Przygody Mariusza K. (19)

Wczesna listopadowa ciemność nadpływała falą za oknem, a wraz z nią nadeszła nieubłagana godzina – przesilenie, punkt zwrotny dnia, przewalenie się z hukiem ogromnego koła fortuny na drugą stronę. Nadszedł czas i Mariusz wiedział o tym, wyczytał ów fakt – jak co dzień – z oblicza Klaudyny J., a także z jej wyciągniętej, nieznającej sprzeciwu dłoni. Choć nie miał zdolności profetycznych, K. bezbłędnie ujrzał swój przypieczętowany los na liniach papilarnych owej drobnej, tak kochanej rączki. Kapitulując milcząco, położył na niej pilota od telewizora. Kilka sekund później z ledowego ekranu zniknęła odziana w gamingowe słuchawki, ukazana na tle rozwieszonego prania i plakatu z Janosikiem głowa wielce czcigodnego posła na Sejm RP, a na jej miejsce – oraz na miejsce urwanej w pół słowa tyrady – przy wtórze szarpiącej ducha instrumentalnej muzyki wpłynęła dynamiczna czołówka tureckiego serialu. 

Potem zafascynowany Mariusz obserwował, jak barwny świat po drugiej stronie telewizyjnego okna pochłania Klaudynę niczym Nietzscheańska otchłań. A tam w salonie przestronnym na tyle, że posiadał zapewne powierzchnię większą niż całe ich mieszkanie, stała naprzeciw siebie dwójka bohaterów: mężczyzna ze srogim obliczem oraz zapłakana kobieta, której skomplikowana fryzura trzęsła się w rytm szlochów. Choć nuty płynęły ostre, jakby płonął cały świat (autor ścieżki dźwiękowej z pewnością wziął sobie do serca Hitchcockowe rady o trzęsieniu ziemi, przekładając je na realia wrażeń słuchowych), niewrażliwy najwyraźniej na ów przekaz kamerzysta chyba zasnął po drugiej stronie obiektywu, gdyż statyczne ujęcie bezczynnych – poza przybieraniem finezyjnych wyrazów twarzy – postaci przeciągało się bardziej niż budowa polskiej elektrowni atomowej. 

Kiedy zauważyła u swego towarzysza zainteresowanie, Klaudyna z zapałem poczęła udzielać wyjaśnień.

– To jego żona. Z początku wzięli ślub tylko po to, żeby jej nie deportowali, bo ona pochodzi z Gruzji. Tam była lekarką i w przeszłości wraz z ówczesnym narzeczonym operowała syna mafioza, który zmarł na stole operacyjnym. Musieli uciekać za granicę przed zemstą gangsterów. Ona wyszła za mąż za tego tu, a tamten narzeczony najpierw zniknął, a teraz się pojawił, żeby zniszczyć jej życie. Zatrudnił się w firmie u jej męża i zaczął romansować z jego siostrą. Ona ukrywała prawdę przed mężem…

– Ta siostra? – wtrącił nieśmiałe pytanie Mariusz, za które to natychmiast został skarcony.

– Słuchaj, co mówię! Ona ukryła, ta tutaj; siostra nic nie ukrywała, bo nie wiedziała o niczym. Skąd miała wiedzieć? Ta kobieta oszukiwała ją, siostrę, i swojego męża, a jej były narzeczony – tej kobiety, nie siostry – oszukał i swego pracodawcę, i jego siostrę. I teraz ona płacze, bo powiedziała mu prawdę. On jest wściekły na nią i na narzeczonego, bo oszukiwali, oraz na siostrę, ponieważ dała się oszukać; pewnie na siebie trochę też z racji tego, że wierzył żonie. A on ją naprawdę zdążył pokochać, choć wzięli tylko fikcyjne małżeństwo. I teraz nagle dowiedział się o wszystkim. Nadążasz?

Od odpowiedzi szczęśliwie wybawiła Mariusza nagła zmiana scenerii, bowiem ospały kamerzysta wreszcie zlitował się nad zszarganymi nerwami widzów i postanowił pokazać coś więcej niż buchającą skrywanymi emocjami pantomimę. Wobec powyższego uwaga Klaudyny znów odpłynęła w kierunku mikroświata ekranu.

– To może zrobię herbatę? – zaproponował Mariusz. Odpowiedzią był mu pełen irytacji syk dziewczyny, sugerujący konieczność zachowania ciszy.

Przez krótki czas serialowych emocji wnętrze kuchni stało się już królestwem całkowitej ciemności i to całkowitej na tyle, że nie ustąpiła nawet w obliczu naciskanego przez Mariusza włącznika światła. Doskonale świadom przyobleczonej w sentencję genialnej myśli jakże genialnego fizyka na temat, delikatnie mówiąc, mało rozsądnego oczekiwania odmiennych rezultatów w obliczu powtarzania identycznych czynności, K. i tak jeszcze kilkukrotnie nacisnął, aż w ciemnościach kuchennych musiał stanąć wreszcie w świetle nieubłaganej prawdy.

Jak przystało na partnerski związek, wspólnie stawili czoło problemowi, kiedy Klaudyna dołączyła już do Mariusza, odbywszy katharsis po emocjonalnym wzmożeniu spowodowanym serialem. Inkryminowana żarówka leżała przed nimi na stole, milcząco rzucając wyzwanie. Mogła sobie na to pozwolić, gdyż jak Mariusz zdążył już odkryć, obecnie nie dysponowali sprawnym egzemplarzem mogącym przywrócić światło w ich kuchni. K. dokonał tego przygnębiającego odkrycia w skrytce nad okapem, gdzie zazwyczaj przechowywane byłe rzeczone żarówki, znalazłszy tam jedynie kilka spinek do włosów Klaudyny, zeszłoroczne serduszko Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, wyschnięty klej w sztyfcie, wycięty z kolorowej gazety przepis na omlet z dymką, pozbawioną pary rękawiczkę oraz żeton telefoniczny typu „A”. Żaden z powyższych przedmiotów nie zaliczał do zbioru swych właściwości świecenia, wobec czego przed Mariuszem natychmiast zarysowało się mroczne widmo czekającej go przyszłości.

– Idź kupić nową. – Wraz z tymi trzema słowami Klaudyny owo widmo stało się rzeczywistością.

Ponieważ umysł Mariusza natychmiast zalały przykre wspomnienia – a raczej ich poszatkowane jak u odpływającego w ciąg alkoholika fragmenty – począł szybko szukać innych rozwiązań mogących ocalić go przed koniecznością wyjścia z domu. Nie ulegało wątpliwości, że po ostatnim blamażu z pieczywem potrzebował sukcesu szybkiego i spektakularnego, niemal jak wyprawiający się na Japonię Mikołaj II (choć po cichu liczył na większą skuteczność podejmowanych działań niż w przypadku nieodżałowanej pamięci Romanowa, niczego mu nie umniejszając). Pozostawało zatem sięgnąć do źródeł wszelkiej wiedzy, krynicy mądrości, zawierającej w swych nieskończonych zasobach poszukiwane w ciągu wieków przez rozmaitych mędrców odpowiedzi. Tylko bowiem Kantowskich noumenów nie ma w wyszukiwarce Google, jak mawiają filozofowie. 

Na widok mnogości odpowiedzi na zadane binarnym językiem pytanie K. odprężył się nieco. Oto jest XXI wiek, rzekł sobie w duchu, nawet nie trzeba wychodzić z domu. Odnośniki z listy wyników nieomal błagały go, aby kupił ową nieszczęsną żarówkę, obiecując dowóz, rabat, kredyt 0%, punkty na karcie stałego klienta, a nawet usługę montażu za zero złotych. Rozochocony, Mariusz poscrollował nieco, ale na tym geometryczny przyrost obietnic dobiegł końca i nikt niestety nie oferował oddania żarówki z dopłatą. Nie można mieć wszystkiego, uznał wspaniałomyślnie, po czym kliknął w najbardziej obiecująco wyglądający link. Wtedy właśnie nadzieja w duszy K. runęła równie gwałtownie co biblijny dom na piasku, bo i z równie wielką naiwnością wzniesiona została.

Oto całe piętnaście cali ekranu zajmował, na własne Mariuszowe życzenie odsłonięty, trójwymiarowy napis BLACK FRIDAY. Stało się, pomyślał ów nierozważny internauta, znów krach na giełdzie – tym razem nie w czwartek, a w piątek. Znów zaleją się czerwienią indeksy spółek,  znów niewidzialny mocarz zgniecie z takim trudem budowaną wieżę słupka PKB, drugą niewidzialną ręką rynku unosząc w tym samym czasie pod samo niebo wskaźnik bezrobocia. 

Początkowy przestrach, odruchowa niechęć przed byciem zaskakiwanym u człowieka, który niespodzianek całym sobą nienawidzi, zmieszał się w nieprzeniknionej duszy K. z narastającym schadenfreude. Doigrali się zagraniczni lichwiarze, burżuje, karierowicze, wyzyskiwacze! – Mariusz przez chwilę ujrzał oczyma wyobraźni samego siebie idącego na czele wiecu, krzyczącego owe słowa, odzianego w długi płaszcz i futrzaną czapę. Kilkadziesiąt pięter nad nim (oraz nad owym wiecowym tłumem) otwierały się okna biurowców, a z nich seriami wyskakiwali rozmaici krawaciarze niemogący znieść widoku nieubłaganych sprawozdań finansowych. Zaraz jednak tryumfalistyczna wizja zmieniła się, bowiem także cierpienie ludu pracującego ujrzał Mariusz, jako mimowolny prorok czasów zagłady. Młode kobiety płakały rzewnie nad wyniesionymi mocą inflacji do zaporowych rozmiarów cenami najnowszych szykownych dziurawych dżinsów, dzieci lały łzy nad gasnącymi ekranami smartfonów, które to w obliczu nieuiszczonych opłat traciły łączność z internetem, ojcowie rodzin zaś, z duszami ciężkimi na spracowanych ramionach, podczas jazdy samochodami trwożliwie wypatrywali radiowozów, przy spotkaniu z którymi nieuchronnie wyszłoby na jaw haniebnie niezapłacone OC.

I cóż poradzić? Jak z przepaloną żarówką w dłoni odnaleźć się w nowym porządku upadłego świata? Pierwszym, co Mariusz zrobił, gdy na jego oczach kończyła się historia, było usunięcie sprzed oczu tego straszliwego napisu o czarnym piątku. Pstrokata grafika przepadła w mroku wyłączonego laptopa. Potem K. ruszył krokiem skazańca do przedpokoju, ubrał się, milcząco pożegnał Klaudynę cmoknięciem w policzek, ignorując jej pełne zaniepokojenia pytania, po czym opuścił mieszkanie. Powoli ruszył po schodach, lecz nie w dół, do wyjścia, oj, nie. Nie tym razem. Tego dnia inny los był mu pisany. Po dotarciu na ostatnie półpiętro bloku, westchnął ciężko. Nie miał wyjścia, nic innego mu nie pozostało. Przepadła wszelka nadzieja. Wspomniawszy po raz ostatni wszystko dobre, co spotkało go w życiu, Mariusz K. stanął na okiennym parapecie. Drżąc, przeżegnał się, wyciągnął ręce, zamknął oczy. No dalej, zrób to! – ponaglił się jeszcze w myślach, i już…

Światło w kuchni znów zajaśniało, a wraz z nim rozświetliło się oblicze Klaudyny. Sukces został odniesiony, Japonia jednak przegrała z potęgą Rosji – czyli wszystko było, jak być powinno.

I tylko cztery dni później w rzuconej niedbale anegdotycznej uwadze Klaudyna poinformowała śledzącego akurat z zapartym tchem transmisję obrad Sejmu Mariusza, iż jej znajoma sąsiadka z ostatniego piętra spadła ze schodów i złamała rękę, kiedy schodziła wieczorem w całkowitej ciemności, bo jakiś chuligan – Niech mu ręka uschnie! – wykręcił na półpiętrze żarówkę.

 

4 myśli na temat “Przygody Mariusza K. (19)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s