyszłości. Nie tej nocy.

Pięści zacisnęły się jej bezwiednie.

– Wciąż mamy wybór. Możemy…

– Już go dokonaliśmy – przerwał jej. – Oboje zdecydowaliśmy się służyć.

Irgala westchnęła ciężko. Drżały jej wargi. Przemówiła dopiero, gdy to opanowała.

– Derrygu, ja… nie potrafię.

Wyjaśniła mu wszystko w napisanej wiadomości, a mimo to nie było widać po nim nic: żadnego żalu czy lęku. Surowy człowiek gór, pomyślała, niezłomny, gotów przyjąć wszystko, co tylko miało przynieść jego wypełnione zmaganiem z naturą życie.

– Czy ty potrafiłbyś na moim miejscu?

Nic nie odrzekł. Uniósł dłoń, a na twarzy nie drgnął mu ani jeden mięsień. Palce ścisnęły spoczywającą na piersi sakiewkę z egr. Dotychczas tylko raz widziała, by czynił ten zwyczajowy, nabożny gest. Jakby to jej serce gniótł teraz zamiast tego kamienia, przyszło na myśl Irgali i naraz wszystko przestało dla niej mieć znaczenie.

– Nikt nie będzie mi mówił, co mam robić – wycedziła.

– Irgalo…

– Kostur! – rzuciła, patrząc na niego wyzywająco.

W powietrzu zawisła ciężka cisza.

– Pani?… – bąknęła w końcu młoda elfka za plecami kapłanki.

– Słyszałaś, co powiedziałam, A’neli. Natychmiast podaj mi kostur!

Uczennica podeszła, wyraźnie onieśmielona obecnością mężczyzny oraz gniewem pani. Kapłanka niecierpliwie wyrwała jej z rąk cienki kij. Chwyciwszy go oburącz przy końcach, wzięła zamach. Derryg okazał się szybszy. Jego dłoń złapała kostur, nim roztrzaskał się na zgiętym kolanie Irgali. Z wściekłym pomrukiem usiłowała się wyrwać, ale bezskutecznie. Całą swoją siłą nie potrafiła przemóc chwytu jednej tylko ręki mężczyzny.

– Nie pojmujesz tego? – syknęła, krzywiąc twarz z wysiłku – Nie wiesz, że mam władzę… was wszystkich… to miasto… ciebie?!…

Nic na to nie odpowiedział. Mocowali się jeszcze przez chwilę, aż dała za wygraną. Derryg bez słowa rzucił kostur skonsternowanej A’neli. Zasapana po tych zmaganiach Irgala zaśmiała się gorzko.

– Nie dbam o obowiązek, rozumiesz? Nic mnie nie obchodzi ich polityka! Czy ja jestem królem? Czy przeze mnie mają puste spichlerze? Niech zdychają, jeśli taki sobie los zgotowali! Kto daje im prawo zetrzeć to miasto z powierzchni ziemi, by ocalić samych siebie?! Przyszli tu jak po swoje, gotowi przejść choćby po trupach… Brzydzę się nimi!!! – wykrzyknęła nagle. – Nie przyłożę do tego ręki!

Derryg odwrócił wzrok.

– Latem góry nawiedzają silne burze – rzekł niespodziewanie, jakby wcale nie słyszał tego, co powiedziała. – Niebo wpada we wściekłość.

– Co to ma…?! – zaczęła Irgala, ale nie pozwolił sobie przerwać. Spokojnie ciągnął dalej, patrząc na kamienne mury Egradaur.

– Siecze wichrem, który w jednej chwili potrafi zrównać z ziemią całą osadę, a pioruny spadają jak uderzenia boskich pięści. Ulewny deszcz zamienia wąwozy i skalne korytarze w rwące potoki. Burze przetaczają się tu od wieków. Od wieków też trzęsie się ziemia. Nagłe potężne wstrząsy zrzucają kamienne lawiny, zasypują rozpadliny i rzeźbią kolejne. Wiesz, co odpowiada na to Egradad?

Z gardła Irgali znów wybrzmiał gorzki śmiech.

– Jak możesz? – wyszeptała słabo, a długo wstrzymywane łzy pociekły jej po twarzy. – W takiej chwili? Zrozum… ja muszę. Cóż to za wybór? To są nasze… mogą być… ostatnie, a ty…

Derryg delikatnie ujął oburącz tę twarz i przyjrzał się w skupieniu.

– Nic – rzekł Irgali prosto w oczy, odpowiadając na własne pytanie. – Kamień będzie milczał i trwał dalej.

Bolesny jęk wyrwał się na wolność prosto jej z serca. Nie mogła już go powstrzymać. Nie mogła powstrzymać swych ramion, gdy objęły męża z całych sił i za nic nie chciały puścić. Wtulona w jego szeroką pierś, zaszlochała, a strumień łez popłynął na spoczywające tam egr – duszę ludzi gór, symbol całkowitego oddania w służbę kamiennemu bogu Egradad.

– Ucieknijmy, Derryg. Zostawmy to wszystko za sobą. Jedźmy gdzieś daleko, teraz, natychmiast, i nawet się nie oglądajmy! Niech ci żałośni ludzie utopią się nawzajem we krwi, ale my żyjmy! Żyjmy, Derryg! Tylko my…

Opanowała się ogromnym wysiłkiem woli. Ciągle drżąc, przetarła oczy. Chciała się odsunąć, lecz powstrzymały ją dłonie mężczyzny.

– Przed tym, co jest częścią nas, nie uciekniemy, choćbyśmy udali się do najdalszych krain. – Położył dłoń tuż nad jej łomoczącym sercem.

– Odchodzisz – szepnęła.

– Noś mnie w sercu. Noś jako swoje egr, a nie odejdę nigdy.

Jego twarz nie była już wyżłobioną skałą. W tę ostatnią noc ciepły uśmiech rozświetlił oblicze Derryga z Egradad.

Irgala obserwowała, jak wyszarpnął z ziemi wbity weń topór, a chwilę później zniknął między drzewami, cichy i zwinny niczym duch nocy. Stała tak dalej, wpatrzona tępo w las, dopóki nieśmiałe chrząknięcie uczennicy nie wyrwało jej z letargu.

– Wybacz, A’neli. – Uśmiechnęła się blado i pogłaskała młodą elfkę po głowie. – Przepraszam, że musiałaś być tego świadkiem.

– Na twoje rozkazy, kapłanko – odrzekła poważnie młódka. – Ty zawsze wiesz, co należy czynić.

Irgala omal znów nie rozpłakała się na te słowa.

Gdy ruszyły w drogę powrotną do obozowiska, tylko raz spojrzała za siebie. Nie dojrzała nic oprócz skrytych w ciemnościach drzew.

– Nie potrafię… – wyszeptała tak cicho, że nawet idąca nieopodal A’neli nie mogła tego usłyszeć. – Naprawdę nie potrafię.

4.

Półmrok namiotu przyniósł nieco ukojenia podrażnionym słonecznym blaskiem poranka oczom Irgali. Przebywając od dłuższego czasu w wiecznym cieniu lasów, odwykła od intensywnego światła, przed którym niemal nic nie chroniło na tym wzgórzu. Została tu sama – Kandranaja i Graiel odeszły, gdy nie chciała zamienić z nimi nawet słowa. Taktowna jak zawsze A’neli wyszła na zewnątrz.

Zwinięta w kłębek na posłaniu, Irgala patrzyła w przestrzeń pustym wzrokiem. Myśli płynęły w głowie poprzez ciemne chmury, serce tłukło z wysiłkiem jakby zalegał na nim fizyczny ciężar. Chyba tylko ona jedna go tutaj czuła. Dla pozostałych rozwiązanie było proste, wręcz oczywiste. Książę, Derryg, siostry-kapłanki, chyba nawet A’neli – wszyscy wiedzieli, co trzeba zrobić. Tyle że to nie ich ręka miała położyć kostur w kręgu, dopełniając zaklęcia, i splamić się krwią wielu, wielu ludzi, których jedyną winą było to, że tu zamieszkiwali.

– Iri?

Głos wydał się znajomy, choć dawno niesłyszany. Nie, pomyślała kapłanka, to nie może być…

– Iri, mogę wejść?

Niepewna, czy aby słowa te nie wybrzmiały jedynie w niespokojnym, płytkim śnie, który z rzadka nawiedzał ją tej nocy, Irgala wstała chwiejnie. Wszystkie myśli odpłynęły momentalnie, gdy rozpoznała postać stojącą w świetle dnia wpadającym przez rozchylone poły namiotu.

– To ty? – wyszeptała.

Postać weszła do środka. Zdjęła z głowy kaptur długiego podróżnego płaszcza i oczom Irgali ukazał się nieśmiały uśmiech, który tak kochała.

– Witaj, przyjaciółko, tęskniłam za tobą.

– Ilka! – wykrzyknęła Irgala. – To naprawdę ty!

W istocie nie mógł być to nikt inny, nikt bowiem poza tą drobną elfką nie odważyłby się zwrócić do kapłanki Irgali z Shaveel per „Iri”. Przybyszka ledwie zdążyła wyciągnąć przed siebie szczupłe ramiona, nim Irgala jednym skokiem pokonała dzielący je dystans i zamknęła ją w uścisku.

– Nie mogę uwierzyć… Jak dobrze, że tu jesteś, Ilko – wyszeptała, wtulając twarz w gęstwinę jej pięknych, lekko rudawych włosów. – Tak bardzo cię teraz potrzebuję.

– Nabrałaś krzepy, Iri. Górskie powietrze ci służy – odrzekła wesoło elfka zduszonym przez uścisk głosem.

Irgala roześmiała się, w jednej chwili wypuszczając z siebie całe napięcie. Poluźniła uchwyt, ale jeszcze się nie odsunęła.

Tak bardzo pragnęła choćby chwili bliskości kogoś, kto niczego od niej nie żądał ani nie próbował do niczego nakłaniać. I oto zjawiła się ona – Tarmillia z Shaveel, jej najbliższa przyjaciółka; Tarmillia, Illia, Ilka, we własnej osobie: zielonooka, drobna, z włosami sięgającymi do pasa, jak zawsze radosna, ciepła i oddana.

– Niech ci się przyjrzę – powiedziała Irgala, puszczając ją wreszcie. – Jesteś świeżutka jak skowronek. Ja po wczorajszej podróży przypominałam wychłostanego wiatrem stracha na wróble, a nogi do teraz mam nieswoje. Skąd się tu wzięłaś?

Tarmillia pokręciła głową z uśmiechem.

– Oj, odwykło się od siodła, kapłanko! Za dużo siedzenia nad pożółkłymi pergaminami, a zdecydowanie zbyt mało jazdy na świeżym powietrzu. Gdy zrobi się trochę spokojniej, wybierzemy się znów do gorących źródeł w Tarenbaum. Pamiętasz? Wtedy jeszcze byłaś akolitką.

– Nawet nie wiesz, ile bym dała, żeby móc znów tam być.

– Przejeżdżałam przez Brimmvale. Powiedzieć, że słyszałam wieści, to mało – w miasteczku aż huczało, że książęce oddziały ruszyły na Egradaur i wezwano nawet kapłanki do pomocy. Cóż miałam zrobić? Musiałam przyjechać cię zobaczyć! – Nagle spoważniała. – Obawiałam się tego. Od dawna krążyły pogłoski o zbliżającej się wojnie. Jest aż tak źle?

– Musi być, skoro sam książę zebrał wyprawę. Podobno jeszcze jeden rok tak kiepskich zbiorów i ludzie zaczną umierać z głodu.

– I co? Chcą się układać z góralami? Po to sprowadził tu ciebie, Kandranaję i Graiel? – Bystre zielone oczy elfki nie wydawały się przekonane.

Irgala zmarszczyła brwi.

– Powiedz mi, co tu zaszło, przyjaciółko. – Tarmillia pogłaskała ją po ramieniu. – W obozie panuje napięta atmosfera, siostry powitały mnie chłodno jak nigdy, a ty wyglądasz jakbyś wcale nie zmrużyła oka tej nocy. Co to znaczyło, gdy powiedziałaś, że mnie potrzebujesz?

– Ludzie z gór nie pozwolą nikomu przejść, wiesz to dobrze. Wedle ich wierzeń tylko oni mogą tu zamieszkiwać. Dostali te ziemie od swego boga, Egradad, w nagrodę i będą walczyć o każdy kamień, do upadłego. Książę nie może ryzykować oblężenia. Nawet gdyby udało się wziąć szturmem miasto, poniósłby potężne straty, a zostaliby przecież jeszcze do pokonania ci, co zamieszkują góry i ziemie po drugiej stronie przełęczy. Morale armii i bez tak trudnej potyczki jest w nie najlepszym stanie. Nie chcą walczyć. Zapasów póki co nie brakuje, jednak nie wiadomo, czy starczyłoby na długą kampanię.

– Iri, nie rozumiem… Czego oni chcą od ciebie?

– Nie przyszłyśmy paktować. Od początku wiadome było, że nic z tego nie wyjdzie. Ja i siostry jesteśmy tu, by dopełnić warunków przymierza zawartego z koroną.

– Od bardzo dawna nie powoływali się na nie – zauważyła Tarmillia.

– Owszem, ale sojusz wciąż obowiązuje. Choć minęło wiele lat, nadal jesteśmy dłużnikami ludzi. Uratowali nas, przecież wiesz. To królewskie armie ocalili nasze gaje przed spaleniem, a nasze głowy – spod toporów krasnoludów klanu Złotego Kozła. Książę nie omieszkał mi dziś o tym przypomnieć. Jego aluzje mówiły jasno: nadszedł dzień spłaty długu.

– Co zatem?…

– Egradaur z rozkazu samego króla ma zostać zniszczone. Ludzie żądają, by połączona magia sióstr-kapłanek runęła z nieba całą swą straszliwą mocą i zmiotła to miasto z powierzchni ziemi.

Irgala sama była zdziwiona, jak spokojnie to powiedziała. Jej przyjaciółka zaś wyglądała, jakby otrzymała cios w żołądek.

– Och, Iri… – wyszeptała.

– Siostry złożyły już w kręgu swe kostury, podobnie królewski Arcymag.

Tarmillia przez chwilę przyswajała te wieści. Jej szczerze zatroskane oczy błądziły po ścianach namiotu. Gdy znów spoczęły na Irgali, była w nich bliskość, której kapłanka tak bardzo pragnęła.

– Teraz rozumiem, skąd ta udręka na twojej twarzy. Książę naciska na ciebie…

– Sama widziałaś, jaki panuje tu nastrój. Wszyscy czekają już drugi dzień.

– A siostry?

Irgala wzruszyła ramionami.

– Trudno powiedzieć. Ich moc przypuszczalnie może nie wystarczyć. Zaklęcie musi być dostatecznie silne, by zniszczyć miasto całkowicie. W przeciwnym razie dojdzie do walki, a ludzie gór, przyciśnięci do muru, wyjdą do niej z niespotykaną zajadłością. Wiesz, jacy są. Będą zabijać z furią, bez strachu i litości, nie oglądając się na nic. Widmo klęski wcale ich nie zniechęci. Z radością poświęcą wszystko za swoją sprawę, czego nie można powiedzieć o żołdakach księcia. Szybko zmęczą ich mozolne potyczki, dojdzie do rozprzężenia i dezercji, a to zagrozi powodzeniu całej wyprawy.

– Iri, nie o to pytałam…

Oczywiście, że nie – pomyślała Irgala – tylko co tutaj można więcej powiedzieć? Reingard przekonał je. Jakim sposobem – to już nie miało znaczenia. Nawet nie chciała wiedzieć. Jakikolwiek by nie był, nie uznałaby go za słuszny.

– To ja muszę zdecydować, przyjaciółko, nie one. – Uniosła dłonie i przyjrzała się ich wnętrzom. – Wszystko zależy teraz ode mnie.

Palce Tarmillii oplotły jej własne i ścisnęły mocno. Ten gest wystarczył za wszystkie słowa. Uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Usiądźmy, na pewno jesteś zmęczona po podróży, choć ani trochę po tobie nie widać. Napijesz się grogu? Zdążyłam już zapomnieć, jak pyszne trunki potrafią wyrabiać ludzie – powiedziała Irgala i natychmiast zaczęła krzątać się przy stole, co pozwoliło jej ukryć wzruszenie.

A’neli podała im napitek, uśmiechając się do Tarmillii, którą bardzo lubiła, po czym opuściła namiot.

– Opowiedz mi, proszę, co słychać w Shaveel.

Irgala z początku chętnie słuchała wieści, lecz ciemna chmura natrętnych myśli nie opuszczała jej. Słowa Tarmillii trafiały w próżnię.

– Iri, to nie może trwać tak dłużej – powiedziała w końcu z troską elfka. – Nie mogę patrzeć, jak cierpisz.

Kapłanka milczała, wpatrzona w opróżniony tylko w połowie kielich.

– Ja też bym nie potrafiła, rozumiem cię… tak sądzę. Całe miasto… – Wsparta łokciami na stole Tarmillia przetarła oburącz twarz. – To okropne. Niesprawiedliwe. Nie mogą zmuszać cię do czegoś takiego! Nie mogą mieć ci za złe, jeśli odmówisz.

Irgala zaśmiała się smutno.

– Za złe? Moja odmowa spowoduje zerwanie przymierza. Bogowie tylko raczą wiedzieć, jakie wynikną z tego konsekwencje, ale obie wiemy, jacy potrafią być ludzie. Jeśli teraz ich zawiodę, prędzej czy później ich miecze zwrócą się przeciw nam.

– I ceną za to ma być… tyle krwi?

– Czego bym nie zrobiła, krew i tak popłynie. Książęca wyprawa to akt rozpaczy. Jej porażka oznacza śmierć głodową tysięcy poddanych. Żyzne ziemie za przełęczą są ich jedynym ratunkiem. Zrozum, Ilko, ja już mam krew na rękach. Mogę jedynie wybrać – czyją.

Irgala westchnęła ciężko, a potem niespodziewanie uderzyła ręką w stół na tyle silnie, że jej towarzyszka drgnęła nerwowo.

– A nie potrafię wybrać! Nie w ten sposób!

Zgarbiła się nad stołem, jakby to sam ciężar decyzji uginał jej plecy. Tarmillia sięgnęła i ujęła jej dłoń w swoje. Tym razem Irgala ledwo to zauważyła.

– Nie możesz tak myśleć, Iri. Spójrz na mnie! Nie jesteś tutaj niczemu winna! – Z zielonych oczu elfki biła szczerość i zdecydowanie. – Nie ty doprowadziłaś do tej sytuacji i nie ty ponosisz odpowiedzialność za działania władcy ludzi. Owszem, mamy wobec nich zobowiązania, ale to ich wojna, nie nasza! Widzę, jak się zmagasz. – Ścisnęła mocniej jej dłoń. – Jesteś świadoma ciążącego obowiązku, a jednocześnie brzydzi cię myśl o zadaniu śmierci. Myślę, że… to naturalne. Każdy z żołnierzy księcia myśli teraz podobnie.

– Tak sądzisz? – spytała kapłanka z powątpiewaniem.

– Nie mają twojej mocy, to oczywiste. Nie zmienia to faktu, że zmuszeni zostali skrzyżować miecze z innymi przedstawicielami swojej rasy. Na rozkaz mają walczyć i zabijać. Mieszkańcy Egradaur nie uczynili nic złego, nic złego nie uczynił… mężczyzna, którego kochasz – to w wyniku błędnej polityki króla i ślepego losu stanęli na drodze królestwu. Nie jest temu winien żaden z tych mężów gotujących się do szturmu na miasto, nie jesteś winna i ty. To trudne, okropnie trudne, wiem, kochana… ale sprawy zaszły na tyle daleko, że nie pozostało do uczynienia nic poza absolutnie koniecznym.

W tych słowach, wypowiedzianych z prawdziwym przekonaniem, brzmiał ponury fatalizm, lecz zarazem Irgala wreszcie poczuła, że nie jest sama ze swoimi myślami.

– Chcesz powiedzieć?…

– Chcę powiedzieć tyle: jesteś mądra i dobra; wyniesiono cię do godności kapłańskiej, bo taka właśnie jesteś. Za to też pokochał cię Derryg. – Tarmillia zawiesiła głos. – Z pewnością dobrze odczytasz moje słowa, znamy się wszak tyle już lat… On wie, Iri! – rzekła nagle z mocą. – Rozumie jak nikt inny, uwierz mi. Góry dały mu ciężkie życie, uczyniły równie twardym co one same. Ludzie gór nigdy się nie wahają. Chociaż – nie mam co do tego wątpliwości – kocha cię całym sercem, zrobiłby to samo na twoim miejscu i… też wiedziałby, że zrozumiesz.

Łzy kapłanki spłynęły cichutko na ich splecione mocno dłonie.

Na nowo poczuła czuły dotyk na swej piersi.

Noś jako swoje egr, a nie odejdę nigdy…

Irgala otworzyła zaciśnięte powieki. Wspomnienie zeszłej nocy rozwiało się. Pozostała tylko bezlitosna, nie dająca szans na ucieczkę teraźniejszość.

– Będziesz przy mnie? – zapytała szeptem.

W łagodnych oczach Tarmillii nie znalazła cienia wątpliwości.

– Do samego końca, przyjaciółko.

Pomyślała, że będzie tego żałować już zawsze. Do końca życia będzie przeklinać ten dzień. Jednym haustem dopiła grog. Poczuła, jak rozlewające się po ciele ciepło trunku łagodzi nieco drżenie jej wnętrza. Wstały od stołu.

– Niech to się już skończy – rzekła Irgala. Przetarła oczy i starała się przybrać obojętny wyraz twarzy. Nie mogła dopuścić, by ktokolwiek poza najbliższą przyjaciółką zobaczył ją w takim stanie.

Wyprostowała plecy, przeczesała włosy, odetchnęła głęboko. Gdy odzyskała już równowagę, powoli ruszyła w stronę wyjścia z namiotu. Tarmillia poszła przodem, by uchylić przed nią połę.

Irgala nie myślała już o Egradaur ani o księciu i jego poddanych. W martwej ciszy, która zaległa w jej umęczonym umyśle, pozostał tylko Derryg. Ubiegłej nocy tak bardzo starała się być silna, nie dokładać mu niewątpliwe odczuwanych, choć doskonale skrytych w ciemnej głębi jego wnętrza cierpień. Dzisiaj żałowała. Pomimo iż podskórnie czuła, że widzą się po raz ostatni, nie zdecydowała się mu powiedzieć, przelać na niego tej wzburzonej rzeki przewalającej się przez jej serce. Ich związek wydawał się całkowicie nie do pomyślenia – pochodzili z dwóch różnych światów. Nie mogło im się udać, żadną mocą, powiedziałby każdy rozsądny obserwator. A mimo to tylko jemu oddała się cała. Ona jedyna została panią jego surowego serca, czego dawał wyraz w nawet najdrobniejszych gestach, jak choćby gdy dotykał jej uszu tak delikatnie, jakby były kruchym skarbem ze szczerego złota, patrząc przy tym z czułością i fascynacją człowieka, który takież precjoza odnalazł, poświęciwszy ich poszukiwaniom całe życie. Ilka miała rację, pomyślała kapłanka, on wie. Bo cóż innego powiedział jej na pożegnanie ten cudowny, tak rzadko widziany u niego uśmiech?

Już miały opuścić namiot. Nagle Irgala zamarła wpół kroku.

– Nie powiedziałam ci, że Derryg jest tutaj – rzekła dokładnie w chwili, gdy przyszła jej ta myśl.

Tarmillia, z ręką wyciągniętą już w stronę poły namiotu, zawahała się na ledwie sekundę, ale i tak nie uszło to uwadze kapłanki.

– Domyśliłam się tego – odparła lekko. Zbyt lekko.

Irgala gwałtownie chwyciła ją za drugie ramię i obróciła ku sobie. Nie myliła się. Wystarczyło spojrzeć jej w oczy.

– Nie byłaś w Brimmvale. Od początku coś mi to mówiło.

– Skąd ci…

– Słusznie zauważyłam, że nie widać po tobie trudów podróży – ciągnęła Irgala. – Gdybyś jechała stamtąd, nie wyglądałabyś tak świeżo. Nigdzie nie byłaś, siedziałaś cały czas tutaj.

– Iri!

– Tak ci kazano, na wypadek gdybym nie chciała współpracować. Reingard pomyślał o wszystkim. Tylko on wiedział o Derrygu. Nie mogłaś dowiedzieć się znikąd indziej – pospiesznie wyrzucała z siebie słowa. W jednej chwili wszystko nabrało jasności.

Tarmillia zamrugała. Jej rozbiegane oczy nie potrafiły wytrzymać spojrzenia Irgali.

– Nie chciałam, żeby tak się stało – powiedziała cichym, jakże odmiennym od dotychczasowego głosem.

– A jak miało się stać?! – wybuchnęła Irgala. – Miałam nigdy się nie dowiedzieć? Bezmyślnie wierzyć, gdy najbliższa przyjaciółka kłamała mi prosto w oczy?! Co ci dał za to, czym cię kupił? Co jest na tyle cenne, by zdradzić osobę, która szczerze cię kocha?!

– Proszę, pozwól mi powiedzieć…

– Nie musisz mówić nic więcej. Znam już prawdę. – Kapłanka ruszyła do wyjścia. Tarmillia zagrodziła jej drogę.

– Miałaś rację! – krzyknęła. – Zerwaliby przymierze. Nie mieliby litości. Nie znają jej. Nasze gaje, cudowne, piękne lasy Shaveel – pomyślałaś o nich? Zabraliby nam wszystko, spaliliby świątynie, splądrowali domy! Bylibyśmy dużo łatwiejszym łupem niż Egradad i ziemie nad Corgg. Dla Radalfa to oczywiste. Nie rozumiesz? Czekał tylko na pretekst, by wymierzyć w nas swój miecz! Cóż nadałoby się lepiej na takowy, jeśli nie zdrada kapłanki?

– Zejdź mi z drogi – wycedziła zimno Irgala.

– Iri, błagam cię!…

Ręka wystrzeliła niemal bezwiednie. Wymierzony z ostrym plaśnięciem policzek wstrząsnął Tarmillią. Był tak gwałtowny i niespodziewany, że dopiero po kilku sekundach doszła do siebie. Twarz elfki była ucieleśnieniem rozpaczy, ale kapłanki nic już to nie obchodziło.

– Nie waż się więcej tak do mnie mówić! – wysyczała przez zaciśnięte zęby.

Nogi poniosły ją same. Wypadła z namiotu ze zmrużonymi nie tylko z powodu słońca oczami.

– Kostur! – warknęła, patrząc nieruchomo przed siebie.

W obozowisku kręciło się mnóstwo ludzi zajętych swoją pracą. Nic nie obchodzili Irgali. Jej oczy spoczęły na jednym tylko człowieku, jakby stał tutaj sam, i nie schodziły z niego, gdy nieustępliwie parła przed siebie.

A’neli, która siedziała w cieniu niewielkiego drzewka nieopodal namiotu, tym razem nie okazała nawet cienia wahania, pomna ostatniej reprymendy. Z trudem dogoniła kroczącą szybko kapłankę i natychmiast umknęła, świadoma, że zaraz stanie się coś złego. Arcymag najwyraźniej też to wyczuł, gdyż właśnie wyłonił się z namiotu z pobladłą twarzą.

I tylko książę stał wśród przybocznych na pustym placu przed swym namiotem, zatopiony w rozmowie, od której oderwał go dopiero krzyk Irgali.

– Podstępna kanalio!!!

Reingard nie, lecz jego straż wykazała się refleksem. Ostro zaszeleściła wyciągana z pochwy stal. Odziani w kolczugi mężczyzni stanęli na drodze kapłanki. Uniesiony kostur mierzył prosto w nich. Arcymag krzyknął coś, lecz nikt go nie usłyszał, gdyż w tym samym momencie huknął grom.

Krótki błysk oślepił wszystkich wokół. Irgalą zachwiał gorący podmuch, rozwiewając jej włosy na wszystkie strony. Przez parę sekund słyszała tylko dzwonienie w uszach. Pewnie usłyszałaby też w myślach ostrzegawcze napomnienie swej mentorki i poprzedniczki w kapłańskiej służbie, lecz teraz jej serce przepełniał ogień; buzował w niej wściekle i jedynym, czego pragnęła, było wylać go na wszystko dokoła.

Porażony wzrok powoli powracał. W nozdrza uderzył ją swąd spalonego mięsa. Książę wraz z towarzyszami leżeli na ziemi ogłuszeni, natomiast tam, gdzie stali dwaj strażnicy, pozostał tylko nieregularny okrąg spalonej trawy i bezkształtne dymiące szczątki. Z pobliskich namiotów zaczęli wysypywać się kolejni zbrojni. Irgala z zaciętą twarzą uniosła kostur.

– Stać! – wrzasnął książę.

Zbierał się z ziemi na wyraźnie drżących nogach. Szybko otrzepał z kurzu spodnie i dublet. Pomimo przeraźliwie bladej twarzy zachował władczość w głosie. Strażnicy zatrzymali się na jego komendę.

– Co to ma znaczyć?!

– Tak traktujesz swoich sojuszników, wasza wysokość?! – Książęcy tytuł zabrzmiał w ustach Irgali niczym splunięcie. – Jak śmiałeś mną manipulować?! Twój ojciec nigdy nie posunąłby się do takiej obrzydliwości!

Reingard zmrużył oczy. Ocena sytuacji zajęła mu ledwie sekundę.

– Zostawcie nas – polecił krótko.

– Panie…? – bąknął jeden ze strażników, patrząc na wciąż mierzący groźnie kostur.

– Powiedziałem, wszyscy won!

Nie trzeba było zachęcać ich dłużej. Jeszcze chwilę temu pełen ludzi plac opustoszał w kilka sekund. Książę Reingard stał w jego centrum, odzyskawszy już najwyraźniej panowanie nad sobą po niespodziewanym incydencie, lecz nie podszedł do Irgali. W jej kierunku nadpłynęła za to wysoka postać Arcymaga.

– Bezmyślna, rozchwiana, nieodpowiedzialna kobieto – wycedził ów. – Z tego wzgórza nie zostałby kamień na kamieniu, gdyby błyskawica uderzyła bliżej magicznego kręgu.

Irgala wytrzymała jego spojrzenie i zrewanżowała się podobnie pełnym pogardy.

– Jakże w twoim stylu byłoby to, panie. Wszak tak wielką masz ochotę miotać śmiercią na wszystkie strony.

Ku jej zaskoczeniu, twarz maga złagodniała. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.

– Jak do tego doszło, że to właśnie wasza żałosna rasa otrzymała taki dar? – Powrócił jego zwyczajowy ton chłodnego dystansu, jak gdyby rozważał głośno jakiś niezwykle ciekawy, acz czysto hipotetyczny problem. – Spójrz tylko na siebie. Jakby ktoś dał małpie do ręki zapaloną pochodnię. Nie potrafisz nawet pojąć, jakimi siłami dano ci możliwość władać. Ale bogowie wszystko to widzą i pewnego dnia naprawią swój błąd.

– Dlaczego od razu nie pójdziesz im go wyjaśnić?

Jego uśmiech jeszcze się poszerzył.

– To my, ludzie, zostaniemy kiedyś kapłanami i zapewniam cię, pani, że żaden z nas nie będzie się uchylał od swych powinności. Nie rozumiem cię, Irgalo. Nie rozumiem twego wahania. Jak można, dysponując taką mocą, nie potrafić udźwignąć ciężaru konieczności? Pozwalasz miotać sobą afektom, dopuszczasz, by zaćmiły twój rozum. Emocje to luksus, kapłanko, przywilej dla tych, którym nie wyznaczono żadnego wielkiego celu. Nam, z urodzenia powołanym do takowych, nie wolno oglądać się za siebie. Byłoby to nie tylko niewłaściwe, ale wręcz… – spojrzał na zwęglone szczątki strażników i skrzywił się – … niesmaczne.

– Nie rozumiesz i nigdy nie zrozumiesz – odparła ostro Irgala. – Do tego musiałbyś mieć w piersi coś więcej niż bryłę lodu.

Arcymag pokiwał głową, zdawałoby się, że nawet nieco smutno.

– Trudno moje serce nazwać gorącym, przyznaję. A na pewno nie ma w nim na tyle żaru, by momentalnie obrócić dwóch ludzi w kupkę popiołu – pstryknął palcami – ot tak. Zgładziłaś ich bez zastanowienia, a nie wyglądasz wcale na zmartwioną. Gdzie twoje współczucie, Irgalo? Tych tutaj miałaś prawo spopielić, a tamtych nie? – Wskazał na mury Egradaur. – Jaka jest między nimi różnica?

– Och, starczy tego pouczania – żachnęła się elfka. – Zachowaj te kazania dla swoich uczniaków, magu To ja zostałam wybrana przez bogów i ktoś taki jak ty nie ma prawa mnie osądzać.

– Gdyby nie reakcja księcia, pozabijałabyś tu wszystkich – widziałem to w twoich oczach. Jako że obchodzi cię jedynie swój własny osąd, radzę znaleźć czasem chwilę, by przejrzeć się w lustrze, a najlepiej – twarz Arcymaga nabrała przebiegłego wyrazu. Popatrzył na coś ponad ramieniem Irgali – w oczach kogoś bliskiego. Tylko uważaj, bo to, co tam zobaczysz, może ci się nie spodobać.

Odwróciła się gwałtownie, by podążyć za jego spojrzeniem.

– Och… – szepnęła. Opamiętanie przyszło zbyt późno.

A’neli stała bez ruchu, obejmując się ramionami. Oczywiście, widziała wszystko, co zaszło, i słyszała rozmowę, a teraz patrzyła nieprzytomnie na dymiące dzieło zniszczenia swej pani. Mag miał rację. Malująca się na tej ślicznej twarzy groza była najcięższym możliwym oskarżeniem, a jednocześnie wyrokiem wydanym na Irgali. Od tej godziny uczennica nigdy nie spojrzy już na nią tak jak dawniej, z bólem uświadomiła sobie kapłanka.

Niespodziewanie do młódki podeszła Tarmillia.

– Lepiej chodź do namiotu, kochanie – powiedziała, obejmując ją, sztywną z przerażenia, i poprowadziła do ciemnego wnętrza. Nawet nie spojrzała przy tym na Irgalę.

– Biedne dziecko – westchnął Arcymag. – Strach pomyśleć, na kogo wyrośnie z takimi wzorcami.

Odszedł powoli, słusznie nie czekając odpowiedzi. Zaślepiająca czerwona mgła opadła i zza niej dopiero, z bolesnym uciskiem w piersi, Irgala ujrzała, co uczyniła.

– Kapłanko! – zawołał zbliżający się książę.

Twarz Reingarda była blada i pochmurna. Świdrował ją wzrokiem spod zmarszczonych, gęstych brwi.

– Rozumiem twe oburzenie. Owszem, moje postępowanie było wobec ciebie nieuczciwe, pani, przyznaję. To jednak było niepotrzebne! – rzekł, wskazując na zwłoki.

Mówił to tak pewnie, jakby nie zdawał sobie sprawy, że mogła uczynić z nim to samo, pomyślała Irgala. Poczuła powracający gniew – już nie niszczycielski płomień, raczej zimną nienawiść wobec człowieka, który swymi działaniami zniszczył wszystko, na czym najbardziej jej zależało.

– Zastanawiam się, panie, kim jesteś – odpowiedziała mu, powoli cedząc słowa. – Kim są ludzie, na których czele stoisz. Czy oni wszyscy – wskazała ręką na namioty dookoła – wiedzą, że ich opromieniony chwałą pan jest w rzeczywistości bezwzględnym łotrem, a jeśli tak, czy mimo to chcą iść za tobą? Nawet w tych drogich szatach przypominasz, Reingardzie, obdartego rozbójnika z majchrem w ręku. Nie wahasz się stosować podstępu, nie wahasz się łgać, nie brzydzi cię ubrudzić się krwią. Nie ma obrzydliwości, do której byś się nie posunął, również wobec sojuszników, byle osiągnąć swe cele. Szlachetne rody elfów nigdy nie poprosiłyby o pomoc – nawet w obliczu własnej zguby z rąk krasnoludów – gdyby wiadome im było, jacy jesteście.

Wysłuchał jej zarzutów z nieruchomym obliczem, choć każdy inny na jej miejscu za takie słowa sczezłby w mękach w owianych złą sławą więziennych wieżach. Jego głos był twardy, lecz pozbawiony gniewu.

– To, co teraz czynię, może uchodzić w twoich oczach, pani, za szubrawstwo i pewnie masz w tym sporo racji, wszak rzeczywiście takie uczynki nie napawają dumą. Przynajmniej większości ludzi. My, wąskie grono powołanych, by władać, nazywamy to polityką. Wierz mi, czasem zazdroszczę ci, kapłanko, twojego spokojnego życia z dala od niej.

– Twój wierny pies już mi to mówił. Obaj najwyraźniej uważacie, że wasza pozycja stawia was poza wszelkimi regułami, gdzie jedynie wola i siła ma znaczenie.

– Nie jestem taki, jak sądzisz, Irgalo. – Założył dłonie za plecami. Gdy mówił, jego wzrok prześlizgiwał się po rozmówczyni, błądząc po otoczeniu. – Stanie na czele oznacza trudne decyzje. Władza wcale nie czyni wolnym, jak powszechnie się uważa, przeciwnie, pociąga za sobą coraz większą konieczność, im więcej się jej posiada. Widziałaś kiedyś królewską koronę? Nie wygląda na ciężką, prawda? Ale jej prawdziwy ciężar to niewidzialne brzemię wyboru, od którego nie można uciec; decydowanie w imieniu wielu, wielu ludzi, także tych, którzy jeszcze się nie urodzili, bowiem władca musi mieć na uwadze również, a może przede wszystkim, przyszłość. Wybór i mierzenie się z jego konsekwencjami – oto przed czym i ty stajesz dzisiaj.

– Ty mnie w to uwikłałeś! – Oskarżycielsko wymierzyła w niego palec. – Moimi rękami chcesz przelać krew! Mało ci, że podnosisz rękę na mojego męża? Swoimi gierkami musiałeś jeszcze zniszczyć przyjaźń, która trwała wielokrotnie dłużej niż twoje nędzne życie?! Nie chcę wiedzieć, co szykujesz dla wrogów, jeśli w taki sposób traktujesz sprzymierzeńców.

– Widzę, że dalej nie pojmujesz – rzekł ostro książę. – Wysłuchaj zatem, co mam ci do powiedzenia i doceń, proszę, moją otwartość. Niewielu może na nią liczyć, a ty już i tak nadużyłaś mej cierpliwości. Nie wyobrażasz sobie nawet konsekwencji dla twojej rasy, gdyby wieść o tym incydencie doszła do uszu mego ojca, nie wspominając, co czekałoby ciebie osobiście. – Skupił na Irgali całą uwagę. Zbliżył się do niej jeszcze bardziej, jakby nie pomny niszczycielskiej mocy kostura, aż dostrzec mogła na jego młodym jeszcze czole pierwsze tworzące się zmarszczki. On też przyglądał się jej przez chwile, nim kontynuował. – Ten dzień bez wątpienia wyryje się głęboko w twej pamięci. Musisz dokonać wyboru w sytuacji, w której nie ma już dobrego rozwiązania. Pozwól, że opowiem ci o pewnym człowieku, co stanął lata temu przed podobnym dylematem. Od lat oczekiwał męskiego potomka, który zapewniłby przetrwanie jego rodu. Martwił się, gdyż był coraz starszy, a łono jego żony, urodziwszy mu pierwej trzy córki, zdawało się być wyschniętym źródłem. Z początku modlił się żarliwie do bogów, jeszcze pełen nadziei. Gdy prośby pozostawały bez echa, złorzeczył im i odgrażał się w bezsilnej złości. Kiedy niemal całkiem pogrążył się w apatycznej beznadziei, jego kobieta wreszcie stała się brzemienna. Uradowany, natychmiast zapomniał o trudnych chwilach. Otoczył swą żonę troskliwą opieką, zadbał, by służba była cały czas przy niej. Był spokojny, gdyż wszystko przebiegało pomyślnie. Do momentu samego porodu nic nie zapowiadało tragedii. W noc, kiedy spodziewano się rozwiązania, nagle wystąpił u kobiety obfity krwotok. Życie błyskawicznie z niej uchodziło, choć jeszcze dzień wcześniej czuła się znakomicie. Uczony, którego natychmiast sprowadzono, robił, co mógł. Kiedy tylko udawało mu się zatrzymać krwawienie, wkrótce występowało znów. W końcu orzekł wyrok: matka i dziecko umrą, nic nie można było więcej uczynić. Ale ów mężczyzna nie przyjął tego do wiadomości. Jego ród miał przetrwać, nadzieja rozpaliła się w nim mocnym płomieniem i nie zamierzał pozwolić mu znów wygasnąć. Wezwał zatem kolejnego uczonego, biegłego w innych sztukach, choć wielu mu to odradzało. – Oczy księcia zmrużyły się. – Do posiadłości przybył wysoki, elegancki człowiek o beznamiętnym obliczu, wsparty na sękatej lasce. Obejrzał chorą, a potem powiedział coś, co jeszcze bardziej przydało cierpień jej mężowi. Oznajmił, że owszem, potrafi pomóc za sprawą swych sztuk, ale tylko jednemu: może ocalić życie albo matki, albo dziecka, nie obojga.

Irgala uniosła brwi w nagłym zrozumieniu. Poczuła się nieswojo i nie była pewna, czy chce słyszeć ciąg dalszy tej historii. Milczała jednak, a książę kontynuował.

– Ty, pani, z pewnością wiesz, co ów mąż czuł. Musiał podjąć jakąś decyzję, a każda z możliwych była zła. Na samą myśl, by kobieta, którą kochał nad życie, miała odejść, serce mu krwawiło. Mógł ją już wcześniej odprawić, owszem, skoro nie dawała mu męskiego potomka. Lecz on przyrzekał jej wierność do śmierci. Przyrzekał szczerze, powodowany czystą, pozbawioną kalkulacji miłością. Z drugiej strony, ocalając ją, skazał by na wymarcie swój ród. – Reingard odetchnął głęboko. Kapłanka dostrzegła, jak poruszają się mięśnie jego twarzy, gdy mocno zaciskał szczękę. – I wybrał, jak się domyślasz – powiedział z naciskiem. – Jedno dobro w zamian za inne. Własne szczęście za szczęście wielu. Od tamtego dnia dokonał jeszcze wielu trudnych wyborów. Nigdy więcej się nie wahał. Przy łóżku swej żony wstąpił na drogę, którą kroczyć będzie aż po grób.

– Łańcuchy obowiązku trzymają najpewniej – Irgala powtórzyła usłyszane zeszłej nocy słowa.

– Wkrótce nikt nie będzie pamiętał o tym, co tu zaszło. Pióra skrybów nawet słowa nie zapiszą w kronikach o tym dniu. Królestwo ma wiele problemów. Jest rozległe i potężne, i jako takie zawsze będzie miało nieprzyjaciół, czyhających tylko na najmniejszy przejaw słabości. Uderzą bez wahania, możesz by pewna. Dlatego nie zamierzam uchylać się od tego, co konieczne. Nie wolno mi rezygnować z dobra mego ludu na rzecz zachowania przyzwoitości. W polityce… nie wolno się na nią oglądać. Tutaj nie ma prawych ścieżek. Dla tych, którzy chcą dojść gdziekolwiek, istnieje tylko jedna droga twardych wyborów i ciążących obowiązków. To ona zaprowadziła tutaj mnie i ciebie również, Irgalo. Wyniesiono cię do zaszczytnej funkcji, dzięki predyspozycjom i ciężkiej pracy posiadłaś wielką moc. Nadszedł czas, byś pokazała, iż za mocą tą idzie również odpowiedzialność.

Słowa księcia ciężko zawisły w ciszy. Mącił ją tylko wiatr przynoszący ze sobą słabe odgłosy z obozowisk stacjonującej u stóp wzgórza armii. Irgala odwróciła wzrok. Powoli, wspierając się na kosturze, podeszła bliżej magicznego kręgu.

Tym razem wrażenia były bardziej intensywne. Przystanęła jakieś dwa metry od wyrysowanych symboli, gdy poczuła, jak jeżą jej się włosy na głowie. Powietrze aż drgało od skoncentrowanej w tym miejscu mocy. Ożywczy, a zarazem niebezpieczny i zdradliwy, niczym rwący górski potok, powiew magii przeniknął ją na wskroś, wzburzył krew, zagrał tajemną melodię na jej kościach, a potem poszybował gdzieś nad głowę. Ta potworna siła zdawała się z niej szydzić, prowokować, jakby była świadomym bytem. Reingard stanął obok. Nie wydawał się w żadnym stopniu poruszony; jako osoba nie mająca pojęcia o magii, z pewnością nic szczególnego nie poczuł.

Irgala zamknęła oczy. Stała jak nad brzegiem wzburzonego morza, ale zamiast wody uderzały w nią huczące fale niewidzialnej energii. Pomyślała, że oddała by wszystko, byle znów mieć to poczucie przekonania. Dlaczego ta głupia dziewucha musiała być tak niezdarna i się wygadać? Przyznanie tego przed samą sobą dziwiło ją, ale naprawdę wolałaby żyć dalej w bezpiecznym kłamstwie. Wszystko lepsze, niż zostać sama: zdradzona przez siostry, oszukana przez najbliższą przyjaciółkę, bezwzględnie wykorzystana przez ludzi mieniących się sojusznikami.

Na bogów, czasem lepiej nie wiedzieć.

– Panie? – powiedziała, nie otwierając oczu.

– Tak, kapłanko?

– Nienawidzę cię z całej duszy – wyznała szczerze.

Gdyby miała otwarte oczy, widziałaby, jak pokiwał obojętnie głową.

– Nie ty jedna. Mój los nierozerwalnie wiąże mnie z doświadczaniem tego uczucia ze strony innych.

Echo utraconej na zawsze przeszłości znów odezwało się na to w głowie Irgali:

– To jest twoja odpowiedź?

– To jest mój los, Irgalo.

On rzeczywiście wie, uświadomiła sobie. Wiedział od początku, pogodził się z tym, zanim zamienili choćby słowo.

Jej palce z całych sił objęły kostur. Pomimo zaciśniętych powiek, widziała wyraźnie to, co tylko ona mogła zobaczyć: gorejące aury w kręgu, falujące na podobieństwo płomieni ogniska. Były trzy: dwie znane jej i jedna obca, niezwiązana z pozostałymi. Aura jego magii. Czy to możliwe, żeby Arcymag żył tak długo? – zadała sobie pytanie Irgala. Wyglądał na niewiele starszego od księcia, a przecież od tamtej tragicznej nocy musiało minąć te niemal 30 lat. Może to jednak nie był on?

– To nie żaden los, książę. Nie ma przeznaczenia.

Uniosła ramię, otworzyła oczy. Kątem oka dostrzegła, jak sylwetka Reingarda sztywnieje.

– Tu i teraz moje życie jest tylko w moich rękach.

Irgala rzuciła swój kostur w krąg.

W jednej chwili elektryzująca fala przebiegła po całym wzgórzu. Wiatr ustał momentalnie. Złowróżbna, nieruchoma cisza zaległa wokół, jakby jakaś ogromna istota nabrała właśnie powietrza, by zaraz wydać z siebie ryk. Nie zapanują nad tym – pomyślała w przypływie paniki Irgala – czar porazi całą równinę. Tym razem nawet książę coś wyczuł; widziała, jak rozglądał się z niepokojem. Odwróciła się, by odejść stamtąd co prędzej. Zaskoczona, omal nie krzyknęła, wpadając na stojącą tuż za nią wysoką postać Arcymaga.

– Widzisz, pani? Już po wszystkim. I po cóż było tak się unosić? – powiedział, błyskając uśmiechem nienagannie białych zębów. – Och, już idziesz? Myślałem, że obejrzymy to razem! Tak się napracowałem…

Wyminąwszy mężczyznę, puściła się biegiem, byle dalej od piekła, które za moment miało się tu rozpętać.

Epilog

Pośród ruin hulał wiatr.

Kamień stygł bardzo powoli, po paru dniach jeszcze wciąż był ciepły. Nic dziwnego. Płomienia, który przetoczył się przez to miejsce, nic nie mogło zatrzymać i nawet skały zeszkliły się w kontakcie z nim, tak był żarłoczny. Nie pochłonął jednak całkowicie wszystkiego. Ze szkieletów domów wystawały gdzie nie gdzie nieregularne fragmenty ocalałych ścian, niczym resztki zębów u bardzo starego człowieka. Dawne mury obronne obróciły się w gruzowiska, zmiecione niszczycielską falą.

Po jednej z takich stert błąkała się samotna postać. Jej niegdyś zadbane włosy potargał wściekle wiatr. Rany na dłoniach zdążyły już pokryć się skorupą brudu i zaschłej krwi. Ledwo to zauważała. Pracowała bezustannie, przeczesując zrujnowane umocnienia. Pomyślała, że jeśli gdziekolwiek jest, to właśnie tutaj, na murach, gdzie spoczęło wielu mu podobnych. Do końca trwali przy swym obowiązku, pomimo nieuniknionej klęski.

Nazajutrz okazało się, że miała rację. Znalazła go przysypanego gruzem, z bezużytecznym przeciw siłom wroga toporem w ręku. Na martwej piersi spoczywała sakiewka. Poranione dłonie ostrożnie ściągnęły ją z szyi, na której wisiała bezustannie od ponad dwudziestu lat. Następnie wydobyły ukryty w niej kamień – niewielki, z podłużną, wciąż ostrą krawędzią. Obejrzała go dokładnie, a potem jej oczy skierowały się ku zasnutym mgłą górom.

Kilka dni później ta sama postać szła samotnie po ścieżce wśród górskich szczytów, gdy niespodziewanie na jej drodze stanęło dwóch mężczyzn. Jeden bezszelestnie wyłonił się zza sporego głazu, drugi zaraz dołączył do niego, zręcznie zeskoczywszy z zawieszonej wyżej półki skalnej. Mieli ponure, zarośnięte twarze, ich wielkie dłonie dzierżyły styliska toporów. Patrzyli nieruchomo nieznającymi wahania oczami.

– Kim jesteś? – zapytał jeden z nich.

– Irgala z Egradad – odrzekła. Choć stała naprzeciw nich słaba, niknąca przy ich zwalistych sylwetkach, poraniona i w podartym odzieniu, głos nawet jej nie zadrżał.

– Nie jesteś stąd! – odwarknął mężczyzna.

– Nie ty będziesz o tym decydował! – Pokazała mu zaostrzony kamień.

Oczy górala zwęziły się. Jej były nieruchome i pewne. Patrzyli tak przez kilkanaście sekund, w czasie których dłonie mężczyzn coraz mocniej zaciskały się na styliskach. W końcu wojownicy spojrzeli po sobie. Nie rzekłszy słowa, zeszli ze ścieżki i zniknęli wśród skał równie szybko, jak się pojawili. Irgala ruszyła dalej.

Jej próba miała potrwać jeszcze piętnaście dni.

3 myśli na temat “Fantasmagoria #36 – „Wybór Irgali” (wersja poprawiona)

  1. Hej, Gabrielu.

    Przeczytałem. Ale wiesz, że nie przepadam za fantasy. Nawet, jeśli to ma przesłanie. Tutaj nie zrozumiałem tych symboli na ziemi. Pewnie to ma kluczowe znaczenie. Ale poza tym przeczytałem bez zgrzytów i nawet chętnie, co jak na fantasy jest nietypowe dla mnie.

    Tutaj poniżej jest błąd, gdyż takie zdanie podrzędne po przecinku odnosi się do ostatniego wyrazu przed przecinkiem. powinno być więc: będzie oznaczać w państwie ogromne niepokoje, których…
    Pogorszenie sytuacji oznaczać będzie ogromne niepokoje w państwie, których konsekwencji nie sposób przewidzieć.

    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

      1. No to muszę powiedzieć, że nie do końca zrozumiałem. Owszem, wybór między dwojgiem dobrego i złego zarazem jest dla mnie zrozumiały, ale chyba nie czuje tego.
        Ale cieszę się, że wróciłeś do pisania.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s