Przygody Mariusza K. (20)

Miasto spało już głęboko, spowite nocą jak ciemnym kocem. Spała też Klaudyna, zwinąwszy pod kołdrą drobne ciało do pozycji embrionalnej. Spał nawet ukryty gdzieś w podziemnym, strasznym gmachu oficer, który to, rozwalony na fotelu, z otwartymi ustami i głośnym chrapaniem hańbił noszony mundur oraz zaniedbywał, równie haniebnie, swój obowiązek, jakim była obserwacja wspólnego mieszkania K. i J. za pośrednictwem lekkomyślnie odsłoniętego oka kamerki w tylko pozornie wyłączonym laptopie. Przez owo zdradzieckie elektroniczne oko zobaczyłby, gdyby nie spał, jak skąpany w upiornej poświacie – jedynym źródle światła w ciemnym pokoju – Mariusz K. siedzi wyprostowany na łóżku obok śpiącej Klaudyny, słuchając w napięciu głosu mówiącego do niego człowieka.

Ów wsparty na pulpicie starszy człowiek przemawiał z telewizora, pochyliwszy się ku K. ze złączonymi w piramidę palcami obu dłoni. Spoglądał przy tym zza zsuniętych nisko na nosie okularów świdrującymi oczami, a palczasta piramida kiwała się w rytm prowadzonego wykładu.

– Automatyzacja pracy – rzekł z namaszczeniem człowiek. Akcentując tak starannie, że nawet profesor Bralczyk zachwyciłby się, wbijał kolejne frazy, niczym przecinak, prosto w nieuzbrojony mózg Mariusza. – Alienacja. Anomia. Polaryzacja poglądów. Innowacyjność. Konsensualizm. Odnawialne źródła energii. Dekoncentracja mediów. Kreatywność. Utylitaryzm. Recykling. Zmiana stosunków własnościowych. Permisywizm. Technokracja. Transparentność. Antyegalitaryzm.

U początkowo flegmatycznego mężczyzny z każdym kolejnym wyprowadzanym ciosem słownym narastała ekscytacja. Ściany piramidy rozpadły się, by zwinięte nagle w pięści, rąbnęły w stół.

– Depopulacja! Pieniądz fiducjarny! Broń mikrofalowa! – grzmiał coraz bardziej zawzięcie, napierając na ekran od swojej strony, a wstrząśnięte okulary nieomal runęły na blat z rozsierdzonego oblicza. – Atomizacja społeczna! Poliamoria! Deindywiduacja! Szkoły demokratyczne!

Mariusz aż cofnął się na łóżku. Mózg dygotał od tej nawały, lecz uwięziony w kościanym lochu czaszki, nie miał dokąd uciec. Pozostało zatem tylko jedno. Drżąc, K. sięgnął po pilota. Już prawie ujął swe wybawienie, gdy nagle na osłoniętym rękawem pidżamy przedramieniu zacisnęła się pokryta wątrobowymi plamami dłoń. Mariusz wydał z siebie zduszony pisk. W panice wyciągnął wolną rękę ku śpiącej Klaudynie, lecz wtedy, nim zdołał wezwać pomoc, starcze ramię z niespotykaną siłą poczęło ciągnąć go ku jaśniejącemu w mroku pokoju ekranowi. Krzyk uwiązł w gardle K. na widok owego ramienia, które, rozciągnięte na ponad dwa metry jak macka, tajemnym sposobem dosięgło go ze świata po drugiej stronie telewizora. Pochwycony Mariusz nieubłaganie zsuwał się z łóżka. Zamachał ręką w daremnej próbie złapania równowagi, spadł na dywan, a tam, wleczony wciąż srodze i nieubłaganie ku nieznanemu przeznaczeniu, desperacko macał w ciemności, szukając czegoś, czego mógłby się chwycić. Stabilnego punktu zaczepienia nie znalazł, a jego palce, jak na przysłowiowej brzytwie, zacisnęły się na jedynym z leżących przy łóżku pluszowych kapci Klaudyny. Z bełkotliwym okrzykiem K. cisnął nim w odbiornik, lecz ów atak za pomocą puchatej lwiej mordki zrobił na prześladowcy równie wielkie wrażenie co cięcie husarskiej szabli na pancerzu czołgu. Wciągając dalej swą ofiarę, człowiek z telewizora krzyczał coraz głośniej.

– Transhumanizm! Nierówności dochodowe! Obniżka stóp procentowych! Prawa reprodukcyjne!

Brama do telewizyjnego świata otworzyła się i Mariusz – odziany w szarą pidżamę w białe paski i pomarańczowe misie, którą to otrzymał w imieninowym prezencie od Klaudyny – runął w porażającą światłość białych lamp.

Siedział pod ich ostrym światłem w ogromnej sali wykładowej, mrużąc nieprzywykłe oczy. Teleskopowa ręka starszego człowieka za pulpitem – wróciła do normalnych rozmiarów, a on, jak gdyby nigdy nic, kontynuował wykład. Rozglądający się w osłupieniu K. nie słuchał jednak. Oto bowiem zauważył, że w niewielkim stopniu wypełniający salę słuchacze, płci obojga, byli nadzy. A właściwie nie całkiem, poprawił się w myślach, ponieważ ich strefy intymne przesłaniały różnokolorowe skrawki materiału o rozmiarach na tyle niewielkich, że trudno nawet byłoby się w nie wysmarkać. Zażenowany K. odwrócił wzrok. Wtedy to, ku rosnącemu przerażeniu, dostrzegł, jak każdy z słuchaczy po kolei wstaje z miejsca i pod czujnym okiem wykładowcy wygłasza kilka słów. Siedzący nieopodal mężczyzna podniósł się (Mariusz ze wszystkich sił próbował przy tym nie patrzeć na dyndający kształt spowity pstrokatą tkaniną), po czym rzekł głośno:

– Restrukturyzacja zatrudnienia. Autolustracja. Ksenofobia. Społeczna gospodarka rynkowa.

Sądząc po minie, wypowiedź ta nie usatysfakcjonowała wykładowcy; skrzywił się i machnął ręką. Odpytany delikwent usiadł, a potem uwaga starego, jak i całej sali, skupiła się na osobie Mariusza K. Po sali przebiegł szmer.

– Co on ma na sobie? – szepnął ktoś z niepokojem.

– Och, to chyba jest bawełniane… Faszysta! – syknął damski głos.

Wszyscy czekali w napięciu, świdrując Mariusza wzrokiem. Człowiek za pulpitem chrząknął przynaglająco. K. wstał chwiejnie.

– Eee… sa-samorealizacja? – bąknął po chwili namysłu. Głucha cisza była mu odpowiedzią. Potarł spocone dłonie. Spanikowany mózg pracował na najwyższych obrotach.

– Magistrala szeregowa – spróbował znów. Tym razem dostrzegł jakby błysk zaciekawienia w srogich oczach wykładowcy. Zachęcony, Mariusz postanowił pójść za ciosem.

– Fotosynteza. Skamandryci.

Kątem oka zobaczył, jak jakaś pulchna kobieta pokiwała głową z uznaniem (Nie patrz, jak dyndają, nie patrz! – ostrzegł ośrodek samokontroli w mózgu).

– Kryptowaluty! Deprawacja sensoryczna! Krzywa Laffera! Hikikomori! Krajowy Ośrodek Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym!

Uniesienie skandującego K. udzieliło się całej sali. Ludzie wstawali z miejsc, nagradzali go brawami. Wykładowca skłonił się z szacunkiem. Wreszcie ktoś docenił, pomyślał pokraśniały na twarzy Mariusz, w dodatku nie byle kto – ludzie wykształceni, inteligencja! Zawsze podświadomie czuł w sobie uśpiony potencjał i tylko ów zacofany, skostniały świat w swej poznawczej ciasnocie tłamsił jego samorozwój. Ale my ruszymy z posad tę siermiężną bryłę! – odgrażał się w zaciszu swych snów o potędze.

Wykład dobiegł końca. Ludzie w pośpiechu zaczęli opuszczać salę. Nie chcąc oglądać z bliska gołych pośladków, K. poczekał, aż zbiorowisko przy wyjściu nieco się rozejdzie, po czym i on ruszył, bo po cóż miałby tam siedzieć sam. Tuż za drzwiami jednakże, nim zdołał choćby się rozejrzeć po tym zagadkowym miejscu, natychmiast dopadła go, najwyraźniej czekająca w zasadzce, owa kobieta z nadwagą, której tak spodobała się jego przemowa. Trzymała w ręku notatki z zajęć – kilka kartek A4, które zakrywały większą powierzchnię tłustego ciała niż nieszczęsne materiałowe ścinki.

– Wspaniale to powiedziałeś! – zachwycała się. – Jaki świeży powiew nowych idei wprowadziłeś do naszej akademickiej wspólnoty! Jesteś nowy? Nie widziałam cię wcześniej. Na imię mi Agniesia.

K. uśmiechnął się głupawo – co robił zazwyczaj, niespodziewanie zagadnięty przez obcą osobę.

– Mariusz. – Wyciągnął rękę na powitanie.

– Och, jaki szybki, od razu do rzeczy! – zagruchała kobieta, aż zatrząsł się jej drugi podbródek. – Pewnie, nie ma na co czekać!

Zamiast uścisnąć mu dłoń, wepchnęła do niej swoje papiery. Mrugający w zdumieniu Mariusz odkrył, że wcale nie były to notatki z wykładu.

– Jak ci mówić: Mariuszek czy Mariusio? – dopytywała gruba. – Lepiej chodźmy szybko. Muszę dotrzeć na manifestację za trzydzieści minut. Chyba zdążymy, co? – Zachichotała, spuściwszy skromnie wzrok, co nie za bardzo współgrało z ubiorem, czy raczej jego brakiem. – Bardzo chciałabym tam być. Kiedyś w ogóle nie interesowałam się polityką.

– A teraz? – Mariusz uchwycił się tematu równie skwapliwie co wcześniej kapcia Klaudyny; próbował jakoś uciec od tego, co trzymał w ręku.

– Teraz też się nie interesuję. Ale mówili, że trzeba iść. – Zatarła dłonie z serdelkowatymi palcami. – No, dalej, podpisz, nie ma czasu. Porozmawiamy innym razem.

Próba ucieczki spełzła na niczym. Wbrew cichej nadziei żadna sprzyjająca okoliczność nie przyszła na ratunek w ciągu kilku sekund zyskanego czasu, zatem Mariusz stanął twarzą w twarz z wręczonymi świstkami, a ich zapisany wytłuszczonym drukiem nagłówek głosił: Umowa o nieodpłatny stosunek seksualny konwencjonalny oraz inne czynności seksualne w rozumieniu Ustawy Prawo Reprodukcyjne i Seksualne z dn. 1.04.2120 roku.

Jeszcze bardziej szokująca niż sam tytuł dla K. okazała się data, a właściwie jedna cyfra w niej. Gotów był litościwie uznać ową jedynkę za błąd drukarski, gdyby nie to, że chwilę wcześniej został do tego miejsca wciągnięty wbrew swej woli poprzez własny telewizor i nie bardzo rozumiał, gdzie (kiedy?!) się znajduje. Dumny z otwartości swego umysłu, postanowił jednak, po ćwierćsekundowym namyśle, przyjąć stoicką postawę wobec pułapek losu i zachować się, mimo wszystko, przyzwoicie wobec kobiety.

– Droga Agniesiu, naprawdę pochlebia mi, że… – Mówiąc, skłonił się lekko, z uśmiechem, który w jego mniemaniu był czarujący, lecz widocznie takim się nie okazał, gdyż natychmiast starł mu go z twarzy wymierzony z ostrym plaśnięciem policzek.

Gruba poczerwieniała.

– Co za świnia! – uniosła się. – Nie pozwolę się molestować, szowinisto! Gdzie się tam gapisz? Bez umowy? Jak śmiesz?! Taki się wydawał inteligentny, a to zwykły cham!

Trzymający się za trafioną twarz i pozbawiony na skutek szoku zdolności mowy, Mariusz mimo to pojął, iż ostatnie zdanie nie było skierowane do niego. Pojawiła się wszak kolejna kobieta – przeciwieństwo tej, była bowiem wysoka i chuda jak tyka. Skromnych rozmiarów biust przesłaniały jej, oprócz niewątpliwie równie skromnych kawałków materiału, bardzo długie włosy.

– Mówiłam ci, że to faszysta – warknęła nowo przybyła, mierząc K. spojrzeniem tak pełnym obrzydzenia, jakby był on zanieczyszczającym chodnik psem. Albo raczej tym, co rzeczony pies po sobie pozostawił.

– Myślał, że sobie może bezkarnie pozwalać wobec mnie! – Podobnie jak Mariusz z szoku, otyła Agniesia nie mogła wyjść z oburzenia.

– Przeliczył się. Oj, gruba pomyłka! – poparła ją chuda.

Nagle atmosfera stała się jeszcze gęstsza.

– Nazwałaś mnie grubą?

– Nie! Mówiłam, że on się myli grubo.

Agniesia zmrużyła groźnie oczy.

– Znów to zrobiłaś – wycedziła. – Zdyskryminowałaś mnie! Ty… ty… skromna ty jedna, ty! Dlaczego tak obrzydliwie skromnie zasłaniasz się włosami, hę?

Chudej aż szczęka opadła.

– Jak możesz? Nie jestem skromna! To najnowsza stylizacja! – broniła się.

– Nawet nie skromna, gorzej, wyglądasz na… cnotliwą!

Wyraźnie dotknięta do żywego tą uwagą, chuda nie pozostała dłużna. Zażarta kłótnia między kobietami wybuchła nagle i spektakularnie jak wrzucony do klozetu granat, wobec czego, korzystając z okazji, iż jego obecność została chwilowo zapomniana, Mariusz K. począł oddalać się pospiesznie.

Wyszedłszy ze strefy rażenia, odetchnął z ulgą i wreszcie poświęcił chwilę na obserwację otoczenia. Z najzupełniej niekulturalnie rozdziawioną twarzą szedł po wydeptanej w trawie ścieżce kluczącej wśród wysepek zieleni oraz przysadzistych, białych budynków podobnych temu, który przed momentem opuścił. Prawie-golasy ze swymi kartkami byli wszędzie: siedzieli na rozstawionych tu i ówdzie ławkach, łazili we wszystkich kierunkach, dyskutowali o czymś zawzięcie, skupieni w kręgach na trawie, a jeden nawet wspiął się na poruszaną lekkim wietrzykiem brzozę, gdzie robił papierowe samolociki i rzucał nimi w przechodniów. Mariusza zaciekawiło jedno ze zgromadzonych nieopodal kółek dyskusyjnych, a prowadził je, stojąc pośrodku, otoczony siedzącymi po turecku prawie-golasami, młody jegomość z mikroubrankiem w kolorze czarno-czerwonym.

Podszedłszy nieśmiało, K. z niesmakiem przyglądał się bujnej, zaniedbanej brodzie mówcy (i znów biedny materiałowy skrawek nie mógł równać się z nią, jak niemal ze wszystkim, rozmiarami) oraz jego fryzurze, którą określiłby jako średniowieczną, bowiem wyglądała jakby fryzjer nałożył jegomościowi garnek na głowę, a następnie wyciął wszystko, co spod niego wystawało. Człowiek ten był akurat w toku przemowy do wyraźnie zachwyconych słuchaczy.

– …nie rozumieją słów „nie wolno”, a tym bardziej – „nie powinno się”. Jak nie wrzaśniesz, nie dotrze; jak nie walniesz w łeb, to nie posłucha. Powtórzcie, proszę. Jak nie wrzaśniesz…

– …nie dotrze! – z entuzjazmem odpowiedziała mu grupa.

– Jak nie walniesz w łeb…

– …to nie posłucha!

– Dobrze! I pamiętajcie: kto za dużo ogląda się za siebie, ten wypieprzy się na pierwszych schodach. Gdyby Henry Ford oglądał się na przymierających głodem proletariuszy, nigdy nie powstałby masowo produkowany samochód. Gdyby nie samochody, nie zatrulibyśmy planety dwutlenkiem węgla. Gdyby nie zatrucie planety, nie wynaleźlibyśmy teleporterów. Dzisiaj, gdy teleportacja zaczyna wchodzić do powszechnego użytku, nie wolno nam litować się nad tymi krzykaczami, którzy chcą, by było jak dawniej – by mogli dalej smrodzić swoimi tirami, autobusami, motorami – i lamentują, że tracą pracę. A ja powiadam: dosyć dopłat rządowych do nierentownych taksówek! Dość wcześniejszych emerytur dla kierowców autobusów! Koniec trzynastek i czternastek dla kurierów, koniec obchodów krzysztofówek, nigdy więcej deputatów benzynowych!

Słuchacze klaskali i wiwatowali. Na koniec człowiek garnkiem stylizowany dodał jeszcze:

– Zadanie na dziś: znajdźcie kogoś o wstecznych poglądach i nazwijcie ciemnogrodem. Widzimy się jutro na kolejnym seminarium z postępywizmu potrupowo-docelowego.

Z tymi słowy kołowy kolektyw rozpadł się szybko na pojedyncze ludzkie atomy, z których każden jeden powędrował w innym kierunku. Nawiasem pisząc, wszyscy w okolicy dokądś spieszyli i tylko Mariusz K. stał bezczynnie na trawiastym polu. Nie dość, że wyróżniała go pidżama w pomarańczowe misie, to jeszcze kłuł w oczy bezruchem – postanowił zatem przynajmniej to drugie wyeliminować i zawrócił na ścieżkę. Tam dostrzegł podłużny kloc z jakiegoś sztucznego tworzywa. Już miał na nim usiąść, biorąc go za oryginalnie zaprojektowaną ławkę, gdy nagle nad gładką powierzchnią ukazało się naturalnych rozmiarów widmo mężczyzny. Mariusz, z początku zaskoczony, na szczęście nie zrobił jednak z siebie idioty i nic nie rzekł, zrozumiał bowiem, iż do czynienia ma z hologramem. Jako zagorzałemu fanowi fantastyki naukowej takie wynalazki nie były mu obce, przez co znów miał okazję wyrazić nieco podziwu pod własnym adresem, zachowując wobec widma niewzruszony spokój. Mężczyzna z wizualizacji również zaliczał się do grona prawie-golasów, z tym tylko rozróżnieniem, iż oprócz skrawka w biało-czerwonym kolorze miał też przewiązany na chudej szyi krawat oraz okulary na nosie. Cały zresztą był chudy, nie tylko w okolicach szyi, i choć skórę miał jasną, oczy odznaczała lekka skośność. Mówił nudno i bez cienia przekonania.

– Szanowni państwo! Nasza ojczyzna podąża z duchem czasu. Zachowując piękne tradycje, z których jesteśmy tak dumni, kroczymy jednocześnie drogą innowacyjności. Polska ma ambicje zostać liderem zmian w naszym regionie, a leży to w zasięgu naszych możliwości; polscy konstruktorzy należą do ścisłej światowej czołówki. Dzięki ich wytężonej pracy mam dziś zaszczyt ogłosić początek wdrażania nowego rządowego programu. Wszyscy wiemy, jak bardzo szkodliwe dla zdrowia obywateli i środowiska są emitowane do atmosfery spaliny. Otóż, drodzy państwo, nasz rząd poprowadzi Polskę do wielkiego skoku cywilizacyjnego. Z dniem dzisiejszym zaczynamy odchodzić od tradycyjnych środków lokomocji na benzynę. Zgodnie z naszymi planami do 2122 roku powstanie milion wyprodukowanych w polskich fabrykach, naszej rodzimej marki, teleporterów zasilanych olejem rzepakowym…

Monotonne ględzenie szybko znudziło Mariusza, poszedł więc dalej ścieżką. Wkrótce dotarł do niewielkiego placyku z pomnikiem po środku. Kamiennej rzeźbie przypatrywał się jakiś starszy człowiek, który to podobnie jak K. wyróżniał się z otoczenia, nie był bowiem prawie-golasem, wręcz przeciwnie – okrywał go od stóp do głów obcisły kombinezon z jakiegoś gładkiego, czarnego tworzywa, przypominającego worek na śmieci. Gdy Mariusz bezskutecznie usiłował odgadnąć, czyją postać uwieczniono na pomniku, tajemniczy facet zbliżył się.

– Bo głupcem, proszę pana, można być z urodzenia albo z zawodu – zagaił ni w pięć, ni w dziewięć. Przygarbiony i zasuszony, facet przejawiał jednak niesamowity wigor w swej pełnej gestykulacji przemowie. – Strugają wielce uczonych, a automatu do wbijania gwoździ nie potrafią zaprogramować! No, sam pan powiedz, jak to wygląda. – Ogarnął otoczenie zamaszystym gestem. – Ja to przynajmniej mam fach w ręku, narobiłem się w życiu. Jestem emerytowanym youtuberem, infulencerem trendów budowlanych. A ci tutaj co potrafią?

Akurat jedna z prawie-golasek przechodziła nieopodal. Starszy gaduła zmierzył ją pogardliwym spojrzeniem.

– I kiedyś to były ubrania, powiem panu, polipropylenowe albo z grafenu – nie do zdarcia! Teraz już takich nie robią. Ludzie wolą tak, o, łazić. To od bab się zaczęło, ta golizna, wiesz pan? Z roku na rok coraz mniej na dupach nosiły – pan nie pamiętasz, za młody pan jesteś. I nikt w tym nic dziwnego nie widzi. Nazwiesz szmatą, to jeszcze ci się uśmiechnie. Taki upadek obyczajów, panie, że szkoda mówić. Pan nie wiesz, na świecie jeszcze pana nie było – ale kiedyś było inaczej. Kto to widział jakieś papierki podpisywać, umowy, psia mać! Jak się znalazło ogarniętą dziewczynę na imprezie, to parę słów wystarczało, drink jakiś i już. Muzykę też grali inną, taką z tekstem, przesłaniem – stare, dobre disco-polo! To były hity mojej młodości, a nie ta chała dzisiejsza. Brało się lachona na parkiet, wypiło się, nikt niczego nie podpisywał… A jak coś, to do seksworkera się szło, też bez podpisu, płaciłeś pan i miałeś, co chciałeś. Normalnie jakoś, a nie… – Urwał, pokręcił głową, a potem przyjrzał się uważniej Mariuszowi. Z wyraźnym uznaniem otaksował wzrokiem jego pidżamę, a nawet pociągnął za rękaw, badając materiał. – Pan, widzę, choć młody, wiesz co dobre. Tylko jakieś luźne to.

– Rozciągnęła się w praniu – wyjaśnił uprzejmie Mariusz.

Dziadek łypnął na niego podejrzliwie, jakby sprawdzał, czy z niego nie kpi.

– Sebastianek Trzciński – przedstawił się.

K. również podał swoje nazwisko, lecz nie wyciągał ręki, w obawie, co tym razem mogłoby się w niej znaleźć.

Podejrzliwość starego jeszcze bardziej się wzmogła i niewiele brakowało, by wymalowany na jego twarzy poziom niesmaku dorównał temu z chwili ujrzenia przechodzącej kobiety.

– Dajcie spokój! – westchnął w końcu i chciał już odejść, nie znalazłszy najwyraźniej w Mariuszu odpowiedniego słuchacza, ale K. powstrzymał go pytaniem.

– Kogo przedstawia ten pomnik?

Trafił chyba na właściwy temat, bo stary znów z entuzjazmem zabrał się do mówienia.

– To tylko u nas, panie, takie rzeczy! – Zaśmiał się. – Gość wyrzeźbił pomnik Einsteina – te wykształciuchy tutejsze nawet nie wiedzą, kto to był ten słynny radziecki pisarz! – ale nie mógł znaleźć kupca. Sprzedał rzeźbę dopiero, gdy powiedział, że przedstawia Lecha Wałęsę.

– Rozumiem. Upamiętnienie Solidarności – powiedział K.

– Czego? – zdziwił się stary. – Tu masz pan napisane jego słowa. Jeden, co coś mądrego powiedział! O, proszę – stękając, pochylił się i przeczytał inskrypcję z cokołu – „Związkowców pałowałbym, z przewodniczącym na czele”.

Mariusz posmutniał. Wpatrzony w pomnik Sebastianek Trzciński perorował dalej, przez co nawet nie zauważył, że jego dotychczasowy rozmówca poszedł sobie.

Wkrótce ścieżka rozgałęziła się przed idącym niespiesznie K., który odczytywał na znakach nazwy alejek. Wszystkie prowadziły do identycznych, pozbawionych charakterystycznych cech kompleksów budynków, zatem po krótkim namyśle skręcił w aleję Pierwszych Zaszczepionych Przeciw COVID-19. Po drodze wrażliwe serce Mariusza gryzła nostalgia, a duszę ścinał lód – jak to śpiewano w słynnym przeboju. Poczuł się samotny w tym koszmarze, a jako że Gustawem żadnym nie był, i być nawet nie próbował, nie uzewnętrznił swych bólów wewnętrznych w pełnym pasji ezopowym, improwizowanym monologu, ograniczywszy się – z litości do Was, czytelników – do jednej ledwie, z westchnieniem smętnym wypowiedzianej frazy.

– O, nie!

Zatopiony w ponurych myślach, nie zauważył dziewczyny nadchodzącej od strony alei Ogólnego Planu Rozwoju Narodowego. Ona zresztą też go nie zauważyła, bo uwagę jej, oraz całe jestestwo, zaabsorbowało bez reszty trzymane jednorącz płaskie urządzenie (druga ręka dzierżyła nieodłączne papiery). Do owego urządzenia mamrotała cicho, ze zmarszczonym czołem, a nad plastikową powierzchnią w rytm jej słów ukazywały się holograficzne obrazy, podobne do tego napotkanego przez Mariusza.

– Jak by to zrymować, hmm? Wiersz piszę na virtuafonie…

– O, nie! – jęknął ponownie Mariusz, nieświadom tych rozterek. Dziewczyna natychmiast ożywiła się.

– Hej, świetny rym, dzięki! Wiersz piszę na virtuafonie – o, nie! – Zastanawiała się przez chwilę. – Tak, to będzie wspaniały efekt negacji, który pobudzi czytelnika do refleksji. Jakaż głębia w pojedynczym, prostym zdaniu! Nadzieja i niemoc, sztuka i technologia – coś pięknego!

Wyciągnięty nagle z otchłani własnej introspekcji, K. nie od razu pojął, że wypowiedź ta była skierowana do niego. Nadawczynią zaskakującego komunikatu okazało się młodziutkie dziewczę, nastolatka ledwie, która przykładowo pozasłaniana cienkimi pasmami w czarnym kolorze, właściwie nie miała jeszcze za bardzo czego zasłaniać.

– Zadali nam to wczoraj na lekcji podstawowych komunikatów społecznych – ciągnęła z przyjaznym uśmiechem. – Mam napisać wiersz o tym, co najbardziej lubię. Od rana myślałam i doszłam do wniosku, że najbardziej to ja lubię mój virtuafon. No ale rymowanie nie szło mi zupełnie. A teraz dzięki tobie udało się. Wiersz piszę na virtuafonie – o, nie! – wyrecytowała egzaltowanym tonem. – Czy to nie piękne?

Musiała mylnie odczytać minę Mariusza jako przyznanie racji, bo nie tylko nie poszła sobie, ale gadała dalej.

– Jak dobrze, że mi się trafiłeś! Jeszcze chwila i mózg by mi wypłynął uszami od tego myślenia. Jestem Karolinka.

– Mariusz K. – odmruknął zagadnięty, chowając prędko ręce za plecy, na widok trzymanych przez nią w gotowości papierów.

– K.? To od Józefa K., prawda? Czytałam tę książkę! – pochwaliła się, wyraźnie z siebie dumna.

– Nie. Tatuś miał na imię Janusz. Nie Januszek, tylko Janusz! Dotarło?!

Młoda aż straciła mowę po tym wybuchu, a nabuzowany Mariusz odszedł szybko, nim zdołała odzyskać tę jakże irytującą go zdolność.

Kroczył przed siebie, byle gdzie, nawet nie zaszczycając żadnego mijanego prawie-golasa spojrzeniem, z obawy przed wciągnięciem w kolejną rozmowę. Budynki, między które zawędrował, były odpychające i sterylnie białe, co spowodowało, że zza zamkniętych dotychczas na głucho drzwi piwnicy w mózgu K. poczęły dobijać się uwięzione tam koszmary: Biali Ludzie, cuchnące lizolem korytarze zakładu, skórzane pasy, zielone linoleum w sali, ogrodnik…

Mariusz otrząsnął się. Nagle dostrzegł coś, co natychmiast poprawiło mu przywiędły, jak domowe kwiaty podczas wyjazdu Klaudyny, humor. Z nowymi siłami ruszył do niewielkiego, wyjątkowo swojsko wyglądającego budynku.

Bar „Dwie Szybkie Małpki” – głosił szyld nad wejściem, a na tle liter krzyżowała się para małych buteleczek ze smakową wódką. Na solidnych drzwiach napisano: Obiekt chroniony Rządową Tarczą 129.0. W środku wyglądało nad wyraz normalnie: ot stoliki, wiatrak na suficie, grająca muzyka, gruby barman za kontuarem (niestety – prawie-golas, co lekko psuło ogólne wrażenie). Odprężony nieco K. usiadł przy barze. Pomyślał, że wypije ze dwie lufy na wzmocnienie, posłucha trochę plotek i pójdzie dalej. Wystukując na blacie rytm jakiejś dennej piosenki, rozejrzał się po ciemnym wnętrzu. Niepokój powrócił natychmiast wraz ze spostrzeżeniem, iż patrzą na niego wszyscy zgromadzeni w lokalu. Przeklęta pidżama i przeklęte misie na niej, warknął w myśli Mariusz, uśmiechając się sztucznie do barmana. Grubas za barem też patrzył, daleki od przyjaznego nastawienia.

– Pięćdziesiątkę wó-wódeczki popro-oszę – wydukał K.

– Lepiej szybko okaż zaświadczenie, kolego – usłyszał w odpowiedzi.

Zaświadczenie – to brzmiało bardzo źle. Znów przywodziło na myśl pogrzebaną przeszłość z jej demonicznym szelestem papierów, szeregami rubryk do wypełnienia oraz mrocznymi kazamatami, gdzie w którymś z nieskończonej liczby poupychanych na półkach segregatorów ktoś odłożył ad acta stosowną sygnaturą opatrzony Mariuszowy przypadek, lecz nie na zawsze, oj, nie! Groźba wciąż wisiała, jak teczka Damoklesa nad głową, a skazaniec, z zasądzonym już wszak wyrokiem, nie znał dnia ani godziny.

– Yyy, tak, gdzieś je tutaj miałem… tyle tych papierów człowiek nosi ze sobą… – bąknął Mariusz, z głupawym uśmiechem macając po pidżamowych kieszeniach, a jednocześnie powoli wycofując się w stronę wyjścia.

Barman, rzecz jasna, nie dał się zwieść. Sięgnął gdzieś pod ladę i nagle krzyknął strasznym głosem.

– Nieszczepieniec!!!

Naraz w pomieszczeniu wybuchło pandemonium, jakby tuż przed świętami ogłoszono promocję na karpie. Zawyła syrena alarmowa, zamigotały upiorne czerwone światła, a beznamiętny głos z syntezatora mowy oznajmił: „Uwaga! Wykryto osobę nieposiadającą ważnego zaświadczenia o odbyciu szczepień ochronnych. Prosimy bezwzględnie unikać kontaktu z nieszczepionym oraz ściśle stosować się do wytycznych Instrukcji Postępowania W Wypadku Zaistnienia Zagrożenia Epidemicznego, numer…”

Który to był numer, tego Mariusz już się nie dowiedział, bowiem wybiegł stamtąd w panice.

Syreny i robotyczny głos błyskawicznie wymiotły z ulicy wszystkich prawie-golasów. K. jednak nie był tu sam. Wyłoniwszy się skądś, szły mu na spotkaniu istoty z koszmaru, okryte szczelnie białymi, obszernymi kombinezonami, a oblicza ich przesłaniały przyłbice z przydymionego szkła. Nerwowy krzyk wydobył się z Mariuszowej piersi, kiedy jeden z nich pojawił się tuż obok, dysząc zza swej osłony niczym lord Vader. Bez słowa wyjaśnienia i bez krztyny miłosierdzia wymierzył w Mariusza szeroką dyszę, podłączoną wężem do butelkowatego urządzenia przypominającego gaśnicę.

W ogarniętym zwierzęcym strachem mózgu K. błysnęła myśl, że ostatnio tak szybko biegł chyba w trzeciej klasie szkoły podstawowej, kiedy to pierwszy i jedyny raz w życiu miał najlepszy spośród chłopaków czas na sześćdziesiąt metrów. Koszmarni oprawcy na szczęście nie poruszali się zbyt sprawnie w swych kombinezonach, dzięki czemu niedoszła ofiara zdołała, póki co, oddalić się na bezpieczny dystans. Pogoń jednak trwała dalej. Przemawiający z mglistych głębin hipokampu, kłujący ostrymi narożnikami kwadratowego akcentu głos Arnolda Schwarzeneggera poinstruował Mariusza, aby ukrył się na terenach wiejskich, unikał przedstawicieli władz oraz nie próbował kontaktować się ze swoją matką. Przynajmniej to ostatnie polecenie było łatwe do wykonania, albowiem świętej pamięci mamusia przeniosła się już lata temu na łono Abrahama, Mariusz zaś wciąż żył, choć nie był pewien, jak wiele owego życia jeszcze mu pozostało.

Zasapany, dopadł drzwi najbliższego budynku i przez chwilę bezskutecznie szarpał za klamkę. Nagle nieopodal dostrzegł biegnący po ścianie szyb windy z przezroczystego szkła. Wpadłszy jak dziki do kabiny, począł szukać przycisków, lecz nie dostrzegł tam żadnych poza alarmowym, który znajdował się na mechanizmie poruszającym drzwiami. Tymczasem ludzie z gaśnicami byli coraz bliżej. Mariusz miotał się bezradnie, aż w złości kopnął szklaną szybę.

– Ruszże się, cholero! Na górę chcę jechać! Na piętro, którekolwiek!

Na piętro. Proszę – niespodziewanie odpowiedział mu bezcielesny głos automatu. – Uwaga, zamykam drzwi.

Jak obiecano, tak się stało. Kabina ruszyła akurat, gdy nadbiegli prześladowcy. Będąc już kilka metrów nad ziemią, K. z satysfakcją zaprezentował im gest Kozakiewicza. Przedwczesny jednak był jego triumf, gdyż chwilę później winda stanęła.

– Co jest? Jedź dalej! Gonią mnie, nie widzisz?!

Uwaga! Zgodnie z wcześniej podaną informacją producent zakończył wspieranie oprogramowania opartego na technologii 237G. By dalej korzystać z układu sterujący windy, wymagana jest jego aktualizacja do standardu 238G.

– No to aktualizuj, byle szybko!

Rozpoczynam aktualizację… trwa pobieranie składników… proszę czekać… Błąd pobierania! Program aktualizujący wymaga aktualizacji. Aby kontynuować, pobierz najnowszą wersję.

Jakby tego było mało, na tle krajobrazu okolicy K. zobaczył nagle nadlatujące postacie ludzkie. W powietrzu unosiły ich odrzutowe plecaki, a złowrogie dysze pseudogaśnic, choć jeszcze odległe, już brały uwięzionego w kabinie Mariusza na cel. Dygocząc, nacisnął ów zauważony na początku przycisk z napisem „awaryjne otwieranie drzwi”. Skoro tylko to uczynił, podłużna klapka w obudowie mechanizmu otworzyła się i na całkowicie nieprzygotowaną głowę spadł mu ukryty tam łom. Klnąc nieelegancko oraz masując obolałe czoło, wyłamał zawiasy. Do kabiny wtargnął podmuch wiatru.

– Wolność kocham i rozumiem! – wykrzyknął Mariusz. Cisnął łomem w nadlatującego oprawcę, przeżegnał się, a następnie wyskoczył z zawieszonej ładnych kilka metrów nad ziemią windy.

Pomyślał, że światło, które nagle ujrzał, było słynnym świetlistym tunelem widywanym rzekomo przez ludzi będących na skraju śmierci. Kilka sekund zajęło mu uświadomienie sobie, że leży bezpieczny we własnym łóżku, a na twarz padają mu promienie słoneczne z odsłoniętego przez Klaudynę okna. Wydawszy westchnienie niemożliwej do opisania ulgi, K. przetarł spocone czoło. Powoli otrząsał się z koszmaru.

Klaudyna krzątała się już, doglądając swych ustawionych na misternym stojaku paproci. Gdy spostrzegła, że Mariusz nie śpi, uśmiechnęła się doń ciepło. Odpowiedział jej tym samym i obserwował jej pracę z leniwie płynącymi w swej głowie myślami. Biedna, wiecznie ma problem z tymi paprociami – tak właśnie rozpoczął ciąg myślowy. W okazałych roślinach zalęgły się jakieś wyjątkowo irytujące maleńkie muszki. Ich mikroskopijne larwy z początku widoczne były w doniczkowej ziemi, a wyroiwszy się, wkrótce zaczęły latać po całym pokoju, szukając nowego miejsca do podboju, kierowane naturalnym pędem ku ekspansji. Co szczególnie irytowało, insekty te zwykły szukać nowej przestrzeni życiowej w kubkach z herbatą, na powierzchni ekranu laptopa lub telefonu, a nawet w Mariuszowym nosie. Biedna Klaudyna – powtórzył początkową myśl Mariusz – próbowała wszystkiego. Nie pomógł zakopany w ziemi ząbek czosnku, na nic zdało się podlewanie wodą z cytryną. Nawet zabrała razu pewnego paprocie na balkon, gdzie, trzęsąc się z zimna, wypędzała zawzięcie pasożytnicze muszyska. Skoro głodem nie mogła, chłodem oraz potrząsaniem donicy chciała złamać w nich ducha. W obliczu klęski pozostała tylko ostateczność, opcja atomowa, czyli wykorzenienie Bogu chlorofil winnych roślin i osadzenie ich w całkowicie nowej donicy. Lecz któż to wie, jak przetrwałyby owy eksperyment? Czy pozostałyby takie same? A może dokonałyby żywota, niezdolne do przejścia w nowe realia?

A jeśli Polska to właśnie te najechane przez muchy paprocie? – zapytał nagle zadumany głos Marka Kondrata, lecz nim K. w zaciszu swych myśli udzielił mu odpowiedzi, pytanie innej treści, tym razem na głos, zadała Klaudyna.

– Mariusz, widziałeś gdzieś mój kapeć? Daję głowę, że wieczorem położyłam oba przy łóżku, ale jeden gdzieś zniknął. Dziwne…

Z pozoru pozbawiona głębszego znaczenia wypowiedź sprawiła, że lodowaty dreszcz przeniknął Mariuszowe wnętrze. Kierowany przebłyskiem straszliwego wspomnienia, zobaczył on bowiem ów kapeć leżący tam, gdzie nigdy nie powinien był się znaleźć. Mordka pluszowego lwa z miękką grzywą, tak lubiana i chętnie noszona w domowych pieleszach przez Klaudynę, patrzyła na Mariusza swymi plastikowymi oczkami, ciśnięta – poza zasięgiem wzroku dziewczyny – za szklany blat stolika z telewizorem.

2 myśli na temat “Przygody Mariusza K. (20)

  1. Świetne!
    U wciągnęło i ubawiłem się i kilkakrotnie zastanowiłem. Czego więcej trzeba?
    Błędów nie zaobserwowałem, choć ostatnio jakoś nieco odpuściłem i chyba przymykam oko. Co nie znaczy, że Ty nie mogłeś tego napisać bezbłędnie.

    Pozdrawiam.
    ps. Aha. W sumie to nie podpisaliśmy umowy na nieodpłatne komentowanie Twojego tekstu.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Hej, Antoni!

      Cieszę się, że się spodobało. Lubię wkładać Mariuszowi lub jego bohaterom w usta moje przemyślenia na różne sprawy albo jakieś zasłyszane historie (jak na przykład z tymi umowami – pewne środowiska polityczne naprawdę postulowały ustawowe wprowadzenie obowiązku zawierania takowych!) i fajnie, że jest to zauważone.

      Ale u mnie póki co po staremu – nic podpisywać nie trzeba przed czytaniem 😉

      Pozdrawiam.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s