Fantasmagoria #35 – „Królowa”

Gabriel Dobosz – „Królowa”

Zauważyłem ją pewnego dnia na targowisku, gdy próbowała kraść; brudna, wychudła, rozczochrana, z dzikimi oczami – przypominała zabłąkane wśród ludzkich siedlisk zwierzątko. Zabrałem ją do domu. W przeciwnym razie niechybnie zostałaby złapana przez straż, a wiedziałem aż za dobrze, co robią z takimi jak ona w miejskich lochach. Nie ufała mi, to oczywiste. Spodziewała się, że sam jej to zrobię. Jednak pusty od wielu dni żołądek przemógł strach. I tak została ze mną.

Po jakimś czasie z twarzy dziewczyny zniknęła dzikość, a zapadłe z głodu ciało znów nabrało kształtu. Nazywała mnie dziadkiem. Ciekawskie oczy z uwagą obserwowały kolekcję wypełniających mój dom różnorakich cennych przedmiotów, przywiezionych z najdalszych zakątków świata. Nie była w ciemię bita – szybko zorientowała się, kim byłem w młodości. Zadawała mnóstwo pytań. Wieczorami parzyłem sobie gorzkie zioła (alkohol zawsze napawał mnie wstrętem), nabijałem fajkę i opowiadałem, ona zaś siadała na dywanie przy moim fotelu. Nie odrywając ode mnie płonącego wzroku, chłonęła każde słowo.

– Dziadku, a skąd to pochodzi? – zapytała pewnego dnia.

W dziecięcych dłoniach trzymała starannie ociosany kulisty przedmiot. Odebrałem go jej ostrożnie.

– Z bardzo daleka – uciąłem, odkładając ową rzecz na wyższą półkę.

Była to naturalnych rozmiarów, wykonana z wielką pieczołowitością rzeźba głowy niemowlęcia.

Jak mówiłem, dziewczyna była bystra; nie potrafiła ich odczytać, ale widziała, jak po mojej twarzy przepływają falą wspomnienia. Dopiero po kilku dniach uległem namowom i opowiedziałem.

Dżungle Tisayi w rzeczy samej leżały bardzo daleko. Los zaprowadził mnie tam dawno temu, gdy zaciągnąłem się na służbę do jednego z lokalnych panów. Wraz z innymi jego najemnikami chroniliśmy przejazd karawany z towarami. W gęstych lasach podczas długotrwałej podróży dręczył nas upał, moskity oraz bezustanny jazgot ptaków i małp. Napadli nas pewnej nocy – bez różnicy, kim byli. Zobaczywszy liczebność wrogiego oddziału, uciekłem w gęstwinę; jako sprzedajny miecz za bardzo ceniłem własne życie, by złożyć je na ołtarzu konfliktu dwóch spasionych magnatów, którzy walczyli o swe dobra jak psy o kawał mięsa.

Błądziłem w dżungli, aż dotarłem do maleńkiej wioski nad strumieniem. Ciemnoskórzy mieszkający dali mi schronienie w zamian za bukłak z winem. Od nich właśnie, kiedy nieco napili się przy ognisku, po raz pierwszy usłyszałem o Ashnequilei. Mówili, że na miasto spadła plaga. Bramy zostały zamknięte, wiodące do nich drogi zarosły dżunglą, a ukryte tam skarby – jeżeli w ogóle jakieś były – dawno przepadły. Zaintrygowany zapytałem, czy nikt tam nie był do czasu owej plagi. Jeden z wieśniaków opowiedział mi. Podobno, jak się wyraził, mur wokół miasta zasklepił się i nie sposób wejść do środka. Ashnequilea została w ten sposób ukarana za swe występki. Miejscowi traktowali te niewątpliwe gusła bardzo poważnie, nikt nie chciał mówić nic więcej.

Próbując zebrać nieskładne opowieści w całość, zgadywałem, że miasto dotknęła zaraza. Ludność albo je porzuciła, albo pomarła. Zatem Ashnequilea stała opuszczona – a takie miejsca od zawsze stanowią nieodpartą pokusę dla ludzi mojego pokroju.

Tylko ów jeden szczególnie gadatliwy tubylec zgodził się wskazać mi drogę. Reszta patrzyła jak na szaleńca. Wyruszyliśmy rano. Nie miałem pojęcia, jak to robił, że nie tracił orientacji w wyglądającej wszędzie jednakowo gęstwinie. Już kilka metrów za wioską ściana zieleni stawiała nam zaporę; musiałem wyrąbywać drogę szablą. Przed południem dotarliśmy na miejsce. O mało co przeoczyłbym cel podróży, bowiem wysokie mury całkowicie porastał gęsty bluszcz, stapiając je z otoczeniem. Wkrótce znaleźliśmy bramę. Wówczas zrozumiałem, co mieli na myśli, gdy mówili o zasklepionych murach. Brama była jedynym miejscem, którego nie pochłonęło zielsko. Łukowate przejście jednak zarosło (nie znalazłem lepszego określenia) czymś innym. Na pierwszy rzut oka przypominało to plaster miodu… a może glinę? Trudno opisać, nigdy wcześniej nie widziałem niczego podobnego. Rdzawego koloru substancja była chropowata w dotyku i kruszyła się pod ciosem szabli. Pozostawało zatem wyrąbać przejście. Żałowałem, że nie wziąłem z wioski żadnych narzędzi, choćby prymitywnych.

Mój kompan wpatrywał się w dziwną zaporę z obliczem wykrzywionym grozą. Ja zaś znalazłszy pasujący do ręki, podłużny kamień, począłem wytrwale rzeźbić. Gdy poleciłem mu zrobić to samo, oddalił się na parę kroków w gęstwinę, niby to w poszukiwaniu narzędzia dla siebie. Już nie powrócił.

Praca zajęła mi co najmniej godzinę. Zmachałem się solidnie. Przeszedłszy wreszcie przez wyrąbaną wąską szczelinę, z szablą w dłoni wkroczyłem na teren zapomnianego miasta Ashnequilea. Bezustannie towarzyszące mi dotychczas wrzask leśnych zwierząt i szum roślinności umilkły jak ucięte nożem. Zasłuchany w martwą ciszę martwego miasta, rozejrzałem się. Przede mną szła szeroka główna ulica, niegdyś zapewne starannie utrzymana, obecnie pozarastana przebijającą się przez popękany kamień trawą. Po obu jej stronach porozstawiano jednoizbowe, niewielkie kamienne domki o prostej, wręcz prymitywnej konstrukcji. Ciągnęły się daleko pośród odchodzących od głównej krętych uliczek. Tak jak przypuszczałem, wyglądały na opuszczone. Podszedłem do najbliższego, a moje chroboczące na kamieniu kroki były w tej nienaturalnej ciszy głośne jak strzały z muszkietu. Wówczas dostrzegłem, iż wejścia do budynków zasklepiono tą samą substancją co bramę. Przez otwór okienny, również na wpół nią przesłonięty, zajrzałem do ciemnego wnętrza. Chwilę zajęło, nim pojąłem, na co patrzyłem, a gdy dotarło to do mnie, poczułem spływający po karku zimny pot. Na podłodze izdebki leżały jakieś stworzenia. Z pękatymi korpusami, cienkimi odnóżami i odwłokami przypominały nieco mrówki, tyle że rozmiarami dorównywały psom. Było ich tam kilka, nie potrafiłem dokładnie policzyć w skąpym świetle. Leżały jedne na drugich, chyba spały. Długie czułki falowały lekko. Wycofałem się, zważając na każdy ruch.

W kolejnym domu też były. Ostrożnym krokiem ruszyłem dalej, kurczowo ściskając w dłoni rękojeść szabli. Wówczas u wylotu jednej z uliczek dostrzegłem w cieniu budynku człowieka. Stał tyłem do mnie, nie ruszał się. W jakimś dziwnym geście wznosił ręce ku niebu. Musiał mnie słyszeć, a jednak trwał dalej w bezruchu. Zacisnąłem zęby. A jeśli wieśniacy mieli rację? Obserwowałem go, z bronią w pogotowiu, niepewny, co czynić dalej, aż nagle zdałem sobie sprawę, że to wcale nie był człowiek. Podszedłem bliżej. Posąg wykonano z wielkim kunsztem i ustawiono w tak nietypowym miejscu, iż nie sposób było nie wziąć go za istotę ludzką. Twarz wyrzeźbionego mężczyzny z nabożną czcią spoglądała w niebo. Widziałem w życiu wiele posągów, a ten naprawdę był jak żywy. Wykonano go z tej samej „gliny”, którą zaplombowane zostały wejścia oraz okna. Po cóż ktoś to tu ustawił? – dziwiłem się.

Dalsza wędrówka ulicą Ashnequilei ujawniła jeszcze więcej rzeźb. Te również sprawiały wrażenie postawionych byle gdzie, w zupełnie przypadkowych miejscach, i aż porażały swoim realizmem, jakby uwiecznieni w ten sposób ludzie lada chwila mieli ożyć. Jedna przedstawiała mężczyznę, który klęczał, z wykrzywioną rozpaczą twarzą, inna – wojownika w dawnej zbroi, z mieczem wzniesionym do ciosu, mierzącym w stertę wielkich, podłużnych jaj. Agresję wobec nich przedstawiało jeszcze klika innych posągów. Zaobserwowana powtarzalność tego motywu wraz ze śpiącymi tu i ówdzie tajemniczymi istotami przyprawiła mnie o nerwowe drżenie.

Nad budynkami miasta górował stojący w centrum ogromny ziggurat. Rozległe schody prowadziły na okalające konstrukcję dwa tarasy na piętrach, całość zaś wieńczył budynek wyglądający na świątynię. Zrozumiałem, że jeśli zostało jeszcze w Ashnequilei cokolwiek wartościowego, to z pewnością jest tam. Po drodze mijałem kolejne posągi. Im bliżej schodów zigguratu, tym rzadziej pojawiały się niszczone jaja. Teraz nieruchome postacie z zagadkowej „gliny” zostały uwiecznione przy codziennych czynnościach: nosiły wodę, rąbały drewno, szyły, kuły na kowadle, zbijały beczki, ale też przemawiały, biły pokłony, śmiały się, płakały lub wyciągały dłonie ku niebu, podobnie jak pierwsza napotkana przeze mnie.

W porażającej zmysły ciszy stanąłem u stóp zigguratu. Masywna budowla przytłaczała mnie. Musieli wznosić ją przez kilkadziesiąt lat – i gdzież teraz są władcy, na cześć których powstała? Ruszyłem na górę po schodach. Rozległy plac, który otworzył się przede mną na piętrze, służył zapewne jako miejsce zgromadzeń. Szacowałem, że mógł pomieścić kilkanaście tysięcy ludzi. Na odchodzących od niego tarasach, które obiegały całą budowlę, dawniej musiało znajdować się targowisko. Walały się tam sterty zbutwiałego drewna, powywracane wozy, beczki, podarte szmaty, śmieci – wszystko stare i zniszczone. Moją uwagę przyciągnęły kolejne posągi pośród tego pobojowiska. Były jeszcze dziwniejsze niż te na dole. Przyglądając się im, poczułem nagle silne pragnienie ucieczki; wiedziony napadem paniki, już odwróciłem się, by pobiec co sił i zostawić jak najdalej za sobą Ashnequileę wraz z jej tajemnicami. Zamknąłem oczy, odetchnąłem głęboko. Czekałem, aż serce z szaleńczego łomotu zejdzie do normalnego rytmu. Cel jest na górze, mówiłem sobie, już niedaleko. Odetchnąłem ponownie. Powoli poszedłem dalej. Przecinając plac, starałem się nie patrzeć na „gliniane” dzieła dookoła: na mężczyznę o głowie z czułkami i żuwaczkami, na dziecko o sześciu cienkich kończynach, na wielkie mrówki raz to niosące człowieka jak na lektyce, raz to rwące go na sztuki, daremnie błagającego o litość. Ostatnie metry do schodów pokonałem biegiem.

Drugi poziom wieży stanowiły ogrody. Wyobrażałem sobie, jak wyglądały niegdyś, w czasach swej świetności. Dawniej pośród tych alejek z bujną, starannie utrzymaną roślinnością – obecnie obróconą w całkowitą ruinę – niewątpliwie przechadzał się władca miasta. Po przebrzmiałej chwale pozostał tylko mech, poschnięte konary martwych drzew i popękane kamienie ścieżek. Nie miałem czego szukać w tym zniszczonym przez nieubłagany czas, upadłym miejscu. U stóp schodów prowadzących na ostatnie piętro zigguratu czekała na mnie rzeźba, jedyna tutaj. Młoda kobieta – powstała z „gliny”, a jednak jak żywa – uśmiechała się do mnie. Kim jesteś, niewiasto, co chcesz mi powiedzieć? – pytałem bezgłośnie, patrząc w jej duże, puste oczy – Kto to wszystko stworzył i po co? Moje palce sunęły po chropowatej „glinie”, dotknęły policzka kobiety, płynęły niżej. Jedną ręką trzymała ułożone w zgięciu łokcia niemowlę, w drugiej zaś – w podobny sposób – równą mu rozmiarami mrówkę. Twarz niemowlęcia była taka spokojna, jakby nieświadoma spoczywającej tuż obok kreatury. Czy to twoje łono zrodziło tę istotę, kobieto?

Ostry trzask wyrwał mnie z zamyślenia. Odskoczyłem gwałtownie, z szablą gotową do ciosu. Okolica jednakże trwała w bezruchu. Hałas spowodowałem ja sam, bowiem pod dotykiem palców ukruszyła się i odpadła „gliniana” głowa niemowlęcia. Z wyrazem lekkiego zdziwienia – jak to często wyglądają niemowlęta – patrzyła teraz na mnie z ziemi. Głośno wypuściłem powietrze. Od wejścia do miasta nerwy miałem napięte jak cięciwa łuku. Przynagliłem się, by ruszać dalej – szczyt był tuż tuż. Po przejściu jednak ledwie paru kroków zawróciłem. Sam nie wiem, dlaczego podniosłem dziecięcą głowę i schowałem do plecaka.

Już w połowie wiodących na szczyt schodów usłyszałem dźwięk. Narastał z każdym krokiem, doskonale słyszalny na tle martwej ciszy. Dobiegał z wnętrza czworokątnego budynku świątyni wieńczącego ziggurat. Tym razem wejście stało otworem, jakby zapraszało. Wahałem się. Daleko w dole widziałem maleńkie domki Ashnequilei, a dalej zielony ocean dżungli, aż po horyzont. Pomyślałem, że władcy miasta siedząc tu, musieli czuć się panami świata.

Za łukowato sklepionym wejściem promienie słońca oświetlały zaledwie kilka metrów. Dalej królowała ciemność. I chrobot. Coś szurało po kamiennej podłodze, jak wleczone, a jednocześnie jakby nieregularnie chrzęściło pod butami mnóstwo kamyków. Stojąc w progu, daremnie usiłowałem odgadnąć źródło dźwięku. Jedno było pewne: wewnątrz dobiegał kresu spowijający miasto bezruch; cokolwiek tam czekało, było żywe.

Może mrówki prowadzą nocne życie? Mrok jest ich domem, słońca zaś unikają? – zadawałem sobie pytania, lecz był tylko jeden sposób, by się dowiedzieć. Wyciągnąłem z plecaka lampę olejną, krzesiwem nakrzesałem iskrę na zeschły mech, zapaliłem. Ściskając w śliskiej od potu dłoni rękojeść szabli, wszedłem powoli do przedsionka. Korytarz wkrótce przeszedł w wielką salę. Nie mogłem dostrzec jej ścian ani sufitu – ginęły w mroku, gdzie nie sięgał krąg światła lampy. Chroboty, zgrzyty i odgłosy przesuwania zdawały się dobiegać zewsząd, miotając odbitym od kamiennych ścian echem. Nozdrza bez ostrzeżenia zaatakował słodkawy odór; o mało się nie rozkaszlałem. Jako człowiek, który żył z miecza, znałem tę woń doskonale.

Szedłem dalej. Wkrótce przestałem dostrzegać światło dnia z zewnątrz – utonęło w napierającej zewsząd ciemności. Poza zasięgiem światła lampy coś bezustannie miotało się, jak w jakimś przeklętym szale, każdy z tych bezcielesnych odgłosów ożywał w moich myślach. Wyobraźnia podsuwała coraz straszniejsze obrazy, dusiłem się, nogi miałem jak starzec. Dlaczego zatem wciąż parłem naprzód? Co też pchało mnie tam, w mroki świątyni opuszczonego miasta? – tego po dziś dzień nie wiem.

Pierwszym, co zobaczyłem, były przebierające odnóża. Cienkie nóżki zatańczyły na granicy kręgu jasności. Za zasłoną mroku przemknął niewyraźny zarys pękatego korpusu. Potem kolejny. Zgrzytały głośno płytki pancerzy, tajemniczą melodią szeleściły falujące czułki. Serce mało nie rozsadziło mi piersi, ale dałem jeszcze krok. Mrówki znieruchomiały jak na komendę. W słabym blasku ujrzałem dziesiątki wpatrzonych we mnie ciemnych ślepi. Wielkie jak sierpy ostrza żuwaczek drżały niespokojnie. Ledwo zdusiłem krzyk. Gdy cofnąłem się, a wraz ze mną światło, stworzenia wróciły do swej krzątaniny. Żadne nie podeszło, wcale nie były mną zainteresowane.

Gdzieś niepokojąco blisko usłyszałem, jak po podłodze mozolnie sunie coś ciężkiego. Lekki pęd powietrza dmuchnął mi w twarz, a wraz z nim obezwładniający smród. Drżącą ręką uniosłem lampę. Wtedy zobaczyłem.

Była ogromna, dorównywała mi wzrostem. Ciężkie cielsko falowało lekko, szurając pękatymi, pokrytymi lśniącym śluzem segmentami po podłodze. Gruby jak konar drzewa odwłok rozciągał się na dobre trzy metry. To była królowa – od razu zrozumiałem; ale nie przypominała innych mrówek. Spoglądały bowiem na mnie – porażonego grozą – choć czarne i nieprzeniknione jak bezdenne studnie, niewątpliwie ludzkie jednak oczy. Z potwornego korpusu, z tych płytek chitynowych, drżących odnóży, cuchnącego śluzu – na cienkiej szyi wyrastała głowa kobiety. Miała gładką, szarą jak i reszta ciała cerę, owalny kształt twarzy – malarz nie stworzyłby kształtniejszej. Coś boleśnie szarpnęło mnie w piersi, gdy, zupełnie ogłupiały, nie mogłem oderwać oczu od tego oblicza. Przez moment zapomniałem, gdzie się znajduję. Królowa patrzyła na mnie, nieporuszona i władcza, spod opadającego na owadzie ramiona gąszczu ciemnych włosów. Spojrzenie było tak wymowne, tak ludzkie! Nie dostrzegłem w nim czekającej mnie zguby – posągowa twarz chyba nigdy nie kalała się gniewnym grymasem.

Wtem odwłok począł dygotać. Pękate cielsko zadrżało w konwulsyjnym skurczu i nagle stało się jasne, co robiły tu wszystkie te mrówki. Skamieniały obserwowałem, jak królowa składała ociekające śluzem jaja. Wyglądały jak na „glinianych” rzeźbach: masywne, podłużne, niewiele mniejsze od taszczących je pracowicie istot. Nieco z tyłu dostrzegłem wielką konstrukcję ulepioną właśnie z owej „gliny”. Mrówki nosiły jaja do przypominających plastry miodu komór, gdzie mocowały je za pomocą wypluwanej spomiędzy żuwaczek substancji. To ona właśnie po stwardnieniu stawała się zagadkowym budulcem posągów.

To był pokaz, zrozumiałem nagle. Chciała, bym widział. Falująca lekko postać królowej hipnotyzowała mnie. Gdy obserwowała badawczo, istniała dla mnie tylko mroczna głębia jej spojrzenia. Choć zdjęty obrzydzeniem do tej istoty, mógłbym utonąć w czarnych, pochłaniających blask lampy perłach oczu i przeniknąć w głąb, gdzie kryły się skłębione w ciemnej mgle, obce, szalone myśli – ni to ludzkie, ni zwierzęce, po prostu przerażająco obce.

Wtedy moją uwagę przykuło migotanie barw nieco niżej. Na cienkiej szyi królowej wisiał naszyjnik – i znowu: jakże zwyczajne, ludzkie wrażenie sprawiała ta drobna biżuteria. Niewielki kamień na srebrnym łańcuszku błyszczał odbitym światłem lampy: załamywał je, jaśniejąc feerią zmiennych kolorów. Nigdy wcześniej nie widziałem podobnego. Zrozumiałem jednak, że oto właśnie mam przed sobą przedmiot, po który tutaj szedłem.

Nagle chrobotanie dziesiątek odnóży umilkło. Wszystkie mrówki zastygły w bezruchu – równocześnie, jak na rozkaz. Pomyślałem, że zaraz coś się wydarzy. I rzeczywiście: przez masywny przewód odwłoku królowej szedł tym razem kształt większy od jaja. Nie mogłem złapać tchu, gdy w obrzydliwych skurczach cielska, z wyraźnym trudem usiłowała wydać to na świat. Wreszcie trysnął śluz, a wraz z nim na podłogę runęło coś niewymownie obmierzłego. Owa… rzecz miotała się z plaskiem na mokrym kamieniu. Choć dopiero przyszła na świat, jej szare kończyny dygotały jak w śmiertelnych drgawkach, przez co z początku nie potrafiłem nawet stwierdzić, na co patrzyłem. Wreszcie kreatura stanęła na dwóch krótkich nogach niepokojąco przypominających ludzkie. Były jednak wykoślawione, kalekie – ich stawy kolanowe ze straszliwym chrzęstem gięły się pod nienaturalnym kątem. Wprost z równie krzywej miednicy, jak rozgałęziony konar wypaczonego drzewa, wyrastała para długich, krzywych, chudych ramion. Bezgłowa pokraka wzniosła je wysoko, przebierając w powietrzu dłońmi o długich palcach – trzech u jednej, sześciu u drugiej ręki. Dała niezdarny krok naprzód – o mało co nie upadając – potem kolejny. Rozchwiana szła w moją stronę. Oto parodia człowieka, zaszeptał mój skuty lodem umysł.

Królowa patrzyła bezustannie. Przeszywała mnie na wylot nieruchomym wzrokiem, gdy pokraczny twór, z powodującym ciarki na plecach skrzypieniem kości, padł przede mną na kolana i zginając aż do ziemi nieruchawe, patykowate łapska, oddał mi pokłon. Wyrwane z letargu mrówki sprawnie otoczyły go. Badawczo błyskały ich ślepia, czułki drżały niespokojnie. Splecione jak do jakiejś bluźnierczej modlitwy dłonie wciąż uparcie sięgały ku mnie, gdy stwory rzuciły się z furią, wszystkie razem. Blade ciało pochwyciły żuwaczki. Żywcem darta na strzępy istota dygotała, daremnie usiłowała bronić się wykoślawionymi kończynami. Okropna była ta zupełnie bezgłośna agonia. W ostatniej sekundzie swego krótkiego życia, nim z obrzydliwym chrzęstem rozdarły je na kawałki mrówki, raz jeszcze wyciągnęły się w moim kierunku dłonie; nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż było to desperackie błaganie o ratunek. Potem okrutny spektakl dobiegł końca. Mrówki wróciły w mrok, a po stworze nie pozostało nic poza plamą krwi. Stanęły mi przed oczami obrazy z rzeźb: ludzie podnoszący rękę na jaja, a potem dzielący los bezgłowej istoty. Nagle pojąłem.

– To wy… ich wszystkich… – wymamrotałem głosem w ogóle nie przypominającym swojego.

Królowa nie zareagowała. Jej beznamiętne oblicze nie drgnęło nawet, gdy podszedłem bliżej. Mrok nieludzkich oczu zgęstniał, ujrzałem w nich samego siebie. A potem spojrzałem na naszyjnik. Swym delikatnym skrzeniem zdawał się mówić do mnie. Bez ostrzeżenia zamachnąłem się i z całych sił cisnąłem lampą olejną. Światło zawirowało po komnacie w szalonym tańcu, kiedy łukiem leciała w kierunku komór z jajami. Szkło pękło, oliwa rozprysła się i naraz „gliniana” konstrukcja stanęła w ogniu. Wraz z nim w komnacie wybuchło pandemonium. Gromada mrówek bezmyślnie ruszyła. Usiłując ratować jaja, same płonęły z obrzydliwym skwierczeniem – pożar bowiem rozprzestrzeniał się błyskawicznie po zagadkowym tworzywie. W gorejącej łunie widziałem agonię trawionych ogniem owadów – które parły naprzód, niesione potężnym imperatywem, nie dbając o swoje życie – pękające jaja i walące się kolejne komory konstrukcji.

Królowa także patrzyła na to przerażające widowisko. W czerni jej oczu szalały odbite płomienie. Skoczyłem, biorąc obszerny zamach. Świsnęło ciężkie ostrze szabli. Przeszło lekko. Smuga ciemnej krwi zbryzgała mi koszulę. Fala gęstych włosów nie utraciła nic z posągowego majestatu, nawet gdy runęła na brudną, pełną śluzu podłogę. Zdekapitowane cielsko zakołysało się, jakby zaskoczone zadaną tak gwałtownie śmiercią. Owadzie kończyny drżały, trwoniąc resztki dogasającego w nich życia. Wolną ręką ściągnąłem z broczącej gęstą posoką rozrąbanej szyi naszyjnik i pobiegłem, zostawiając za sobą piekło. Wobec ognistej łuny pożaru ciemności ustąpiły nieco – dostrzegłem wyjście. Moim oczom ukazały się i inne dotychczas ukryte szczegóły. Nieopodal gniazda z jajami, pod filarem świątyni usypano sporą stertę. Dziesiątki, setki ogryzionych do cna kości, wszystkie bez wyjątku były okropnie krzywe, pełne narośli i guzów – choć przypominały nieco ludzkie, mój porażony strachem umysł dostrzegł przez tę krótką chwilę jedno: nie było wśród nich czaszek.

Gdy bez tchu wypadłem na zewnątrz, przez miasto u podnóża zigguratu płynęła fala. Rój wypływał zewsząd: z każdej ulicy, z każdego domu – i nadciągał żywą falą w kierunku miejsca, gdzie stałem. Aż tutaj słyszałem jego potworny harmider. Bez namysłu zbiegłem piętro niżej, do ogrodów. Czując rozsadzający czaszkę łomot serca, dopadłem jednego z zeschłych drzew i ukryłem się wewnątrz pękniętego konaru. Kilkanaście sekund później grzmiąca wściekle fala przewaliła się przez schody zigguratu. Setki, może nawet tysiące mrówek parło na górę, by ratować swą panią. Daremnie. Płynęły wciąż, niewyczerpanym strumieniem, a ja dygotałem jak w gorączce, z całych sił zaciskając palce. Klejnot naszyjnika lśnił spomiędzy nich zimnym blaskiem.

Tak oto jak szczur uciekłem z Ashnequilei. Po kilku dniach wędrówki zostawiłem za sobą dżungle Tisayi, z gorącym przyrzeczeniem, iż więcej tam nie powrócę. Miasto jednak pozostawiło ślad we mnie. Jeszcze długo potem każdy nagły szelest przyprawiał mnie o nerwowe drgnięcie. Nie potrafię zliczyć nocy, w których budziłem się, zlany potem, uciekając na jawę przed ścigającymi w sennych mrokach cienkimi odnóżami. Ileż razy koszmary skazywały mnie na bezsenne czuwanie do świtu – dopiero słoneczny blask przychodził z wybawieniem od spojrzenia czarnych paciorków na posągowym obliczu; twarz królowej wracała – tak obca i tak piękna zarazem.

Niewyjaśniona tajemnica kłuła mnie jak cierń. Pewnego lata bawiąc w stolicy, udałem się do biblioteki. Stare księgi jednakże nie dały satysfakcjonującej odpowiedzi. Choć Ashnequilea nieraz pojawiała się na kartach kronik, milczały one o tym, co spotkało miasto. Musiałem pogodzić się z porażką. Opuszczałem już gmach, gdy zagadnął mnie jeden ze skrybów. Starzec ów opowiedział mi nieco o swych młodzieńczych latach. Przed laty, nim osiadł w stolicy, był utalentowanym bardem. Dużo podróżował po kraju, zbierając ludowe pieśni z najdalszych stron. Zobaczywszy, czego poszukiwałem, przypomniał sobie swoje własne wędrówki po lasach Tisayi. Nie dotarł co prawda do samej Ashnequilei, lecz od miejscowych usłyszał pieśń o jej historii.

Z początku opowieść starca niewiele różniła się od tej, którą poznałem w wiosce. Miasto niegdyś było bardzo bogate, leżało bowiem na szlaku handlowym. Różnorakie towary sprowadzane z północy sprzedawano tam na ogromnym targowisku. Pewnego dnia z niewiadomych przyczyn zamknięto bramy, nie wpuszczając ani nie wypuszczając nikogo; wysokie mury miasta stały się nieprzekraczalną barierą, za którą nikt nie wiedział, co się działo. Na wołania przybyłych kupców i podróżnych nie było odpowiedzi. Ci zaś, którzy jakimś sposobem zdołali wdrapać się na mury, już nie powracali. Ashnequilea zamilkła, odcięła się całkowicie od reszty świata. Plotki głosiły, iż pod miastem coś odkryto. Wykopane rzekomo nie ludzką ręką podziemne tunele miały ciągnąć się kilometrami. Mieszkańcy w sekrecie podróżowali nimi do innych krajów, a gdzieś w głębi ziemi natrafili na tajemnicze znalezisko, którego odtąd zazdrośnie strzegli.

Z czasem wytyczono nowy szlak dla karawan, a prowadzące do miasta drogi zarosły dżunglą. Oczywiście, przez lata niejeden awanturnik – podobnie jak ja skuszony tajemnicą – próbował wedrzeć się do środka. Los tych, którym się udało, pozostawał nieznany.

Starzec opowiedział mi też, skąd wzięła się nazwa miasta. Chwała Ashne – to właśnie w języku miejscowych znaczyło Ashnequilea. Pochodząca ze starego rodu władców, królowa Ashne mieszkała na szczycie ogromnego zigguratu. Słynęła z olśniewającej urody: żaden z artystów nie potrafił w swych dziełach oddać doskonałości rysów jej twarzy. Piękność, podobnie jak jej przodkowie, miała gęste, doskonale czarne włosy oraz oczy jak burzowe niebo. Na łabędziej szyi nosiła naszyjnik z kryształu – w królewskim rodzie przekazywane kolejnym zasiadającym na tronie insygnium władzy.

Skryba przerwał opowieść i zapytał z troską, czy dobrze się czuję. Ja zaś ledwo go słuchałem. Przed oczami wracały mi obrazy rzeźb z miasta: ludzie atakujący jaja, rozszarpywani przez mrówki, krzyżujący się z nimi w obrzydliwe pokraki… ale też wielbieni przez nie, noszeni na rękach, podziwiani; znów ujrzałem bezgłową kreaturę, okaleczone dziecko królowej, które tak bardzo chciało żyć, stanąć wyprostowane na swych nogach; tak bardzo chciało być inne. Błagało mnie o ratunek, a poniosło śmierć za swe niezawinione kalectwo. Nie było jedyne. Ileż kości widziałem na stercie przy kolumnie…

A potem zobaczyłem w półmroku wspomnienia parę niezgłębionych, ciemnych oczu, które od tamtego dnia miały co noc spoglądać na mnie – już nie z groźbą, ale z niemym oskarżeniem…

– Dziadku?…

Głos dziewczyny oderwał mnie od wspomnień. Znów siedziałem w fotelu, a w dłoni trzymałem dawno wygasłą fajkę. Nawet nie wiem, kiedy skończyłem opowiadać, całkowicie oddając się przeszłości.

– Czy wciąż?…

Słońce już niemal zaszło. Pokój pogrążył się w półmroku. Jak dwie gwiazdy błyszczały w nim oczy dziewczyny, gdy nieśmiało podchodziła bliżej. Drobnymi palcami sięgnęła pod mój kołnierz, a potem gwałtownie wciągnęła powietrze. Naszyjnik królowej Ashne zalśnił w dogasającym świetle dnia. Patrzyła na migoczące barwy jak zahipnotyzowana – tańczyły odblaskami w jej szeroko otwartych oczach.

Tej nocy sen nie przychodził. Złoty księżyc za otwartym oknem był mi towarzyszem, gdy płynąłem falą wspomnień. „Czy wciąż?…” – zapytała. A cóż miałem z nim uczynić? Będzie odtąd już zawsze wisiał na mojej piersi i przypominał o tym, co zrobiłem. Daremnie czekając w łóżku na sen, popatrzyłem na ledwo widoczną w mroku ukruszoną z posągu główkę niemowlęcia. Celowo postawiłem ją na tej półce. Niech patrzy. Wprost na mnie. Patrz, dziecię Ashne, bym nigdy nie zaznał spokoju.

Gdzieś w ciemnościach śpiącego domu skrzypnęła deska. Potem jeszcze jedna. Cichutkie szuranie drobnych stóp zbliżało się. Wkrótce w mroku zamajaczyła krocząca powoli sylwetka dziewczyny. Niech i tak będzie, pomyślałem. Dawno już był czas…

Zbliżała się ostrożnie, lecz bez wahania. Wiedziała już, co uczyni, odkąd tylko go zobaczyła – nie miałem wątpliwości. Uniosła chude ramię. Księżyc zalśnił krótkim refleksem na ostrzu noża.

– Wybacz mi, Ashne – zdążyłem jeszcze wyszeptać bezgłośnie, samymi wargami. – Wybacz, proszę, królowo…

2 myśli na temat “Fantasmagoria #35 – „Królowa”

  1. Gabrielu,
    to na początku powiem, że sens nie jest mi jasny, jeśli jest jakiś oprócz samej historii.

    Bardzo dobrze wyszło Ci pisanie w roli opowiadającego. Styl dopasowany do takiej roli. Bo musi byc różnica między akcją „żywą” a opowiadaniem dziadka.

    Ale jest sporo drobiazgów. Oto niektóre z nich.
    Zauważyłem ją pewnego dnia na targowisku – zabiedzoną, brudną i wychudłą – gdy próbowała kraść. Drobna, rozczochrana, z dzikimi oczami – przypominała zabłąkane wśród ludzkich siedlisk zwierzątko. — dwa razy opisujesz tę samą osobę, to gryzie: zabiedzoną, brudną i wychudłą; Drobna, rozczochrana, z dzikimi oczami

    Sam nie wiem dlaczego, podniosłem dziecięcą głowę i schowałem do plecaka. — sam nie wiem, dlaczego podniosłem…

    Wreszcie trysnął śluz, a wraz z nim na podłogę runęło coś niewymowne obmierzłego. — literówka

    Smuga ciemnej krwi zbryzgała mi koszulę. Nawet gdy runęła na brudną, pełną śluzu podłogę, fala gęstych włosów nie utraciła nic z posągowego majestatu. — Zgubiony podmiot, bo tak brzmi, jakby smuga krwi runęła…

    Poza tym opowiadanie jest mocno przesadzone jeśli chodzi o opisy. Aż się roi tu od opisów, opisików. W zasadzie zainteresowałem się, dopiero gdy rzucił ogień na jaja. Można by przynajmniej 1/3 opisów usunąć. Albo dodać akcji lub na samym początku dać jakiś „motor napędowy”. (Taki motor to dla mnie walka z królową.) Takie moje subiektywne zdanie.

    Pozdrawiam.

    Polubienie

    1. Dzięki za poprawki, Antoni.

      Zazwyczaj nie stosuję rozbudowanych opisów, ale w tym tekście są one ważne, bo to w nich ukryłem wskazówki mające naprowadzić czytelnika na sens. Inspiracją do tego opowiadania był jeden z wczesnych tekstów Lema.

      Pozdrawiam.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s