Fantasmagoria #33 – „Skok”

Gabriel Dobosz – „Skok”

– Przygotuj się, Ruhf. – syknął przez zęby Graam.

Ruhf widział, jak jego cienkie palce zaciskają się kurczowo na kamieniu.

Czekali skuleni na samej krawędzi skały. Tuż przed nimi otwierał się ciemny bezmiar przepaści; Ruhf czuł na twarzy podmuch hulającego wiatru.

Trwali nieruchomo. Obok nich kucała Hrava. Kościstymi ramionami obejmowała wypukły brzuch. Już niedługo, pomyślał Ruhf, wkrótce przyjdzie czas.

Nasłuchiwał czujnie. Trzepot skrzydeł raz zbliżał się, raz oddalał. Ochrypłe krakanie raz słyszał tuż nad głową, a raz gdzieś daleko.

– Przygotuj się – powtórzył szeptem Graam.

Był bardziej napięty niż zwykle, zauważył Ruhf, pewnie też wiedział, że czas się zbliża. Odruchowo spojrzał na następną oddzieloną od nich kilkoma metrami otchłani skałę. Tam również jakaś postać, z pewnością kobieta, trwała w bezruchu. Podobnie jak oni siedziała na płaskim wierzchołku o średnicy około dziesięciu kroków. Dokoła jak okiem sięgnąć nie było nic poza nieregularnie wyrastającymi owymi wąskimi skalnymi słupami, których podstawy ginęły w mglistych ciemnościach przepaści. Pod zasnutym ciemno-żółtymi chmurami niebem byli tylko oni, świszczący wśród kamieni wiatr i krakanie, które znów zdawało się przybliżać.

– Lecą tu.

Jakby na potwierdzenie słów Graama Ruhf usłyszał za plecami trzepot skrzydeł. Maleńkie szpony zachrzęściły na kamieniu, dzioby zastukały, daremnie szukając pożywienia.

– Teraz!

Pokryte burą szczeciną nogi Graama sprężyły się do skoku, wychudłe ramię wzięło zamach. Ruhf również się poderwał. Rzucili równocześnie. Jego kamień poleciał bezbłędnie i zmiażdżył czaszkę ptaka. Graam też trafił, lecz niedokładnie; niedoszła ofiara usiłowała umknąć z jednym złamanym skrzydłem. Ruhf dopadł ptaka i nim ten w bezmyślnym odruchu stoczył się w przepaść, skręcił mu kark.

Hrava milcząc, poczęła wyskubywać liche pióra. Potem zabrali się do jedzenia.

– Jedz, Ruhf – Graam podał mu surowe mięso – jedz, musisz mieć siły.

Ruhf wiedział doskonale, co to oznaczało, lecz nie potrafił odmówić. Głód był silniejszy. Hrava też jadła i tylko Graam patrzył gdzieś w dal, na ciężkie, skłębione chmury, które dusiły swą żółcią bijące zza nich światło. Tak, to już niedługo, uznał Ruhf, patrząc na wielki brzuch Hravy. Po posiłku położyła się, jęcząc cicho, a może mówiąc coś do siebie. Gdy zapadła w sen, rzekł:

– Nie zrobię tego.

Oczy Graama, o kolorze jeszcze bardziej zgniłym niż niebo, spod skudlonych, siwiejących włosów spojrzały na niego zmęczone i puste.

– Musisz. Wkrótce będzie tu dla nas zbyt mało miejsca. – Popatrzył wymownie na śpiącą, a potem na niewielką powierzchnię płaskowyżu.

– Wystarczy.

– Nie. Ptaki nie przylecą. Będą się bały.

Ruhf nie wiedział, co na to odrzec. Spuścił głowę, byle tylko nie patrzeć w ciemną pustkę i na skałę po jej drugiej stronie.

– Ja również kiedyś to zrobiłem – powiedział Graam. – Też bałem się spróbować. Będzie tylko jedna szansa… Dlatego musisz jeść, Ruhf, jeść i odpoczywać. Zachowaj wszystkie siły na ten moment.

Ruhf nie wytrzymał i podniósł wzrok. Bezimienna kobieta też patrzyła na niego z oddali, bezpieczna poza rozciągającym się wokół bezmiarem pustki.

– Widzisz? Czeka na ciebie.

– I po co to?

– Tak trzeba, Ruhf. – Szorstka dłoń Graama poklepała go po ramieniu. – Każdy musi przez to przejść. Teraz odpocznij. Śpij, nabierz sił.

Ruhf położył się obok Hravy. Przytulony do jej pleców dotknął twardej wypukłości brzucha. Niedługo, ale jeszcze nie teraz, pomyślał, to jeszcze nie ta chwila. Potem z lubością poddał się senności.

We śnie kolejny raz stawał na krawędzi skały i odkrywał ze zdumieniem, że przepaści wcale wokół nich nie ma. To tylko mgła dawała złudzenie, a tuż pod nią była ziemia, twardy, pewny grunt, ledwie dwie długości jego ciała poniżej. Żadnej otchłani! Ruhf prostował długo garbione plecy, rozrzucał swobodnie ramiona, wykrzykiwał coś do chmur, a one rozstępowały się, przepuszczały światło, pozwalały wreszcie, by ciepłe promienie…

– Obudź się, Ruhf. Już czas.

Drżąc, otworzył oczy.

– Jeszcze nie teraz.

– Hrava śpi. Nie budź jej. Chodź, chodź, Ruhf, nadszedł ten moment.

Graam pomógł mu wstać. Mamrocząc bezustannie, że tu już, że już czas, popychał go delikatnie w stronę krawędzi.

– Stań tu. Musisz się rozpędzić – całą siłą, mocno nogami. Wszystkie siły teraz, Ruhf, rozumiesz? W tę jedną chwilę musisz włożyć wszystkie, inaczej się nie uda.

– A jak tobie się udało?

Tym razem siwawe kudły spowijały oblicze Graama i nie można było dostrzec jego oczu.

– Myślałem o drugim brzegu. Tylko o nim. Nie o przepaści. – Klepnął Ruhfa w plecy, mocno i zdecydowanie, a potem odsunął się.

Ruhf też o niej nie myślał. Spojrzał na kobietę, której imienia jeszcze nie znał. Stała na brzegu, po swojej stronie. Tak blisko, a tak daleko. Ona również wiedziała, że już pora. Zamknął oczy. Skupił myśli na twardej ziemi, która tam go oczekiwała.

Nabrał powietrza. Krzyknął na cały głos, rzucając się do biegu. Skała zawirowała szalonym tańcem pod nogami. Odliczał: jeszcze trzy… dwa… JUŻ!

Ruhf skoczył.

*

Siedzieli w kucki, skuleni i nieruchomi, na samej krawędzi skały. Ruhf kurczowo ściskał w spoconej dłoni kamień. Z zamkniętymi oczami słuchał wciąż jeszcze odległego krakania.

– Przygotuj się, Dagrha – wyszeptał z napięciem do towarzyszki. – Bądź gotowa na mój znak. Powiem ci, kiedy nadlecą. Trzymaj mocno kamień i czekaj, Dagrha…

2 myśli na temat “Fantasmagoria #33 – „Skok”

  1. Rozumiem, że mam tu nic poza zwyczajną treścią nie rozumieć? Bo dla mnie to tekst fantasy, bez metafor. Ale ja zawsze miewałem problemy z metaforami.
    Ogólnie to jest tu klimat i jest „podawanie dalej”. Choć w tej chwili pomyślałem, że to metafora niesprecyzowana, taka, do której pasuje bardzo wiele rzeczy. Skok, który czyni mistrzem, a mistrz ma ucznia.
    Podobało mi się. I na gorąco zrozumiałem coś więcej w trakcie pisania komentarza.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Tak, rzeczywiście ten tekst ma charakter metaforyczny. Podoba mi się Twoja interpretacja, Antoni, choć ja tytułowy skok widzę jako wyruszenie młodego w nowe życie, podanie pałeczki w sztafecie pokoleń. Historia przyszła mi do głowy, kiedy rozmyślałem nad obrazem Zbigniewa Beksińskiego:

      W ogóle jego twórczość jest dla mnie niesamowicie inspirująca.

      Dzięki za komentarz i pozdrawiam.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s