Fantasmagoria #34 – „Przewrót”

Gabriel Dobosz – „Przewrót”

1.

Tej nocy po raz kolejny Er’kara nawiedził Mówca.

Stary ork był świadom jego obecności, jeszcze zanim intruz wtargnął, by ponownie roztaczać przed nim swoje wizje. Nocnego przybysza zawsze zdradzał cichy klekot zawieszonych maleńkich kości.

Mrok spokojnej, cichej nocy zgęstniał. Ciemność zafalowała, otworzyła bezmiar swej głębi i Er’kar runął w otchłań. Spadał, bezcielesny i bezbronny, w milczącym towarzystwie Mówcy. To był jego świat, utkany mocą słów. Tutaj ork nie miał swych mocarnych ramion, którymi mógłby zmiażdżyć słabe ludzkie ciało – był bezwolnym widzem, zmuszonym, by patrzeć.

I patrzył tak, gdy szybowali przez ciemność. Patrzył, jak mgła się rozrzedza. Wiedział, co za chwilę wyłoni się z niebytu. Góry. Potężne szczyty na tle wieczornego nieba. Przelatywali nad ich łańcuchem, niesieni mocą Mówcy. Ork jak zawsze był pod wrażeniem widoku. Nigdy tam nie był, a jednak miał pewność, że nocny prześladowca pokazywał mu prawdę, tak właśnie prezentowała się ta pełna surowego piękna kraina. Niedługo jednak dane mu było cieszyć oczy. Obniżyli lot, kierując się ku głębokiej rozpadlinie. Już z daleka dostrzegł wykute w skale wejście.

Mroczna sztolnia zamknęła się nad nimi. Od bezkresu nieba oddzielały ich teraz niezliczone tony skał, gdy tak mknęli wgłąb ziemi. W blasku pochodni, które zmagały się z zalegającą tam ciemnością, Er’kar ponownie ujrzał ludzi. Dziesiątki mężczyzn pracowało bez wytchnienia. Umorusani, zlani potem stękali i przeklinali. Uderzenia ich kilofów wygrywały ostrą melodię, niebezpiecznie klekotały wózki wyładowane po brzegi wydartymi górom skarbami. Nikt nie siedział tu bezczynnie. Nie mógł, na co wskazywała kolejna wizja.

W czasie krótszym niż mrugnięcie okiem opuścili kopalnie i znaleźli się w zadymionym wnętrzu. Tu też królował hałas oraz gorączkowa krzątanina. Młoty biły zawzięcie z głośnym brzękiem. Ktoś pochylał się przy ogromnym piecu. Wkrótce i ten człowiek, ubrany w skórzane odzienie, zapewne mające chronić go przed straszliwym żarem, chwycił za młot. Następnie włożył coś do rynny z wodą, a ta natychmiast buchnęła kłębami pary. Zza ich gęstej chmury wyłonił się nagle przed Er’karem. W rękach trzymał miecz, lecz nie po to, by zadać cios. Z uśmiechem na ubrudzonej twarzy wręczał go orkowi.

Naraz wszystko to zniknęło. Tym razem byli w ogromnej, rozświetlonej płonącymi świecami, wysoko sklepionej sali. Dla odmiany tutaj panowała niezmącona cisza. Mimowolny widz i tym razem poczuł się nieswojo, gdyż nigdy na własne oczy nie widział tak wielkiej konstrukcji. Całe życie przewędrował, mieszkając w swym namiocie – i to było jedyne schronienie przed słońcem i deszczem, które znał.

Pośrodku sali stało to, co właśnie miał tutaj zobaczyć. Tron. Masywne, zdobione złotem siedzisko. Puste. A potem ork odwrócił się i ujrzał wielki tłum: tuż przed nim całe jego plemię, a dalej ludzi; niezliczonych ludzi, oddających mu pokłon – jemu, władcy.

Mówca milczał. Nigdy nie odzywał się nawet słowem. Nie musiał. Er’kar rozumiał doskonale. Oglądał już któryś raz te obrazy i tej nocy również przemawiały do jego wyobraźni. Mógł mieć to wszystko. Mógł ująć żelazne ostrze w swe krzepkie ręce, z jego pomocą podbijać, grabić i niszczyć. Mógł położyć pod swoje stopy wszystkich, którzy dotychczas mu się sprzeciwiali, wyjść poza to niewielkie plemię, sięgać chciwie aż po najodleglejsze nawet krainy i plwać na przygięte przed nim karki ich dotychczasowych panów.

On, Er’kar han, mógł władać.

Wszystko to spełniłoby się, nie miał co do tego wątpliwości. Wystarczyło tylko…

– Nigdy… – warknął stary ork.

Wizja rozwiała się momentalnie. W oczy zaświeciło mu wpadające do namiotu poranne słońce.

– … więcej wojny – dokończył szeptem, budząc się.

Westchnął ciężko. Chwila minęła, nim rozluźnił spięte ciało. Ułożył się na boku i napotkał spojrzenie leżącej obok na posłaniu Xuru. Przyglądała mu się bez słowa. On również nie przerywał zalegającej w namiocie ciszy i długo patrzył w jej duże, zielono-złote oczy, aż niechciane majaki na dobre odeszły w niebyt, z którego zostały przywołane.

2.

Dwa niewielkie stosiki kamieni już czekały przygotowane, podobnie garść suszonych ziół. Xuru zdążyła też rozpalić ogień. Potem usiadła na posłaniu, pozwalając by wybranek dopełnił reszty.

Er’kar w tym czasie stał przy wejściu do namiotu. Nie wyglądał na zewnątrz, nie musiał. Oboje słyszeli głosy dobiegające zza nieznacznie tylko rozchylonych pół – podekscytowane głosy, których od dawna się spodziewał. Dziś nadszedł ten dzień, stało się to, co nieuniknione. Pomrukiwały niecierpliwie, lecz nikt nie odważył się naruszyć spokoju jego domu. Jeszcze nie.

Ork przeczesał swe długie, opadające na mocno umięśnione barki, siwe włosy. Przewiązał je opaską, by mu nie przeszkadzały, i usiadł przy ułożonych kamieniach. Ze skórzanych mieszków u pasa wydobył przechowywane tam zęby i włosy, a następnie umieścił je na stosikach.

– Bavarnie, ojcze mój – powiedział cicho i cisnął nieco ziół do ognia. Wnętrze namiotu natychmiast wypełnił wonny, jasny dym.

Teraz pożeracz nie ma tu wstępu, pomyślał ork. Te włosy i zęby to wszystko, co oparło się jego nieposkromionej żarłoczności.

– Ghor’qarze, ojcze mego ojca. – Dorzucił jeszcze ziół.

Jego myśli coraz częściej nawiedzała ta bezpostaciowa istota, za przyczyną której z wszystkiego, co żyje, powoli uchodziły siły, aż wreszcie ulegało powolnemu pożarciu. Pan much, król ścierwojadów, pożeracz – tak właśnie Er’kar go nazywał – także jego zaczął już podgryzać niewidzialnymi zębami. Ork żył długo. Choć nie brakło mu sił, nie był tak sprawny jak dawniej. Dziś miało się okazać jak bardzo.

Sięgnął znów do pasa. Z namaszczeniem ułożył na ziemi czarny obsydianowy nóż. Potem w milczeniu przyglądał się kamieniom. Te kilka ich garści pochodziło z kurhanów, gdzie spoczęły ciała dwójki przodków. Tylko czarne ostrze, kamienie – mające jedynie spowolnić niepowstrzymany głód pożeracza – zęby oraz włosy zostały po nich. One oraz pamięć. Jej nic nie pożre, nie zniszczy żaden oręż. Nie póki trwała w Er’karze.

Stary ork cichym głosem zaczął recytować wszystkie czyny najpierw dziada, a potem ojca. Wszystko, czego dokonali: stoczone bitwy, odniesione zwycięstwa, imiona ich potomków, długą drogę, którą przebyli, i wreszcie to, jak polegli. Mówił niespiesznie, całkowicie oddał się dawnym dziejom. Mówił też o tym, co tylko nielicznym przekazano, aby pamiętali: o nieznanej historii pochodzenia ich ludu, która na zawsze miała pozostać pogrzebana. I taka będzie, poprzysiągł sobie po raz kolejny, nigdy więcej nie pójdziemy tą drogą.

– Ja, Er’kar han, póki dech w mej piersi, pamiętam! – zakończył.

Xuru usiadła przy nim.

– Czy mogę?

Skinął głową. Zaczęła zbierać kamienie. Jej mocne, smukłe ramiona, pokryte gładką, ciemnozieloną skórą, pracowały sprawnie i szybko. Wyraźnie dostrzegał, jak drżą przy tym.

Er’kar wstał. Nim powoli ruszył do wyjścia, przez moment jeszcze przyglądał się smoliście czarnym włosom wybranki, które skrywały jej oblicze. Niemal opuścił już namiot, gdy cicho wymówiła jego imię. Nic więcej nie rzekła. Pełne niepokoju oczy dopowiedziały resztę.

Ork tylko ponownie skinął głową.

Słoneczny blask i żar zaatakowały go, skoro tylko znalazł się na zewnątrz. Zmrużył oczy, rozejrzał się powoli. Szemrzące głosy umilkły, bo oto wyszedł do nich ten, którego się domagały.

3.

Tłum mężczyzn ustawił się przed namiotem wielkim półkolem. Wielu ich było, zapewne wszyscy z plemienia. Który wszak pozwoliłby sobie na przegapienie takiego widowiska?

Er’kar stanął naprzeciw nich pewnie, z wypiętą piersią. Podobnie jak oni nosił tylko skórzaną przepaskę biodrową i wysokie buty. Jego jasnobrązowa skóra błyszczała od potu w nieznośnym mimo wczesnej pory upale. Twarde mięśnie na ramionach i klatce piersiowej znaczyły blizny. Powoli ruszył naprzód, patrząc w oczy każdemu z tych, którzy stali najbliżej; przyglądał się nieruchomym spojrzeniem, aż po kolei wszyscy odwracali wzrok. Wszyscy prócz jednego.

Stary ork zmarszczył brwi i wyszczerzył zęby.

– Po co przyszliście? – Jego donośny głos poniósł się w ciszy. – Jaką sprawę wnosicie do hana?

Wtedy to, tak jak się spodziewał, wystąpił z tłumu ów jeden.

Skóra śmiałka była jasna, zielono-żółtej barwy, podobnie jak jego ojca. Ani potężnie zbudowane ciało, ani ogolona przy samej skórze głowa nie nosiły jeszcze blizn. Twarz miał młodą; w przeciwieństwie do pobrużdżonego oblicza Er’kara nie odcisnęły się na niej jeszcze przeżyte lata, nie wychłostał jej wiatr ani nie spaliło słońce. Lecz i ona nosiła swoje zmarszczki. Tego bowiem dnia twarz Dekkera wykrzywiał grymas gniewu.

– Er’karze han! – zawołał ów. – Sprawę przeciw tobie wnoszę ja, lecz nie we własnym, a we wszystkich nas imieniu!

Jakbym widział go po raz pierwszy, pomyślał Er’kar. Lata tak szybko przeminęły i nie zauważył nawet, kiedy stojący naprzeciw niego młodzieniec stał się mężczyzną.

– O całe plemię wszak sprawa idzie – ciągnął Dekker po krótkiej pauzie, upewniwszy się, że uwaga zgromadzonych skupiona jest teraz na nim. – A plemię to, potężnych i dumnych wojowników, żyje na tym pustkowiu i trwożnie uchodzi jak szczury!

Jak do tego doszło? Jak mógł nie zauważyć, że ten chłopak dorasta, a wraz z nim dojrzewa gniew? – Stary ork myślał i w milczeniu słuchał zarzutów. Teraz ich właśnie czas nadszedł, nim stanie się to, co wszyscy przyszli tu zobaczyć.

– Ludzkie psy tłuką w nas jak w bęben, ganiają niczym stado bydła. Jak długo jeszcze zamierzasz uciekać, Er’karze han? Czekasz, aż przemierzymy całą pustynię i dotrzemy do legendarnych wielkich wód, które, jak powiadają niektórzy, ciągną się aż po horyzont? Mój honor wojownika nie godzi się, by ustępować słabeuszom. Słabeuszy należy gnieść! – Dla podkreślenia słów Dekker z rozmachem zdeptał suchą ziemię podeszwą buta. – Nie zasługują na nic więcej! Tymczasem za twego przywództwa ustępujemy pola i padamy od ich oręża, niezdolni odpowiedzieć podobnym. – Energicznie uderzył się w pierś. – Ja, Dekker, syn Tnarga, powiadam wam, iż to my możemy i powinniśmy być zdobywcami! Nam, urodzonym wojownikom, należy się przyszłość, której obecny han nie potrafi zapewnić. Woli kryć się, unikać walki zamiast przyjąć z otwartymi ramionami nasze przeznaczenie. Narodziliśmy się bowiem, by kłaść wrogów w honorowym boju. Ramiona nasze są silne, a wola niezłomna. Nie dostrzegacie, jak żałośnie słabi są przy nas ludzie? Jak kruche są ich ciała, jak słaby duch w nich? Jedno tylko jest źródło ich zwycięstw, a ten oto, który jest nam hanem – oskarżycielsko wymierzył palec w Er’kara – odmawia nam zaczerpnąć z niego!

Z tymi słowy przekroczył granicę, wszyscy o tym wiedzieli. Dekker nie mógł już się wycofać i wcale nie chciał. Od początku wiedział, po co tu idzie.

Przerwał swą tyradę. Pod czystym, błękitnym niebem pustyni zaległa cisza, a gdy ponownie przemówił, zrobił to niewiele głośniej od szeleszczącego słabo wiatru. Mimo to jego słowa były doskonale słyszane.

– Zabrania nam poznać tajemnic żelaza.

Tłum zaszemrał na dźwięk tego słowa.

Żelazo, westchnął w duchu Er’kar, zawsze ono. Jego oczy wypatrzyły w tłumie Tnarga. Nie było to trudne, był on najroślejszym z mężczyzn. Han zastanawiał się, co też ów sobie myślał, słuchając gniewnych słów młodszego ze swych synów.

– Z tym dniem to się zmieni – rzekł znów Dekker, gdy już przyjęli, co powiedział.

Ktoś stojący za nim podał mu dwa kije – grube, ponad metrowe lagi z twardego drzewa kahu, z którego wyrabiano styliska do oręża. Ujął jeden z nich, drugi zaś cisnął pod stopy Er’kara.

– Er’karze han, wyzywam cię!

W pełnej wyczekiwania ciszy wyzwany nawet nie spojrzał na leżący przed nim kij. Zrozumiał, że był w błędzie. Dekker nie był sam. Jeszcze kilku młodych stało za nim, w tym ten, który podał mu lagi. Wszyscy mieli zacięte, gniewne twarze. Każdy z nich też ściął włosy, co jeszcze bardziej ich wyróżniało. Ogolone czaszki młodzieńców lśniły w słońcu pustyni. Bunt szerzył się już jakiś czas, a Er’kar nie potrafił tego dostrzec.

Stary ork podszedł bliżej, ignorując leżący oręż, i stanął naprzeciw tego, który rzucił mu wyzwanie. Milcząc, mierzył go spojrzeniem. Z satysfakcją zauważył, jak na sekundę rozszerzają się jego oczy, nim młodzieniec zdołał zapanować nad wyrazem twarzy.

Dekker był wyższy i cięższy. Jego atutem był wiek oraz napędzająca go wściekłość. W Er’karze dawno już wypalił się ów ogień gorejący teraz w oczach dużo młodszego oponenta.

– Nazwałeś nas wszystkich szczurami – powiedział spokojnie wprost do tych oczu. – Czy szczurem jest też twój ojciec? A ojciec jego ojca i wszyscy twoi przodkowie, którzy żyli przez lata tak jak my teraz?

Gniew jeszcze bardziej wykrzywił twarz Dekkera.

– Dziś ty jesteś hanem i ty przewodzisz – wycedził. – Prawdziwy wojownik nie ogląda się za siebie, tylko czyni to, co słuszne.

– Co zatem jest słuszne? Dokąd powiedziesz nasz lud, gdy już mnie położysz?

Wszyscy zgromadzeni słuchali z uwagą. Młodzieniec popatrzył przelotnie po nich. Wyraźnie nie spodziewał się takiego przebiegu konfrontacji. Szybko jednak odzyskał rezon.

– Nie zamierzam stosować się do twoich bzdurnych zakazów. Pójdziemy w góry i wydrzemy im żelazo! Nauczymy się je obrabiać, wytwarzać z niego ostrza i pancerze, a potem za ich pomocą zwyciężymy!

Er’kar prychnął pogardliwie.

– Zwyciężaliśmy i bez tego. Siła wojownika leży w nim samym. Oręż jest tylko narzędziem.

– Nie widzisz, że wszystko się zmieniło? Przez lata dochodziło do potyczek z ludźmi, ale nigdy nie prowadzili przeciw nam regularnej wojny. Aż do teraz!

Rzeczywiście, wcześniejsze starcia nie trwały długo, pomyślał starszy ork.  W konfrontacji z zahartowanymi w boju i niestrudzonymi, choć gorzej uzbrojonymi orkami ludzie szybko wycofywali się. Nie było w nich ducha wojowników, ogień bitwy nie rozpalał ich serc.

Zmiany przyszły wraz z pojawieniem się Mówcy. Ten człowiek sam jeden potrafił natchnąć swych pobratymców. Er’kar nieraz widział go, jak samotnie stał w pewnym oddaleniu, obserwując bitwę. Sam nigdy nie walczył, jedynie patrzył, odziany w białe, falujące na wietrze obszerne odzienie i przesłaniający oblicze kaptur. Gdy był obecny, wojownicy ludzi niestrudzenie parli naprzód. Dawny strach ulatywał. Nikt się nie wahał, nikt nie rejterował. Zakuci w swoje żelazo, nie oddawali pola. Do tego stopnia, że – Er’kar widział to na własne oczy, i to kilkukrotnie, ale w dalszym ciągu nie potrafił uwierzyć – niektórzy z nich nawet zdruzgotani ciosem kamiennego młota potrafili powstać i walczyć dalej. To słowa Mówcy zmieniły ludzi – nie było co do tego wątpliwości; tajemne słowa szeptane, gdy szli w bój, oraz ta przeklęta rzecz w jego ręku. Cóż to było, ork nie wiedział, ale te maleńkie, stukające o siebie kości przywodziły mu na myśl tylko jedno. Cichutki klekot, słyszany pomimo bitewnego zgiełku, prześladował go, podobnie jak coraz bardziej natrętne myśli o pożeraczu; dźwięk nawiedzał Er’kara w snach wraz z osobą Mówcy i jego tak kuszącą propozycją, której nie mógł przyjąć.

– Wojny – ciągnął wściekle Dekker – którą przegrywamy. Tak wielu z nas już padło przez twoje niezdecydowanie. Nie takiego hana chcemy! – wykrzyknął, a stojący za nim młodzi odpowiedzieli aprobującym pomrukiem.

Er’kar wyszczerzył zęby.

– I co uczynisz ze swoją władzą?

– Co uczynię?

– Gdy pobijesz już ludzi, co zrobisz?!

Wykrzyczane pytanie znów zaskoczyło pretendenta. Warknął, wyraźnie wytrącony z równowagi.

– Będę panował w pokoju, bez konieczności walki o każdy dzień. Zapanuje siła! Nikt nie odważy się wystąpić przeciw nam! Zasiedlimy żyzne ziemie ludzi, nie to kamieniste pustkowie. Nasi synowie dorastać będą bezpiecznie. – Pochylił się ku Er’karowi i zaczął cedzić przez zęby. – I nikt nigdy nie straci życia za to tylko, że się ze mną nie zgadza.

Tłum zaszemrał głośno.

Podobnie jak samo wyzwanie do walki, Er’kar był pewien, że w końcu padną te słowa. Zastanawiał się, czy to nie właśnie ta historia przywiodła tutaj Dekkera. Sprawa żelaza i starcia z ludźmi dały mu tylko pretekst, by dać upust nienawiści. Er’kar ponownie spojrzał na Tnarga – ojca tego, który ośmielił się rzucić hanowi wyzwanie – i przez moment ujrzał go takim, jakim był tamtego dnia, dawno temu, gdy starszy z jego synów poniósł śmierć…

Rekko był jeszcze potężniejszej budowy niż obecnie Dekker. Stary ork doskonale pamiętał go, jak stał dumnie, bez cienia skruchy, naprzeciw mężczyzn z plemienia. Zgromadzili się tłumnie, niemal tak jak teraz, a w rękach ich spoczywały kamienie. Er’kar stojąc na ich czele, również ściskał jeden w garści.

– Świadomie złamałeś mój zakaz – rzekł wówczas, drżąc z wściekłości. – Wyraźnie zabroniłem przynosić z pola bitwy czegokolwiek, co należało do ludzi, i ostrzegałem o karze. Co zamierzałeś z tym zrobić?

Rekko spokojnie patrzył po twarzach zgromadzonych przed nim, a u jego stóp leżał przedmiot, którego posiadanie usiłował zataić. Klinga żelaznego miecza lśniła w południowym słońcu.

– Odpowiadaj!

Nie wydawał się przejęty tym, co za chwilę miało go spotkać. Mierzył Er’kara mówiącym wszystko spojrzeniem. To pod jego wpływem, oraz wobec upartego milczenia skazańca, dzierżąca kamień dłoń zacisnęła się z całej siły. Wtedy zagrzmiał tubalny głos Tnarga.

– Przyniosłeś mi wstyd, synu!

Potężny jak góra, jak zawsze wyróżniał się z tłumu swymi rozmiarami. Wielką pięścią z rozmachem rąbnął się w pierś. Stojący obok niego pokiwali posępnie głowami, podzielając oburzenie. I to nie wzruszyło Rekko.

– Nie będę się kajał. – Oskarżony powiedział wtedy swe ostatnie słowa, patrząc nie na ojca, nie na hana i nie na tłum mężczyzn, lecz na swego wówczas jeszcze małego brata Dekkera. – Zrobiłem tylko to, co każdy z was by zrobił, gdyby nie bał się kary. Bez żelaza wyzdychamy tu. Jeśli nic nie zrobimy, z czasem wybiją nas wszystkich. Gdy ludzie nadejdą z całą swą siłą, zobaczymy, którzy z was będą się wówczas przejmować zakazami ha…

Er’kar z rykiem cisnął kamieniem. Trafiony Rekko zachwiał się i natychmiast wybuchł ogłuszający wrzask, kiedy w ślad za hanem poczęli ciskać kolejni. Młody ork osunął się na kolana pod gradem pocisków, osłaniając rękami głowę, a oni rzucali dalej, z wściekłością, aż padł na twarz…


– Nie ja jestem winien tej śmierci – powiedział spokojnie Er’kar, odrywając się od wspomnień. – Łamiąc wyraźny zakaz, Rekko zdawał sobie sprawę, co go czeka. Jesteś podobny do swego brata: przywiodły cię tu gniew oraz ślepy bunt, a nie troska o lud. 

Oczy Dekkera błysnęły zimną furią. Stary ork wiedział, że swymi słowami ugodził celnie, a potwierdził to szybki rzut oka po twarzach stojących mężczyzn. Nie chcieli zmian, pomyślał nieco uspokojony, ich serca nie wrzały. To jeszcze nie ten dzień. Okrutna przeszłość wciąż pozostawała pogrzebana.

– Podnieś kij i walcz, Er’karze han! – ryknął mu prosto w twarz Dekker.

Młody oponent odwróciwszy się, odszedł na parę kroków. Pokręcił szyją, kilkukrotnie machnął kijem w powietrze i przerzucał go z ręki do ręki, rozgrzewając ramiona. Mężczyźni tymczasem utworzyli wokół nich spory okrąg. Dekker zabębnił pięściami o szeroką pierś i przyjął postawę, gotów do walki. Er’kar nie dał mu dłużej czekać. Obutą stopą podrzucił kij. Złapał go zręcznie w powietrzu, nie spuszczając oczu z oponenta.

Tnarg krzyknął na znak, by zaczęli.

Zgodnie z przewidywaniem Er’kara młody oponent rzucił się do furiackiego ataku. Rozpędzony uderzył znad głowy trzymanym oburącz kijem. Stary ork odskoczył w bok i rąbnął go po żebrach. Dekker stęknął, lecz nie przerwał natarcia. Tym razem jego kij śmignął od dołu. Er’kar sparował uderzenie.

Ostry stukot drewnianych lag był jedynym dźwiękiem w pełnej napięcia ciszy, gdy walczący wymieniali ciosy. Dekker brał silne, obszerne zamachy, którymi jednakże odsłaniał się. Wyczekawszy właściwy moment, stary han szybkim pchnięciem ugodził go w klatkę piersiową. Dekker zachwiał się. Kij Er’kara natychmiast poprawił mu w skroń. Powalony siłą ciosu, ork padł na bok. Nie zamierzał się jednak poddawać. Ciężkim butem kopnął nacierającego Er’kara w kolano. Stary han syknął przez zęby. Dekker tymczasem pozbierał się na nogi i walnął podniesioną z ziemi lagą na odlew.  Er’kar ledwo zdążył z obroną; kolano pulsowało tępym bólem, spowalniając go.

Walczący znów stanęli w pewnym dystansie. Dysząc, krążyli wokół siebie. Er’kar postanowił przejąć inicjatywę. Zamarkował cios w nogi i natychmiast natarł po skosie z góry. Dekker przejrzał podstęp. Lagi zwarły się z trzaskiem. Obaj orkowie napierali jeden na drugiego w ciasnym klinczu. Młodszy z nich był większy i silniejszy, więc powoli zyskiwał przewagę. Nagle jeszcze bardziej skrócił dystans. Z rozmachem uderzył Er’kara głową. Stary ork zalał się krwią z rozkwaszonego nosa. Dekker ujął swój kij za oba końce, odepchnął broń rywala, po czym dźgnął go w szczękę. Er’kar padł na plecy, ale natychmiast zręcznie przetoczył się w tył i wylądował na nogach. Nie wypuścił przy tym z rąk kija. Atakujący dalej młody oponent nadział się na niespodziewany kontratak. Uderzenie od dołu trafiło go w prawy łokieć. Laga wypadła mu z ręki.

Er’kar nie miał litości. Zasypał bezbronnego rywala gradem ciosów, pod którymi młodszy ork mógł tylko bezradnie osłaniać się rękami i cofać. W końcu Dekker zrobił jedyne, co pozostało mu w tej sytuacji. Poczekał na właściwy moment pomiędzy kolejnymi razami i rzucił się naprzód, by przejść do zapasów. Er’kar oczywiście spodziewał się tego. Wycofawszy się poza zasięg ramion oponenta, potężnie rąbnął go kijem w odsłoniętą głowę. Oszołomiony Dekker przyklęknął.

– Sądzisz, że z żelazem w dłoni będziesz walczył lepiej? – zapytał stojący nad nim han.

Młody ork zaryczał wściekle. Nim jednak zdołał choćby zacisnąć pięści, kopnięcie Er’kara rzuciło go na ziemię. Zarył twarzą w suchą glebę pustyni.

Stary ork wytarł krew z nosa, pomacał obitą szczękę, splunął. Potem spojrzał na zgromadzonych dokoła widzów. Mężczyźni kiwali smętnie głowami – wystarczy.  Rozstąpili się przed Er’karem, gdy chciał wrócić do swojego namiotu. 

Wtedy usłyszał stęknięcie i chrzęst piasku. Obejrzał się. Młode oczy świdrowały go nienawistnym spojrzeniem.

Kij hana rąbnął z tępym odgłosem i Dekker na powrót rozpłaszczył się na ziemi. Zaległ nieruchomo, oddychając ciężko. Potem jego ręka przez chwilę macała piasek, aż, ku coraz większej wściekłości Er’kara, sięgnęła po upuszczoną lagę. Han kopnął kij poza jej zasięg. Przez chwilę przyglądał się leżącemu oponentowi.

– Myślisz sobie, że droga do pokoju wiedzie przez podbój – rzekł cicho. – Wystarczy pobić wroga, by nigdy więcej nie było potrzeby sięgać po oręż. Pytałem, co zrobisz, kiedy pokonasz ludzi. Sądzisz, że to będzie koniec? 

Dekker podparł się rękoma. 

– Po tutejszych ludziach przyjdzie kolej na innych – ciągnął Er’kar – po zagarnięciu ich bogactw wyruszysz z kolejną wyprawą. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma zasobniejsze ziemie, więcej bydła, żelaza czy czegoś innego… Zapragniesz więcej! – krzyknął nagle. Z furią zdzielił leżącego w plecy. – Więcej! – Znów uderzył. – JESZCZE WIĘCEJ! – I kolejny raz.

Choć grzbiet miał cały w pręgach, pokonany dalej próbował wstać z ziemi. Stary han obserwował te wysiłki, zaciskając z całych sił pięści. Gdy Dekker mozolnie podniósł się na kolana, Er’kar klęknął obok. Odrzucił swój kij i ciasnym chwytem złapał głowę rywala pod pachę. Młodszy ork miotał się, lecz w takiej pozycji nie mógł skorzystać z przewagi siły. Ramiona Er’kara zacisnęły się na jego karku. 

Han powoli odchylał ciało w tył i zacieśniał chwyt. Ledwo odczuwał tłukące go po żebrach pięści przeciwnika. Sam do tego doprowadził, powtarzał w myślach, to jego wina; wiedział, co robi… podobnie jak dawniej jego brat Rekko. Niech obaj będą przeklęci!

Kark Dekkera był naprężony do granic. Er’kar czuł to. Teraz wystarczyło jedno zdecydowane szarpnięcie i uwolni się od groźby buntu w plemieniu, a przynajmniej odsunie ją na jakiś czas, dopóki znów ktoś nie rzuci wyzwania… I wtedy jego też…

Han zamknął oczy. Pytał sam siebie w myślach, jak długo to jeszcze będzie trwało. Jak długo będą musieli uciekać przed przeszłością, nim się od niej uwolnią? Może nigdy to nie nastąpi. Może to Dekker ma rację: walczyć, zabijać, burzyć, zdobywać, przeć naprzód jak wicher – oto przeznaczenie ich ludu. Nigdy nie zaznają spokoju…

– Pokonałem cię! – krzyknął Dekker, lecz nie ten gniewny, oskarżający i zadający ciosy. Krzyczał tak lata temu, jako chłopiec, zanim jeszcze przyszli ludzie ze swoim przeklętym żelazem.

– Wygrałem! – powtórzył wtedy mały Dekker, gdy leżał zasapany na piersi Er’kara.

Byli w namiocie Tnarga. On, dumny ojciec rodziny, jego starszy syn Rekko oraz matka chłopców Draatsuri patrzyli roześmiani, jak najmłodsze dziecię patykowatymi rączkami usiłowało rozłożyć na obie łopatki ich gościa Er’kara. Han „walczył” z małym, wykrzywiając twarz w udawanym wysiłku. Dał mu się powalić, ale dopiero wtedy, gdy chłopiec prawidłowo wykonał chwyt. Wówczas jęknął boleśnie.

– Och, miejże litość, mocarzu, poddaję się!

Młodzik natychmiast skoczył na nogi.

– Ojcze, widziałeś? Teraz ja jestem hanem!

Tnarg ryknął śmiechem.

– Aleś nas urządził, Er’karze. Ten tu to dopiero weźmie nas wszystkich za mordy!

– Nieprawda! – obruszył się Dekker. – Będę rządził sprawiedliwe.

Dumny z siebie, zabębnił pięściami w wypiętą pierś.

– A co powinieneś teraz zrobić? – zapytał Tnarg.

Malec zamyślił się.

– Chyba wybrać sobie kobietę – odparł poważnie, czym wzbudził kolejną salwę śmiechu.

– Zanim uczynisz którejś ten honor… – Ojciec skinął wymownie.

Dekker przypomniał sobie. Pokłonił się z szacunkiem leżącemu Er’karowi i podał mu rękę. „Pomógł” wstać pokonanemu, samemu o mało co nie przewracając się przy tym. Han zmierzwił mu czuprynę.

– Dobrze – pochwalił. – Zawsze oddawaj honor temu, którego pokonasz…

– Wiem. Bo pewnego dnia i mnie spotka porażka – posłusznie dopowiedział młodzik.

– Bez wątpienia. Każdy w końcu ulegnie silniejszemu. Zawsze jest większa góra, jak powiadają…


Dekker szarpał się coraz słabiej. Zawinięte wokół jego szyi, niczym węże, ramiona Er’kara odbierały oddech. Jeszcze moment, pomyślał han, nawet nie będzie trzeba…

Spojrzał w oczy górującego w tłumie Tnarga. Te same oczy, tak samo beznamiętne, patrzyły wtedy, gdy leciały kamienie. A dziś Tnarg – jedyny, który wraz z Er’karem znał ukrytą przed innymi prawdę – po prostu obserwował, jak powtarzała się historia. Znów wstyd i znów…

Uwolniony nagle Dekker zarył twarzą w piach. Wśród oglądających starcie mężczyzn rozległ się pomruk. Potem w zapadłej ciszy słychać było jedynie charkot łapanego powietrza. Stary ork nawet tam nie spojrzał; z całych sił zaciskając zęby, nie spuszczał oczu z twarzy przyjaciela, powiernika wspólnej tajemnicy.

Pokonany powoli dochodził do siebie. Wsparł się na prawym ramieniu, a drugą ręką pocierał kark.

– Wystarczy! – krzyknął ktoś z tłumu.

Palce Dekkera wgryzły się w piasek, zaciskając w pięść. Młody ork charknął i splunął pod nogi Er’kara. Han zerwał się momentalnie. Jednym ruchem wykręcił ramię oponenta za plecy, a twarz wgniótł mu kolanem w ziemię. Szarpnął gwałtownie, aż kość pękła z trzaskiem. Dekker zawył.

– Który następny?! – ryknął stary ork.

Porwał z ziemi swój kij i skoczył na równe nogi. Młodzi buntownicy z ogolonymi głowami aż cofnęli się o krok.

– Może ty?! – Er’kar dźgnął najbliższego z nich kijem. – Albo ty?! – Szturchnął kolejnego. – A może wszyscy razem?! Dalej, stawać, kundle! Gdzie wasze męstwo?! Położę was i napluję na wasze ścierwa, jeżeli inna mowa do was nie trafia!

Patrzyli w ziemię. Han czekał, obserwując, jak zaciskają gniewnie szczęki. W końcu zaczęli rozchodzić się. Dwóch podniosło z ziemi Dekkera, który wciąż jęczał boleśnie; prawe ramię zwisało mu bezwładnie.

– Tak skończy każda ręka, która podniesie się na hana! – warknął do nich Er’kar i cisnął o ziemię lagę.

Było po walce, więc mężczyźni odchodzili do swoich zajęć. Został tylko Tnarg. Jego ogromna postać stała bez ruchu jak góra.

– Popełniłeś błąd – rzekł.

Han zastanawiał się, czy teraz on nie rzuci wyzwania.

– Nie udało nam się, przyjacielu – odpowiedział. – Dawne dzieje wracają. Podnoszą głowy ci, którzy pragną krwi. I nie zatrzyma ich to, co tu zobaczyli.

Tnarg zamyśleniu patrzył na porzucony kij.

A zatem zdecydował: sam chce nieść to brzemię, pomyślał Er’kar. Może to zrobić – obaj wiedzieli, jak zakończyłoby się ich starcie. A może pojął daremność trudów; gdy niemal utracił drugiego ze swoich synów, uznał, że dłużej tak nie można…

– Popełniłeś błąd, Er’karze han – powtórzył powoli Tnarg. Jego oczy płonęły. – Nie powinieneś był pozwolić mu odejść stąd z życiem.

Rzekłszy to, zostawił Er’kara samego w dokuczającym coraz mocniej słońcu pustyni.

4.

Szkarłatne słońce wisiało już nisko nad horyzontem.

Tak jak Er’kar przewidywał, ludzie rozbili obóz przy oazie. Mimo to podjął ryzyko – plemię musiało uzupełnić zapasy wody. Wziął ze sobą Tnarga i jeszcze trzydziestu wojowników, by zabezpieczyć przejście karawany. Od kilku dni obserwowali niewielką dolinę pokrytą nieczęsto widywaną na pustyni gęstą roślinnością. Obozujący tam oddział nie był liczny, co han ocenił po rozpalanych nocami ogniskach. Z początku miał nadzieję, że jedynie zatrzymali się na odpoczynek i wkrótce wyruszą w drogę. Ludzie jednakże zostali.

– Czekają na nas – mruknął Tnarg, potwierdzając podejrzenia hana.

Er’kar i jego wojownicy wypatrywali, ukryci wśród skał. Pozycja do ataku była niedogodna, gdyż od doliny dzieliło ich około dwóch rzutów kamieniem pustej przestrzeni; musieliby pozbawieni osłony podejść do wroga, który krył się w zaroślach oazy.

– Wyruszymy, kiedy zacznie się ściemniać.

Mruknięcia mężczyzn w odpowiedzi na słowa Er’kara mówiły jasno, że mieli wątpliwości.

– Może… – zaczął Tnarg.

– Nie. Nikt więcej nie zarzuci mi ustępowania pola – uciął han.

Zaczęli szykować broń.

Niebo poszarzało, narastający chłód przeniknął czyste powietrze pustyni, a pierwsze gwiazdy zabłysły nieśmiało – wtedy orkowie ruszyli. Truchtali za swym wodzem, trzymając w dłoniach obciągnięte wielbłądzią skórą tarcze i gotowe do rzutu oszczepy. Teren stopniowo opadał, a miękki piach ustępował miejsca skale. Pod podeszwami wysokich butów chrzęściły drobne kamienie. Er’kar przeklinał je w myślach za czyniony w wieczornej ciszy hałas; musieli zwolnić marsz, by ich nie usłyszano. Wśród rozłożystych palm i gęstych krzewów zalegały długie cienie. Każdy jeden wydawał się hanowi przyczajonym wrogiem. Wypatrywał czujnie, czując, jak pocą mu się zaciśnięte na drzewcu broni palce.

Nieruchome powietrze nie niosło żadnych dźwięków. Przebyli już większą część drogi. Stary ork dał znak. Wojownicy rozproszyli się nieco i zaczęli podkradać. Potężnie zbudowany Tnarg kroczył z zaskakującą zwinnością. Nagle zastygł.

– Tam – syknął cicho.

Han spojrzał we wskazane miejsce. Pod poskręcanym konarem, wśród długich liści dostrzegł niewyraźną sylwetkę siedzącego człowieka. Chyba spał.

– Wystarczająco blisko?

Tnarg skinął głową, nie odrywając wzroku od celu. Uniósł oszczep.

Ruuga – jeden z wojowników – wciągnął głośno powietrze. Doskonale zlewał się z otoczeniem ze swą skórą w kolorze piasku.

– Czujecie to? Ten zapach… – szepnął.

Nagle uszy Er’kara złowiły odległy dźwięk. Han zesztywniał.

– To pachnie jak…

– Milcz! – uciszył Ruugę.

Tym razem był pewien, że się nie pomylił. Delikatne stukanie narastało. Er’kar rozpoznał je. Do ich pozycji zbliżał się cichy klekot maleńkich kości, a wraz z nim niewątpliwie ten, kto dzierżył je w dłoni. W powietrzu poniósł się szeleszczący szept mamrotanych pospiesznie niewyraźnych słów.

– Naprzód! – wrzasnął stary ork, lecz nikt go nie usłyszał. Wieczorną ciszę rozdarł ryk buchających płomieni.

Ściana ognia wystrzeliła znikąd. Cichy dotychczas wieczór wybuchnął żarem i blaskiem. Naraz dołączyły do nich krzyki orków. W ciemnych zaroślach wyrosły nagle ludzkie sylwetki. Koło ucha Er’kara świsnęła złowrogo strzała.

– Narprzód! – krzyknął znów. Wtedy go zobaczył.

Zakapturzony Mówca stał w pewnym oddaleniu, poza zarośniętym obszarem. Nie próbował się chować. Jego jasna opończa lśniła w ognistej łunie.

Orkowie z bojowymi okrzykami rzucili się w gęsty busz. Han nie pobiegł z nimi. Z drżącym od furii wrzaskiem cisnął oszczepem. Zaostrzone drzewce chybiło o włos, od jego pędu zafalowało zwiewne odzienie. Mówca drgnął. Pomimo bitewnej wrzawy wokół Er’kar znów usłyszał ten przeklęty stukot. Bez wahania przeskoczył przez ogień. Wyszarpnął zza pasa obsydianowy nóż i puścił się biegiem. Nie czuł nawet żaru, rozpierała go wściekłość, gdy szarżował, nie bacząc na cokolwiek. Istniał dla niego tylko ten zakapturzony człowiek oraz ściskane w dłoni ostrze.

Znów buchnęły płomienie. Choć oślepiony na sekundę blaskiem, stary ork nie zwolnił. Mówca rzucił się do ucieczki. Pogoń zaprowadziła ich aż na skraj oazy, z dala od bitwy. Człowiek był zaskakująco szybki, ale ork doganiał go. Miał swoją szansę i nie zamierzał jej zmarnować. W każdy ruch rozpędzonego ciała wkładał cały nagromadzony od tak dawna gniew.

Bardziej wyczuł w drżącej glebie, niż usłyszał tętent kopyt. Er’kar odruchowo padł na ziemię. Coś świsnęło mu nad głową a cielsko sporego wielbłąda minęło go o włos. Człowiek w płaszczu i powleczonym skórą hełmie już zawracał wierzchowca kilka metrów dalej, kręcąc kiścieniem. Kula na łańcuchu zamontowanym na drewnianej rękojeści nabierała pędu do następnego ciosu. Stary ork ścisnął długi nóż w dłoni. Wiedział, że ma tylko jedną szansę, i to nieznaczną. Jeździec ruszył. Ziemia zadrżała pod szarżującym wielbłądem. Er’kar uskoczył w ostatniej sekundzie, lecz nie dość daleko. Żelazna kula rąbnęła w tarczę, niemal rzucając go na ziemię. Wróg skręcił ciało i wziął kolejny zamach – to było ostatnie, co zobaczył ork.

5.

Ktoś szarpał go za ramię. Er’kar odwrócił się. Oczy Xuru były zaczerwienione i pełne strachu. Szedł dalej, nie zważając na jej protesty; ciągle powtarzała, że powinien zostać i odpoczywać, ale on czuł przymus, by iść. Opuścił namiot. Poraziło go ostre słońce, głowa zatętniła porażającym bólem. Jęknął. Wszystko dokoła spowijała mgła. Zauważył, że nogi oraz ręce ma wysmarowane jakąś breją.

– Nie ścieraj. – Usłyszał znów za sobą głos Xuru. – Maść ci pomoże. Jesteś cały poparzony.

Kroczył niepewnie, chwiał się. Ciało miał jak nieswoje. Wewnątrz czaszki jakby ktoś zawzięcie tłukł w bęben. Er’kar szedł przez osadę, nie zważając na to. Mijani mężczyźni dziwnie na niego patrzyli. Jeden zatrzymał się i coś mówił, lecz han zignorował go. Wreszcie dotarł tam, gdzie się kierował.

Pod namiotem Tnarga zobaczył zbiegowisko. Mężczyźni rozmawiali i kiwali ponuro głowami. Zamilkli raptownie na widok hana.

– Co…? – zaczął Er’kar. Ledwo mówił przez straszliwą suchość w ustach.

– Powinieneś odpoczywać – rzekł jeden z mężczyzn.

Był to Ruuga – ten, który stał tuż obok, gdy ruszali do ataku. Stary ork minął go.

W półmroku namiotu zwalisty Tnarg leżał na posłaniu z zamkniętymi oczyma. Z wielkiej piersi z wyraźnym trudem wydobywał się świszczący oddech. Prawe ramię zawinięte miał płótnem, przez które przesiąkał szkarłat. Er’kar klęknął przy nim, o mało nie przewracając się przy tym.

– Zatruta strzała – wyjaśnił stojący przy wejściu Ruuga. Potem zostawił ich samych.

Tnarg uchylił powieki.

– Przyjacielu… – rzekł nie głośniej od szeptu. Chwycił ramię Er’kara, a stary ork aż nie mógł uwierzyć, jak mało siły było w palcach tej sporej dłoni. – Nie daj im zwyciężyć… nawet gdybyś musiał…

Han poklepał go po ramieniu.

– Wiem. Nic nie mów, oszczędzaj siły

– Obiecaj mi – wyrzęził Tnarg.

– Obiecuję.

Nic więcej nie mówili. Obolały i wciąż oszołomiony Er’kar trzymał dłoń przyjaciela, a jej i tak już wątły uścisk słabł i słabł. Wreszcie ciche rzężenie ustało. Stary ork siedział w ciszy namiotu, którą naruszało jedynie brzęczenie much, a pulsujący ból w jego głowie mieszał się z przeraźliwą pustką. Ułożył ramię Tnarga wzdłuż ciała i padł przed nim w pokłonie. Bądź przeklęty, pożeraczu, panie much, władco ścierwojadów; zbierz swą ofiarę i odejdź – pomstował w myślach. – Oto za twą sprawą zostałem sam.

Gdy po dłuższej chwili wyszedł z namiotu, mężczyźni czekali na niego. Był tam Ruuga, byli i inni, którzy szli do oazy. Nieco dalej stał też Dekker. Z ramieniem unieruchomionym w płótnie, które zawieszone miał u szyi, nie spuszczał oczu z Er’kara.

Han popatrzył po zgromadzonych, mrużąc powieki w przeszywającym go bólem słonecznym blasku. Wymownie pokręcił głową. Nikt nie był zaskoczony – wszyscy spodziewali się tej wieści.

– Co zaszło? – zapytał. Milczeli.

– Mówcie!

Przemówił Ruuga.

– Wybiliśmy wszystkich. Oaza jest nasza.

Dlaczego więc tak się zachowują? – pomyślał Er’kar. Na głos zaś rzekł:

– Człowieka, którego goniłem, też?

Mówca był najważniejszy. Jeżeli i on poległ… ofiara nie poszła na marne.

Mężczyźni niepewnie zerkali po sobie. Tylko Dekker patrzył z kamienną twarzą. Wreszcie Ruuga odchrząknął.

– Gdyby nie pobiegł za tobą, nie uszedłbyś z życiem. W ostatniej chwili zabił jeźdźca oszczepem.

– Kto?

Er’karowi niespodziewanie odpowiedział Dekker.

– Najpierw mój brat, a teraz ojciec zginęli przez ciebie. Najlepsza krew plemienia wylana w piach, by ratować tchórza! – Młody ork splunął.

– Bacz, co mówisz! – warknął han, kładąc dłoń na rękojeści obsydianowego noża. Ruuga złapał go za ramię.

– Nie możesz go wyzwać, wiesz o tym. Nie gdy jest niezdrów. Ty sam zresztą ledwo stoisz.

– Nie jesteś godzien zwać się jego synem. Przyniosłeś mu jedynie wstyd – cedził dalej Er’kar. Puścił nóż i spojrzał na Ruugę. – Co z człowiekiem, którego goniłem?

Wojownik odwrócił wzrok, podobnie pozostali.

– Co z wami?! Był tam człowiek w białej opończy, z obliczem skrytym pod kapturem. Stał na piasku, nie ukrywał się jak pozostali. Przecież go widzieliście! Widzieliście, jak ruszyłem za nim!

W obliczu Ruugi zaszła nagła zmiana.

– Powiem ci, co widziałem. To była zasadzka. Czekali na nas, wiedząc, że w końcu przyjdziemy. Ale i tak nam nie sprostali. Nie oszczędziliśmy nikogo. Nikomu nie pozwoliliśmy uciec – zakończył z naciskiem.

Er’kar patrzył po twarzach stojących przed nim wojowników, niepewny, czy dobrze zrozumiał. Dekker rozwiał wszelkie jego wątpliwości.

– Nawet ludzkie kundle miały dość godności, by przynajmniej umrzeć honorowo. Miałem rację co do ciebie, Er’karze han. Jesteś szczurem, który boi się otwartej walki. Wczoraj sam dowiodłeś, że powiedziałem prawdę. Uciekłeś, zostawiając towarzyszy w zasadzce!

Zapadająca po tym krzyku cisza była bardzo wymowna. Han zacisnął pięści, usiłując stłumić narastającą wściekłość.

– Ten człowiek wzniecił ogień – powiedział powoli. – Był tam. Sucha ziemia na jego rozkaz stanęła w płomieniach. Cisnąłem w niego oszczepem, ale chybiłem. To ten sam zakapturzony człowiek, który prowadzi wojowników ludzi, odkąd zaczęli walczyć przeciw nam…

– Oliwa… – wtrącił Ruuga.

– Co?

– Wylali tam oliwę. Czułem jej zapach. Mówiłem wam o tym na chwilę przedtem, nim ją podpalili.

Niektórzy z mężczyzn przytaknęli.

Er’kar nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Nikt poza nim nie widział Mówcy, nikt nie przejrzał jego tajemnych sztuk. Wówczas pogoń za nim rzeczywiście musiała wyglądać, jakby han uciekał z pola walki – to właśnie mówiły spojrzenia Ruugi i pozostałych. Na ich oczach przywódca plemienia okrył się hańbą. Stary ork myślał z trudem, umysł zamglony miał bólem. Kiedy tylko uznają, że wrócił do sił, z pewnością ktoś rzuci wyzwanie. Nie zniosą przywództwa tchórza. Tym razem nie odpuszczą, będą próbować do skutku, aż któryś w końcu go położy. Może taki był właśnie plan Mówcy? Skoro Er’kar odrzucał jego składane w snach propozycje oraz nie chciał oddać władzy młodszym, należało zatem zhańbić go, żeby utracił zaufanie mężczyzn. Wtedy przewrót się powiedzie i nic już nie stanie na przeszkodzie, by ruszyli w góry, sięgnęli po żelazo, wykuli z niego ostrza i…

Nie daj im zwyciężyć… nawet gdybyś musiał… Obiecaj mi… – w myśli rozbrzmiały echa głosu Tnarga, ostatnie słowa, które składały na hanie cały ciężar brzemienia wiedzy.

– Odpocznij, Er’karze – poradził Ruuga. – Ten jeździec trafił cię w głowę i o mało nie położył trupem. Porozmawiamy, kiedy wrócisz do sił.

Wojownicy szybko rozeszli się – nie było nic więcej do powiedzenia. Tylko Dekker stał jeszcze przez moment, a błyszczący w jego oczach triumf palił Er’kara bardziej niż bezlitośnie gorące słońce.

6.

W namiocie Xuru snuła się jak cień. Wnętrze wypełniał wonny dym z paleniska, do którego zadumany Er’kar co jakiś czas dorzucał suszonych ziół. Idź precz, pożeraczu, to jeszcze nie czas, mówił w myślach. Chłód wieczoru nadciągał już niewidzialną falą.

Nocą sen nie przychodził. Skutecznie odpędzały go pękająca głowa i rwące boleśnie oparzenia. Stary ork rozmyślał, ułożony na posłaniu, słuchając w ciemności oddechu Xuru. Złożył obietnicę i dotrzyma jej, ale co będzie, gdy przyjdzie kres jego dni? W końcu będzie zmuszony powierzyć komuś sekret, tak jak dawno temu powierzono go jemu. Nowy han musi wiedzieć, bo inaczej znów pójdą drogą ku własnej zgubie, znów wyruszą na wojnę, której nie można wygrać; jeśli nic nie zrobi, historia powtórzy się. Er’kar już dostrzegał to, niemalże widział, jak w oczach Dekkera oraz jego zwolenników odbijają się łuny płonących chat i stosy trupów. Głupcy, widzieli tylko to przeklęte żelazo! Uznali je za wybawienie, nie wiedząc, że to za jego właśnie sprawą skazani zostali na tułaczkę po pustyni. Tylko my dwaj wiedzieliśmy, przyjacielu… A teraz odszedłeś. Pożeracz ucztuje na twym ciele.

Zapadał się coraz głębiej w mrok wspomnień i przemyśleń, aż niepostrzeżenie przeszły one w sen. Z ciemności, jak zwykle milcząc, wyłonił się Mówca. Tym razem jednak ich nocne spotkanie przebiegło inaczej. Byli na pustyni, sami, pod rozgwieżdżonym niebem. Od wielkiego księżyca bił blady blask. Er’kar rozpoznał to miejsce. Ostre skały wyrastały tam z ziemi na podobieństwo zębów jakiegoś ogromnego stworzenia. Teren obniżał się stopniowo, opadał rozległymi tarasami, aż wreszcie urywał się raptownie, przechodząc w ogromny kanion. W księżycowym świetle han nie dostrzegł rozciągającej się gdzieś w oddali otchłani, ale doskonale widział białą opończę z kapturem na szczycie jednego z owych „zębów”. Mówca siedział tam, wyglądając w mrok, a w głuchej ciszy śpiącej pustyni do uszu orka dobiegał tylko jeden ulotny dźwięk: cichutkie stuk-stuk maleńkich kości…

Er’kar przebudził się ze spiętym, gotowym do walki ciałem. Usiadł gwałtownie, przez co wnętrze czaszki natychmiast przeszyła mu błyskawica bólu. Masował czoło i próbował w myślach przekonać samego siebie, że to tylko sen, że nie ma tam niczego poza skałami i paskiem, że czyniąc to, jeszcze bardziej utwierdziłby buntowników w przekonaniu o swojej niezdolności do przewodzenia plemieniu… Ale w głębi serca już podjął decyzję. Musiał zaryzykować, bez względu na wszystko. Kolejnej okazji już nie będzie.

Po cichu wygramolił się z posłania, nie budząc Xuru. Dołożył do ognia, ubrał ciepły płaszcz ze skór, wzuł buty. Za pas zatknął nóż i opuścił namiot. Na zewnątrz natychmiast zaczęło kąsać go zimne powietrze. Oddech parował. Dokładnie jak we śnie księżyc rzucał jasne światło, a wtórowały mu w tym dziesiątki gwiazd na pozbawionym chmur niebie. Han ruszył szybko, miał sporo drogi do przebycia.

W dalszym ciągu ciało miał irytująco słabe. Stopy stawiał niepewnie, co jakiś czas gubił rytm kroków, oczy przymykał z bólu. Mimo to szedł. W ciszy nocy usłyszał go wartownik i natychmiast przybiegł. Er’kar nie mógł sobie przypomnieć, jak na imię miał ten młodzik z włócznią i pochodnią w rękach.

– Er’karze han? – rzekł zdumiony. Stary ork poklepał go po ramieniu i poszedł dalej.

Wkrótce zostawił za sobą osadę. Mleczna poświata oświetlała mu drogę. Na otwartej pustyni słyszał jedynie chrzęst ziemi pod butami oraz czasem jakieś odległe odgłosy nocnych zwierząt. Drżąc z zimna, nie wybiegając myślą dalej niż na kolejny krok, parł naprzód, napędzany ogniem, który płonął mu w sercu.

Księżyc przesunął się już znacznie na nieboskłonie, nim ork dotarł do celu. Gdy ostre wierzchołki skał zaczęły wyrastać przed nim, dobył noża i zaczął się skradać. Nie musiał szukać długo. Miejsce wyglądało dokładnie jak we śnie. Tak samo w bladym świetle lśniła biała opończa i kaptur. Er’kar obserwował siedzącego na szczycie „zęba” Mówcę, z całych sił ściskając rękojeść broni. Człowiek nie dostrzegł go – zwrócony był tyłem. Han czekał. To niebywałe, pomyślał, naprawdę jest tutaj sam. Okolicę spowijała cisza, nie zachrzęścił nawet kamyczek.

Pod osłoną skał ork zbliżył się. Zauważył, że człowiek drgnął. A może to tylko wiatr poruszył jego płaszczem? Er’kar zwolnił, nie chcąc, by wydał go jakiś przypadkowy dźwięk. W końcu stanął u podstawy skały. Wierzchołek majaczył w mroku jakieś cztery metry wyżej. Stąd nie było już widać Mówcy. Ale jest tam, pomyślał han, siedzi spokojnie, gdyż wie, że wezwany odpowie na zaproszenie.

Nasłuchiwał czujnie, lecz jedynym, co usłyszał, było jego własne łomoczące serce. Popatrzył po skale, ocenił odległość. Potarł zziębnięte dłonie. Chwycił ostrze zębami, wziął rozbieg i skoczył. W kilku susach dotarł na szczyt. Nim Mówca zdołał choćby ruszyć ręką, Er’kar dźgnął go nożem. Kamienne ostrze weszło gładko. Wyszarpnął broń, lecz nie zadał kolejnego ciosu. Przedziurawiona opończa sfrunęła ze skały, a ukryta pod nią konstrukcja z kamieni i gałęzi rozpadła się z cichym klekotem. Warcząc wściekle, zdumiony ork rozejrzał się, gotów odeprzeć atak, ale ten nie nadszedł; nikogo tam nie było, nikt nie czaił się w zasadzce. Er’kar stał zupełnie sam na skale, pośrodku pustkowia, wyprowadzony w pole jak ostatni głupiec. Z furią rozkopał butem patyki, na których ktoś zawiesił opończę.

– Czego chcesz?! – wykrzyknął w noc. – Mojej głowy? Oto jestem! Wyzwij mnie jak mężczyzna zamiast kryć się, bo póki dech w mej piersi, nie ulegnę! Możesz sobie mamić młodych i głupich, ale mnie – nigdy! Nigdy więcej nie będziemy służyć, pobici i zhańbieni! Nasz los jest tylko w naszych…

Urwał nagle. W blasku księżyca dostrzegł, że oprócz mającej imitować ludzką sylwetkę konstrukcji, pod opończą ukryto coś jeszcze. Er’kar patrzył na ów przedmiot jak zahipnotyzowany. A więc tak to wygląda, pomyślał. Nie zastawiono na niego zasadzki, a przynajmniej nie takiej, jakiej się spodziewał. Miał tu przyjść nie po to, by walczyć, lecz by właśnie to znaleźć. Wyciągnął rękę, a zaraz potem ją cofnął. Stał w nocnym ziąbie i ciszy, bijąc się z myślami.

7.

Rankiem, gdy słońce nabierało już mocy, by rozpocząć swój ognisty taniec po niebie, młody wartownik – ten sam, który nocą spotkał hana – krzyknął, widząc, że ktoś zbliża się do osady. Mężczyźni natychmiast przybiegli. Z oszczepami w dłoniach obserwowali odzianą w białą opończę postać.

– To Er’kar! – powiedział Ruuga.

– Co on ma na sobie? – zdumiał się któryś z wojowników.

Stary ork szedł powoli. Biała opończa z nasuniętym na czoło kapturem chroniła go przed słońcem. Mimo to czuł się ociężały i słaby. Spostrzegł, że czekają na niego. Milczeli, kiedy się zbliżył.

– A teraz widzicie? Czy dalej wasze oczy pozostają ślepe? – Rozłożył ramiona, prezentując się mężczyznom. – Nie miejcie obaw. Wszystkim już się zająłem.

– Gdzie byłeś, Er’karze han? – zapytał Ruuga. Podobnie jak inni przyglądał mu się z niepokojem.

– Wypełnić złożoną obietnicę.

Er’kar minął ich. Pragnął jedynie cienia i spokoju w swoim namiocie. Idąc, zauważył, że obecny w grupie mężczyzn młodzik o wygolonej głowie pobiegł gdzieś co prędzej. Wieść szybko się rozniosła, ponieważ przy namiocie hana czekał już Dekker w asyście trzech swoich stronników. Patrzyli na starego orka z zaciętymi twarzami.

– Złamałeś swój własny zakaz, Er’karze han! – zawołał donośnie Dekker. – Przyniosłeś ze sobą przedmiot, który należy do ludzi.

Chciał wywołać poruszenie i udało mu się. Przechodzący nieopodal mężczyźni i kobiety przerywali swe zajęcia, by posłuchać. Ich również zdumiało niespotykane odzienie Er’kara. Zaraz zrobi się zbiegowisko, pomyślał ów.

– Powinieneś być zadowolony. Czyż nie tego tak żarliwie się domagałeś? – odpowiedział.

Dekker zaśmiał się pogardliwie.

– Nikogo już nie obchodzą twoje słowa. Czasy włóczenia się po pustyni minęły. Ruszamy na wojnę.

– O tym ja zadecyduję. Zostałeś pokonany. Nigdy nie będziesz hanem.

– Nie będę – zgodził się Dekker. – I nie muszę nim być. Plemię dotychczas wierzyło w twoje kłamstwa, wierzyło w ciebie. Do wczoraj. Nikt do tej pory tak skutecznie nie podważył twojej władzy, jak uczyniłeś to ty sam.

Do przyglądającej się grupki dołączali kolejni. Tym razem nastroje wśród zebranych były inne niż przy pojedynku, zauważył stary ork, rozglądając się po nich. Choć nie popierali wprost buntowników, plemię jednak nie wyrażało też jasnego sprzeciwu. Jakże łatwo było ich pozyskać. Nawet nie przypuszczali, że jeden skryty w cieniu człowiek wodził ich za nos.

– Twoje troska o nasz lud jest godna pochwały, Dekkerze. Dorównujesz w niej swemu czcigodnemu ojcu – powiedział kpiąco Er’kar, bardziej zwracając się do stojących wokoło niż do rozmówcy. – Może zatem opowiesz nam, co powiedział ci na łożu śmierci? Jego ostatnie słowa godne są tego, byśmy usłyszeli je wszyscy.

Dekker zesztywniał nagle. Zdrową dłoń zacisnął w pięść, aż pobielały mu kostki.

– Ale ciebie przy nim nie było – ciągnął han, nie dając mu odpowiedzieć. – To ja trzymałem jego prawicę, kiedy oddawał ostatnie tchnienie. Ciebie zaś zajmowało wtenczas spiskowanie za moimi plecami. Nie sprostałeś mi w pojedynku, próbujesz zatem innym sposobem. Pogódź się z porażką, młodzieńcze, bo swym buntem bezcześcisz pamięć ojca i okazujesz pogardę naszym zwyczajom. To han przewodzi plemieniu. Nikt inny.

– Możesz przewodzić im, jeśli pozwolą, by prowadził ich tchórz! – Poczerwieniały na twarzy młody ork wskazał na słuchaczy. – My nie mamy hana!

Jego towarzysze z rozmachem uderzyli się w piersi.

– Zatem nie należycie już do naszego plemienia.

Z tłumu, który zrobił się już całkiem spory, dobiegły zaniepokojone pomruki. Er’kar wiedział, że ryzykuje, lecz nie mógł pozostawić zarzutów bez zdecydowanej odpowiedzi.

Na te słowa oblicze Dekkera zmieniło się.

– Wypędzasz nas?

– Sami to uczyniliście, wypowiadając posłuszeństwo.

Ta nagła zmiana zaniepokoiła starego orka. Gniew zniknął z twarzy buntownika bardzo szybko, a zastąpił go wyraz przebiegłości.

– Weźmiemy więc, co należy do nas, i odejdziemy – odrzekł.

Wraz z towarzyszami ruszył w kierunku zagród. Er’kar podążył za nimi razem z tłumem. Nie mógł pozbyć się myśli, że Dekker umyślnie tak pokierował rozmową. Wkrótce pochód minął ostatnie namioty na skraju osady i otworzył się przed nimi rzadki widok. Han przystanął raptownie. Z tłumu dobiegały pełne zdziwienia komentarze.

Zagrody były otwarte. Wyprowadzono już na zewnątrz sporo gotowych do drogi wielbłądów, a wokół nich krzątało się kilkudziesięciu młodych orków – wszyscy bez wyjątku z ogolonymi głowami, odziani i uzbrojeni do walki. Ale nie tylko oni. W przygotowaniach pomagało też kilku starszych mężczyzn, a nawet dwie kobiety. Patrząc na to wszystko, Er’kar zaciskał zęby. Myśli galopowały mu w głowie – która znów zapłonęła bólem – a prym wśród nich wiodła ta najbardziej ponura: jego wiele lat starań zawiodło. Dlaczego ci głupcy nie rozumieją?! – rozpaczliwie pytał sam siebie.

Pewny siebie Dekker stanął tymczasem przed tłumem, na tle przygotowań jednoznacznie wyglądających na wyprawę wojenną, i przemówił głośno.

– Skoro han zdecydował, że nie ma tu dla nas miejsca, pójdziemy swoją drogą. Niewielki obóz ludzi leży niecały dzień drogi stąd. Zdobędziemy go i przejmiemy ich broń. A potem wyruszymy w góry, by wydrzeć im sekret żelaza!

Młodzi wojownicy odpowiedzieli chórem bojowych okrzyków. Er’kar przyznał w duchu, że prezentowali się wspaniale: silni, nieustraszeni, gotowi do boju… i tak samo naiwni jak ich przodkowie. Patrzyli na niego wyzywająco, z nieskrywaną pogardą. Jeśli nic nie zrobi, zdobędą serca tłumu.

– I z czego tak się cieszycie?! – zagrzmiał, kiedy już umilkli. – Marzy wam się wojna? Wiedzcie, że ojciec tego głupca, za którym chcecie iść, oddał życie, by do niej nie doszło! Tnarg, najpotężniejszy z naszych wojowników, na łożu śmierci prosił mnie, abym ratował nas przed naszą własną żądzą krwi!

Dekker zbliżył się do niego.

– Mój ojciec umarł na darmo, przez zhańbionego…

Cios Er’kara przerwał mu. Zachwiał się, trafiony otwartą dłonią w czoło, a jego towarzysze natychmiast stanęli przy nim.

– Nie masz pojęcia, z czym Tnarg zmagał się przez większość życia, jaki ciężar niósł na barkach! – wrzasnął stary ork. – Obaj go nieśliśmy!

– Wyjaśnij to, Er’karze – przemówił ktoś nagle.

Han drgrnął, zaskoczony, i ujrzał wyłaniającego się z grupki buntowników Ruugę.

– Ty też?! – syknął. Ruuga patrzył na niego badawczo.

– Powiedz nam także, dlaczego nosisz ludzkie odzienie. Gdzie je zdobyłeś?

Er’kar sklął się w myślach; zrozumiał, że w zapamiętaniu powiedział za dużo. Przenikliwy Ruuga, choć daleki był od poznania prawdy, już od wczoraj musiał jednak coś podejrzewać – to właśnie mówiły jego bystre oczy.

– Chcesz mnie oceniać? Kto dał ci takie prawo?! – Er’kar rozejrzał się. Wszyscy słuchali go uważnie. – Opończa należała do człowieka, który od dawna nękał nasze plemię. Nie będzie już tego czynił. Nie sprostał mi. Nasze zmagania z ludźmi dobiegły końca.

– Słyszeliśmy już… – zaczął Dekker, lecz Ruuga natychmiast go uciszył.

– Dlaczego ukrywałeś to przed nami?

Pełna wyczekiwania cisza zawisła w gorącym powietrzu, a jej ciężar Er’kar odczuwał jako niemalże fizyczny. Westchnął, otarł spocone czoło. Nie udało nam się, stary przyjacielu, pomyślał. Nie wychowaliśmy sobie odpowiednich następców. Niech zatem dowiedzą się wszyscy. Jeśli nie posłuszeństwo, to może wiedza ich uratuje.

– Mnie i Tnarga wybrano, jako najsilniejszych, gdy pewnego dnia stało się jasne, iż któryś z nas zostanie hanem – zaczął mówić, a jego głos niósł się ponad głowami zgromadzonych. – Myślicie, że znacie historię naszego plemienia: dzieje waszych przodków, tradycję, dawne czyny. Tymczasem tylko my dwaj poznaliśmy prawdę i mieliśmy obowiązek dbać, aby nie poznał jej nikt poza tymi, których uznamy za godnych. Nasz los – nas, orków – nie zawsze wyglądał tak jak obecnie.

Powoli snuł opowieść. Zaczął od odległej przeszłości, kiedy to żaden ork nie postawił jeszcze stopy na pustyni. Wywodzili się bowiem z żyznych ziem na dalekim zachodzie. Ich ojczyzną były surowe góry, rozległe, zielone pastwiska oraz nieprzebyte lasy. Rozproszone plemiona zamieszkiwały też równiny, spokojnie żyjąc z pracy na roli i hodowli zwierząt. Z rzadka dochodziło do zatargów z sąsiadującymi ludźmi. Dopiero z czasem ich rosnące królestwo poczęło rozpychać się, coraz częściej poszukując nowych ziem. Orków uważano za krwiożerczych dzikusów, przepędzano ich z zamieszkiwanych terenów, a opornych wycinano mieczem. Pokojowy dotychczas lud musiał się bronić.

Ludzie ze swymi zbrojami i ostrzami mieli znaczną przewagę. Z łatwością pokonywali rozproszonych, gorzej uzbrojonych orków, którzy, zhańbieni porażką, musieli opuszczać swe ziemie. Nie wszyscy jednakże pragnęli tylko wojny. Go’ralv, han jednego z plemion, nawiązał kontakt z ludzkimi kupcami. Chętnie kupowali od niego drewno, skóry i rzadkie przyprawy. Z czasem, gdy zdobył ich zaufanie, zaoferował mężczyzn ze swego plemienia do pracy w kopalniach. Silni, niestrudzeni orkowie doskonale radzili sobie w ciężkich warunkach podziemnych sztolni.

– Ludzie są słabi i leniwi – mówił Er’kar. – Zaślepia ich blask złota. Szybko zaczęli powierzać nam zajęcia, których sami nie mieli ochoty wykonywać. Karczowaliśmy zatem dla nich lasy, polowaliśmy na zwierzynę, wypasaliśmy bydło, budowaliśmy im domy. W ten sposób Go’ralv wiele nauczył się od nich, a najważniejszym było to, jak wytwarzać z żelaza ostrza i pancerze.

Na te słowa z grona słuchaczy dobiegły pomruki niedowierzania. Nikt jednak nie przerywał i Er’kar mówił dalej.

Współpracując z ludźmi, Go’ralv jednocześnie prowadził intensywne rozmowy z hanami innych plemion. Wyprawiał się do najdalszych zakątków, by pozyskać zamieszkałych tam dla swojej sprawy – wiedział już bowiem, co uczyni. Wielu zgodziło się pójść za nim, skuszeni obietnicami, tych zaś, którzy nie chcieli, wyzywał i zwyciężał w pojedynkach – był wszak niezrównanym wojownikiem – zostając tym samym hanem ich plemion.

Działał szybko. Nim władcy ludzi zorientowali się w planach Go’ralva, zjednoczył pod swym sztandarem, uzbroił i wyszkolił potężną armię orków. Wkrótce na granicach ludzkiego królestwa stanęli w równych szeregach żądni odwetu za doznane upokorzenia wojownicy. Nie mieli litości. Spadli na wroga niczym pancerna pięść. Go’ralv okazał się równie zdolnym organizatorem co dowódcą w polu.

Po szeregu zwycięskich bitew odzyskał utracone wcześniej ziemie swego ludu. Osiągnąwszy cel, zawarł traktat z ludźmi. Han pragnął dalszej współpracy obu stron w pokoju, teraz już na zasadach równych partnerów. Życie orków, zjednoczonych pod jednym wodzem, zmieniło się jednakże. Poznali swoją siłę. Wielu było takich, którzy nie chcieli się zatrzymać. Coraz głośniej domagano się od hana, aby nie zaprzestawał walki; orkowa armia była tak silna, że nie tylko mogła odebrać co swoje, ale też podbić całe królestwo ludzi – przekonywali. Z początku Go’ralv bagatelizował te głosy, lecz żądza krwi i łupów szerzyła się wśród wojowników. Wówczas popełnił swój pierwszy błąd: nie okazał dostatecznej stanowczości – i wkrótce zrozumiał, że znalazł się w pułapce: jeśli nie wyruszy na wojnę z ludźmi, niektóre plemiona odwrócą się od niego; nowo powstałemu państwu orków groził rozpad, ponowne rozdrobnienie na niezależne plemiona.

Jego pobratymcy nie znali ludzkich zwyczajów, dyplomacja nic dla nich nie znaczyła. Tylko sam Go’ralv zaciskał zęby w bezsilnym gniewie i wstydzie, kiedy zdeptał swój honor i najechał ludzi pomimo zawartego porozumienia pokojowego.

Furia orków wyrwała się na wolność. Spustoszyli ziemie ludzi jak najgorsza plaga. Miasta spłynęły krwią, wsie stanęły w ogniu. Rabowano, co tylko się dało, gwałcono kobiety, wziętych w niewolę mężczyzn posyłano do niewolniczej pracy. Ludzkie królestwo straciło niemal połowę terytorium, a jego mieszkańcy masowo uciekali na wschód przed nadciągającą falą barbarzyńców.

Potęga ludzi została złamana. Go’ralv władał teraz olbrzymim obszarem. Orkowie chętnie porzucali swe namioty i setkami sprowadzali się do podbitych miast. Tam żyło się wygodnie, wszystkiego było w bród, a całą pracę wykonywali niewolnicy. Tak oto, skąpany we krwi, powstał hanat orków, rozciągający się od gór, aż po wschodni pas twierdz, za którym pokonani ludzie usiłowali ocalić resztki dawnej siły. Aby zarządzać tak rozległym terenem, han musiał podzielić się władzą. Dawni hanowie plemion oraz zasłużeni w bitwach wojowie dostali ziemię na własność. Kraj podzielono na prowincje. Wówczas han popełnił drugi, fatalny błąd.

Niektórzy z pomniejszych wodzów utyskiwali na otrzymane grunty. Każdy chciał mieć te najbliższe zdobytym miastom, stamtąd bowiem płynęły największe bogactwa. Spory o ziemię narastały. Go’ralv tracił mnóstwo czasu i energii na ich rozsądzanie, a gdy perswazja zawodziła, wytracał niepokornych. Tym sposobem wyhodował sobie wewnętrznych wrogów. Ci co bardziej odważni otwarcie rzucali mu wyzwanie, lecz żaden nie zdołał położyć go w pojedynku. Knuli zatem potajemnie.

Zawiązawszy cichy sojusz, kilkunastu panów prowincji przedstawiło hanowi propozycję: Aby zadośćuczynić roszczeniom, powinien ruszyć z armią na wschód i wydrzeć ludziom jeszcze więcej bogatych terenów. Wówczas każdemu mógłby nadać równie dobrą ziemię, co położyłoby kres waśniom. Tak oto Go’ralv ponownie został zmuszony do wojny. Zwołał więc wyprawę, która i tym razem szła jak burza. Przebili się przez pasmo fortec ludzi, lecz gdy przyszło do decydującej bitwy, która miała otworzyć im drogę na wschód, do zamożnych miast, nastający na Go’ralva spiskowcy wycofali swe oddziały, pozostawiając go na pastwę wroga. Han poniósł klęskę, poległo wielu spośród jego najlepszych wojowników, a on sam trafił do niewoli.

Panowie prowincji oświadczyli ludowi orków, że będą rządzić wspólnie do czasu uwolnienia hana bądź wyłonienia nowego. W cieniu zaś trwały walki o władzę. Skupieni na nich oraz pozbawieni taktycznych talentów Go’ralva, nie potrafili zadać ludziom decydującego ciosu. Szybko okazało się, że każdy z wodzów ma własne plany i coraz mniej chętnie brali oni udział w przeciągającym się konflikcie. Siła bojowa orków znacznie osłabła, co było szansą dla ludzi. Ich kontratak nie tylko wyparł najeźdźców ze wschodnich ziem, ale też ruszał coraz śmielej, by odzyskać królestwo.

Hanat chwiał się w posadach, rozdzierany od wewnątrz przez krótkowzrocznych chciwców oraz atakowany przez dyszących żądzą zemsty ludzi. Wkrótce plemiona zapomniały o zjednoczeniu i każde dbało tylko o siebie. Wskutek braku zdecydowanego dowództwa prowincje jedna po drugiej padały łupem ludzi. Ich odwet był straszliwy. Zamieszkałych na odzyskanych ziemiach orków masowo mordowano bądź kierowano do obozów pracy: kopalni, kamieniołomów, wyrębu lasu, uprawy roli. Ludzcy władcy postanowili raz na zawsze rozwiązać sprawę, aby nigdy więcej żaden ork nie ośmielił się podnieść na nich ręki.

– My wszyscy tutaj – Er’kar szerokim gestem wskazał zgromadzonych – wcale nie wywodzimy się z wojowniczych tradycji. Nasi przodkowie byli niewolnikami, a utracili wolność przez swoje nieopisane warcholstwo, chciwość i żądzę krwi!

Opowieść wyraźnie wstrząsnęła słuchaczami. Stary ork przyglądał im się, jak zerkają po sobie i szepczą z niepokojem. Nawet Dekker zbladł. Tylko Ruuga stał spokojnie, z kamienną twarzą słuchając hana.

– W jednej z leżących w górach prowincji do kopalni wysyłano wszystkich zdolnych do pracy orków, kobiety i mężczyzn, nawet młokosów – ciągnął Er’kar. Wskazał na stojącego w tłumie chudego, niewysokiego chłopca. – Podobnym do niego młodzikiem był mój dziad Ghor’qar, gdy pewnego dnia wraz z kilkudziesięcioma innymi uciekł z obozu, w którym więzili go ludzie. Ścigani przez straż, ruszyli w góry. Znali dobrze tamte tereny, dużo lepiej od swych prześladowców, więc w końcu umknęli pogoni. Było ich niemal pięćdziesięcioro, w tym ledwie kilku dojrzałych mężczyzn. Wiedzieli, że hanat legł w gruzach, a na jego ziemiach czekała ich niewola bądź śmierć. Przeszli zatem góry, a potem udali się w jedyne miejsce, gdzie, jak sądzili, ludzka zemsta ich nie dosięgnie – na pustynię.

Rzekłszy to wszystko, Er’kar poczuł spadający z ramion ciężar. Odetchnął pełną piersią.

– Oto dlaczego ja i poprzedni hanowie zakazywaliśmy wam poznania żelaza. Już raz prawie nas zniszczyło… ale ujawniło też prawdę, kim jesteśmy. Daliśmy się uwieść wojnie, pozwoliliśmy, by opanowała nas chciwość. To nie ludzie nas pokonali – sami siebie doprowadziliśmy do upadku. Nie jesteśmy gotowi sięgnąć po żelazo, i być może nigdy nie będziemy. A teraz odłóżcie broń i wracajcie do namiotów zamiast powielać stare błędy!

Bojowe uniesienie wyraźnie opadło wśród buntowników. Wygolone głowy kręciły się z wahaniem.

– Dlaczego dopiero teraz powiedziałeś nam o tym, Er’karze han? Nie ufałeś mądrości własnego ludu?

Słowa Ruugi wzburzyły krew w żyłach hana. Stary ork opanował się, lecz z trudem mógł patrzeć spokojnie na to beznamiętne oblicze.

– Go’ralv raz już jej zaufał i doprowadził tym hanat do upadku, siebie samego zaś – do hańby.

– Ten Go’ralv był głupcem! – wrzasnął nagle Dekker. – W jednym tylko miałeś rację: to dzięki żelazu poznaliśmy siebie. Niechże każdy z was wejrzy teraz w swoje wnętrze! Co tam jest? Kim jesteście?! – gestykulując zdrową ręką, zwracał się do swoich stronników. – Pastuchami? Rolnikami? Szczurami błąkającymi się wśród skał pustyni? Nie! Jesteśmy i zawsze byliśmy wojownikami! Czyż wojna nie jest tym, do czego skrycie tęsknią wasze serca? Czy na myśl o niej nie płonie w was ogień? Przeszłość nie ma znaczenia! Liczy się tylko to co przed nami, nasz los spoczywa wyłącznie w naszych rękach! My sami go sobie tworzymy! I powiadam wam: Gdy przyjdzie czas, nasze ręce nie zawahają się pewnie chwycić żelaznych ostrzy!

Chór gromkich okrzyków wybuchnął nagle. Rozpalone twarze krzyczały, zaciśnięte pięści wznosiły się w powietrze. Młodzi znów stanęli murem za Dekkerem.

– Naprzód!

Na jego wezwanie ruszyli do zagród. On zaś stał pewnie, patrząc wprost na hana. Wówczas jeden z mężczyzn opuścił zgromadzenie gapiów i poszedł za buntownikami. Potem kolejny. I jeszcze dwóch. Na twarz Dekkera wypłynął szyderczy uśmiech.

Dygocząc z wściekłości, Er’kar sięgnął pod opończę. Zawołał donośnie, lecz nikt już go nie słuchał.

– Wypędziłeś nas – przypomniał mu Ruuga.

– To moje plemię… mój lud…

– Nie masz już nad nami władzy.

Stary ork zacisnął zęby.

Nagle powietrze przeszył dziwny dźwięk. Wojownicy zatrzymali się wpół kroku. Zdumieni kręcili głowami w poszukiwaniu jego źródła. Dekker także rozglądał się z niepokojem. Stukot narastał. Z początku cichy klekot – jakby kamyków – przybierał na sile, aż przeszedł w słyszane przez wszystkich dudnienie.

– To mój lud… – cedził dalej Er’kar. – i ja, tylko ja JESTEM JEGO HANEM!

Wyciągnął rękę spod opończy.

Wybuch płomieni zmieszał się z wrzaskiem przerażonego tłumu. Han uniósł dłoń. Ogień tańczył wokół niego, wił się, zniekształcał jego postać potwornym żarem, lecz nie czynił mu krzywdy. Ci, którzy stali blisko, dojrzeli, co ork ściskał między palcami. Później mieli opowiadać o drobnych kościach, przywodzących na myśl truchło jakiegoś małego stworzenia.

Trzask ognia – który szalał dookoła jakby w gniewie – zagłuszył treść, lecz słyszeli, jak han coś mówił. Wyrzucał z siebie potok dziwnych, szeleszczących słów, a jego oczy, które też zdawały się płonąć, patrzyły w jeden punkt, poprzez ogień.

Er’kar przez cały ten czas stał spokojnie, jakby nie pomny, co się działo. Płomienie opadły nieco, zwinęły się u stóp orka w wąskie pasma. A potem nagle – znów wywołując krzyki wśród tłumu – wystrzeliły naprzód, na podobieństwo węży sunąc po suchym gruncie. Dekker nie zdążył nawet zrobić kroku. Ogień w jednej chwili ogarnął go całego. Próbował zdusić go zdrowym ramieniem, miotał się szaleńczo, niczym żywa pochodnia, a zgromadzeni mężczyźni cofali się przed nim w niemej grozie. Płomień pożerał go zawzięcie, ucztował na jego ciele jak wygłodniały drapieżnik. Wrzask po złamaniu ręki był niczym przy wyciu, które młody ork z siebie wydał. Wreszcie padł na ziemię, dygocząc spazmatycznie. Niedługo później ogień samoistnie wygasł równie nagle jak się pojawił, pozostawiwszy po sobie poskręcane, zwęglone szczątki w niczym nie przypominające już ciała. Er’kar stanął nad nimi. Popatrzył na wykrzywione przerażeniem twarze.

– Dlaczego trzymacie wielbłądy na zewnątrz? – zapytał młodych z ogolonymi głowami. – Nigdzie dziś nie wyruszą. Wprowadźcie je do zagród.

Kiedy na drżących nogach szli spełnić polecenie, rzucił jeszcze za nimi:

– I nie ważcie się kiedykolwiek zapomnieć, kto jest waszym hanem; jeden jest tylko, a poza nim nie ma innego!

Spojrzał na sczerniałego trupa.

– Na zawsze… Dopóki pożeracz nie przyjdzie po mnie i kości moich nie odda pustyni.

A potem zdeptał butem szczątki. Miażdżył metodycznie, a zwęglone resztki ciała Dekkera kruszyły się z chrzęstem, jak zeschłe gałęzie, i rozsypywały na popiół. Słaby, gorący wiatr natychmiast wziął prochy we władanie, niosąc gdzieś w sobie tylko znanym kierunku.

7 myśli na temat “Fantasmagoria #34 – „Przewrót”

  1. Gabrielu,

    jak zwykle dobrze napisane, obrazowo bardzo, z ładnymi nieprzesadzonymi opisami. Bardzo dobra scena walki. W zasadzie co do niej nie mam uwag.
    Jednak, jak wiesz, to nie mój klimat, fantasy. Wszak doceniam dobrze napisany tekst.

    W rękach trzymał miecz, lecz nie by zadać cios. — …lecz nie po to, by zadać cios.

    a wraz z nim niewątpliwe ten, kto dzierżył je w dłoni. — literówka

    Rozproszone plemiona zamieszkiwały też równiny, spokojne żyjąc z pracy na roli i hodowli zwierząt. — literówka

    Han pragnął dalszej współpracy obu stron w pokoju, teraz już jako równorzędni partnerzy. — … jako równych partnerów — chyba ???

    Podobało mi się.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziękuję za poprawki, Antoni.

      Jakoś tak mam, że lubię pisać sceny walk. Takie mam „skrzywienie”, w związku ze swoim hobby, i także zwracam dużą uwagę na takie sceny w czytanych tekstach.

      A gdybyś mógł tak w kilku słowach opisać, o czym Twoim zdaniem jest ten tekst? Będę wdzięczny, bo nie mam pewności, czy dostatecznie wybrzmiało to, co chciałem uczynić esencją.

      Pozdrawiam również.

      Polubienie

      1. Można by zinterpretować to tak: nie ma co się mierzyć z czymś ponad siły, bo to tylko przynosi dramat. W sensie emocjonalnym. Co wg mnie podkreśla ostatnia scena, gdy cały tekst jest walka o żelazo, a nagle han ma ogień palący innych jak w grze komputerowej. Ludzie, jako silniejsi, są tu dla mnie metaforą tego, co możemy zdobyć, pokonując innych, zdobywając władzę. Prędzej czy później to obróci się przeciw nam i stracimy to, co zyskaliśmy. A osoba Er’kar’a to chłodny umysł na tle gorących emocji.
        Choć ta interpretacja wydaje mi sie ciut na wyrost. 😉 hihihi
        Między Bogiem a prawdą, powiedziałbym, że to tekst o tym, że „rządy mocnej ręki” to jedyne wyjście, aby świat nie popadł w ruinę.
        A czemu orkowie kontra ludzie? jak to śpiewał Bukartyk: to, co wielkie z daleka, zwykle śmieszy z bliska.

        Pozdrawiam.

        Polubione przez 1 osoba

    2. Czyli częściowo mi się udało. Bo rzeczywiście wątek władzy, jej zdobywania i upadku był istotny. Ale bardziej chciałem ukazać tytułowy przewrót dokonujący się we wnętrzu Er’kara za sprawą działań Mówcy. Chyba jednak za słabo to zaakcentowałem.

      Dzięki z analizę, Antoni 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s