Przygody Mariusza K. (18)

Schody – wyjątkowo dziś łaskawe, jakby czuły w drewnianych duszach dziejowy ciężar chwili – nie wydały Mariusza K. zdradliwym skrzypieniem, kiedy pokonywał je w skupieniu. Wyciągał już ku klamce niewinną, bo i usprawiedliwioną długoletnim zwyczajem dłoń, ale czujne superego przyszło w porę na ratunek, przywołując odruchy do porządku. Mariusz, ganiąc się w myśli, w ostatniej chwili cofnął rękę, chronioną środowiskowo zabójczą plastikową rękawiczką. Poprawił kominiarkę i gogle na twarzy, a następnie, stęknąwszy, uniósł prawą nogę (zląkł się przy tym nieco, gdyż doświadczone podczas krótkiej, acz intensywnej przygody z jogą biodro chrząknęło ostrzegawczo z przypomnieniem o przeszłej boleści) i podeszwą buta nacisnął klamkę. Do wnętrza bloku wtargnęło listopadowe powietrze.

Mariusz po raz dwudziesty trzeci przeliczył starannie odmierzoną mu przez Klaudynę garść monet – w kwocie czterech złotych i siedemdziesięciu groszy – wstrzymał oddech i wyszedł na zewnątrz.

Ulica tchnęła pustką i bezruchem. Nawet gospodarz domu korzystał z łaskawie przyznanego przez wybrane w głosowaniu elity – dnia wolnego od pracy, o czym nieme świadectwo dawały jesienne liście, smętnie sunące z wiatrem po chodniku, popękanym od napierających spod ziemi drzewnych korzeni. Mariusz odetchnął z ulgą, lecz zaraz znów zmitygował samego siebie. Z rzadka tylko oddychając, ruszył szybkim krokiem w kierunku piekarni, gdzie oto triumf nieubłagany odnosiła – napiętnowana srodze jako grzech główny – żądza pieniądza nad podniosłym postulatem społecznej sprawiedliwości w zakresie powszechnego odpoczynku od pracy w święto narodowe. Jedenasty listopada jedenastym listopada, na tym świecie jednak nie ma sprawiedliwości – przemówił w Mariuszowej myśli pełen oburzenia głos Elżbiety Jaworowicz – a Mariusz, wbrew historycznej radzie Marii Antoniny, na śniadanie był raczej łaskaw chleb jadać aniżeli ciastka.

W cieniu bloku kroczył pospiesznie chodnikiem, spocone palce zaciskając na monetach jak uciekająca korytarzami szpitala psychiatrycznego Sarah Connor na zdobycznej tonfie. Już niedaleko, pocieszał się w myśli; już widział przed sobą cel: przysadzisty budyneczek w ciepłej barwie, na którego ścianie zamieścił ktoś koślawą inskrypcję tej treści:

Jeżeli to Niemcy przegrały wojnę, to dlaczego u nas bieda?

Na tak postawione pytanie Mariusz nie miał odpowiedzi i nawet jej nie szukał, gdyż zaczynał już odczuwać wyraźne braki w dostawie tlenu przez grubą kominiarkę oraz na skutek powodowanych strachem skąpych oddechów. Mimo to w duszy jego kiełkował nieśmiały spokój. Cel był blisko, niemal na wyciągnięcie rękawiczką chronionej przed drobnoustrojami ręki. Życie jednakże nie byłoby sobą, gdyby nie zaskoczyło i zarazem nie sypnęło w oczy, zgodnie z tekstem popularnej piosenki.

Nim dobrnął do owej oazy z pieczywem, z czterech kierunków naraz nadpłynął nagle wielki tłum, którego nikt nie mógł policzyć (choć w przeciwieństwie do opisów świętego Jana w rękach swych trzymali coś zgoła innego niż palmy, a w dodatku Mariusz szczerze wątpił, by to ci akurat wspomnieni byli w natchnionej księdze). Zamaskowani ludzie krzykiem i tupaniem butów odegnali senny spokój świątecznego dnia. Mariusz był w pułapce. Grupy krzykaczy z transparentami nadciągały bowiem zewsząd, odcinając mu zarówno możliwość rejterady do klatki schodowej bloku, jak i schronienia się za murami piekarni. Schwytany w oko cyklonu, mógł tylko rejestrować biernie i starać się ujść z życiem.

Z lewej strony zwartym szykiem nadchodziła grupa kobiet, wspierana przez nielicznych osobników płci przeciwnej. Symbolem widniejącym na zamaskowanych czernią twarzach było „S”, spanikowanemu Mariuszowi przynoszące na myśl krwawy bryzg (co jednakże w późniejszej retrospekcji owych wydarzeń wspaniałomyślnie uznał za zaledwie niefortunne skojarzenie nastawionego czysto na przetrwanie mózgu). Wystosowanym na licznych transparentach komunikatem kroczące w pochodzie niewiasty proponowały Mariuszowi, aby wypierdalał, co też chętnie i niezwłocznie uczyniłby, lecz możliwość ku temu odbierały mu pozostałe zbliżające się grupy.

Oto z prawej strony, jakby dla równowagi, nadchodził pochód niemal samych mężczyzn. Nosząc gdzie tylko się dało (także na maskach, które wszystkim im zakrywały oblicza) biało-czerwone barwy, skandowali gromkimi głosami coś o sierpie i młocie. Pewnie rolnicy, uznał Mariusz. Tylko czekać, kiedy wysypią coś na ulicy i aż do wiosny przez okno będzie zalatywał mu zapach chmielu.

Jako że natura w swej genialnej prostocie dąży do homeostazy, ludzie nadciągający na wprost Mariusza byli w liczebności płci niemal równo wymieszani. Ci maskami swymi niczego nie wyrażali, nieśli w rękach krzyże i różańce, podobnie jak pozostali wznosili pieśni oraz okrzyki, jednak wobec kakofonii tej Mariuszowy słuch pozostawał bezradny, niezdolny do identyfikacji treści.

Wtedy doszło do najgorszego. Tuż za Mariuszem szła czwarta, najstraszniejsza grupa. Nie zdążył poczynić szczegółowej obserwacji, celem zakwalifikowania ich jakoś bliżej pod kątem statystycznego rozkładu płci, ponieważ ze zgrozą odnotował, iż ludzie ci nie byli zamaskowani. Wrzeszcząc, maszerowali kursem kolizyjnym z pozostałymi zgrupowaniami, a pośrodku miejsca starcia, w samym ground zero, stał całkowicie bezradny Mariusz K. Zewsząd naparły na niego ciała i głosy.

– A na drzewach zamiast liści będą wisieć…

– … aborcjoniści!

– Tylko zjednoczone!…

– …przyjdź królestwo Twoje…

– Nie dla zamknięcia klubów!

– Wara od naszych brzuchów!…

– Dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać…

– …księdza!

– Odwołujemy plandemię!

– Rządzie, odwal się ode mnie!

– To jest wojna!

– …zwyrodnialcom!…

– … jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…

– Piekło kobiet…

– …śmierć wrogom ojczyzny!

– Musiałem zamknąć firmę. Straciłem tak wiele…

– …pedofilii w Kościele!

Panika porwała Mariusza. Rozepchnął oburącz tłum i wstrzymując oddech, rzucił się w kierunku – jak mu się wydawało – swego domu. Zamiar kupna pieczywa zdążył już porzucić, wszak wszelkie sprawy doczesne traciły na znaczeniu, gdy szło o przetrwanie. Gotów był nawet stanąć twarzą w twarz z nieubłaganymi konsekwencjami niedokonanego zakupu, a mianowicie dezaprobatą Klaudyny w postaci wykrzywionych ust oraz szurających gniewnie po dywanie obszernych, pluszowych kapci z mordkami lwów. W ścisku ciał ktoś zaśpiewał mu prosto w oczy:

–… wolną racz nam wrócić, Panie!

– Nic wam nie zabrałem! – odwarknął Mariusz, wymijając krzykacza.

Wpadł przez to na jakąś różowowłosą, bojowo nastawioną kobietę, odzianą w dziurawe spodnie. W odwecie odpowiedziała kwiecistym wyrażeniem określającym sposób prowadzenia się matki Mariusza, jak również zamaszystym ciosem dzierżonego w dłoni odzieżowego wieszaka. Oręż ten jednakże, prowadzony niewprawną ręką, ugodził nie K., a stojącego nieopodal łysego jegomościa w skórzanej kurtce i wojskowych butach. Mariusz zdążył jeszcze pomyśleć, że ów szkarłatne „S” na niewieściej twarzy teraz to już z pewnością stanie się krwawym śladem, nim na upragnionej drodze do bezpiecznego schronienia domowego stanął mu kolejny osobnik. K. krzyknął trwożliwie, widząc nieosłoniętą maską twarz owego awanturnika i wydobywszy błyskawicznym ruchem rewolwerowca pojemnik z zanadrza, prysnął prosto w nią środkiem do dezynfekcji. Następnie obficie skropił specyfikiem samego siebie.

Z dalszej drogi niewiele pamiętał, jak to czasem bywa, gdy tak hołubione przez człowiek wyższe funkcje poznawcze stają się obciążeniem i mózg, w swej niewypowiedzianej naukowymi słowy mądrości, najzwyczajniej w świecie je wyłącza, bezpardonowo robiąc miejsce dla spraw ważniejszych, czyli przetrwania. Nie opłakuje się róż, gdy płonie las, pomyślał smętnie Mariusz, kiedy zdolność myślenia zdołał już odzyskać, a miało to miejsce z dala od kotłującego się tłumu, na popękanym chodniku, gdzie feralną podróż rozpoczął. Teraz czekał go sąd za niedopełnienie jakże lekkomyślnie wziętych na siebie obowiązków.

Kiedy z karygodnie pustymi rękami stanął przed Klaudyną (dosłownie pustymi, bowiem powierzone mu z takim zaufaniem cztery złote i siedemdziesiąt groszy zagubił gdzieś podczas bezładnej rejterady), uprzedzając ją, od razu sformułował pod własnym adresem akt oskarżenia, przyznał się do winy i wymierzył sobie karę. Samokrytyka ta z początku nie wzruszyła dziewczyny, na co jednoznacznie wskazywało zmarszczone czoło oraz opuszczony nieco lewy kącik ust, lecz dla Mariusza nie była to pierwszyzna. Storytelling – jak nauczał internetowy mędrzec, wirtualny znawca ludzkiej duszy – przybliża do siebie całkowicie odrębne mikroświaty dwóch istot ludzkich, ułatwiając porozumienie. Przytoczył zatem Mariusz ze wszystkimi szczegółami i opisem stanów psycho-fizycznych powyższą relację, którą ja, autor, dla Waszej wiadomości tu spisałem.

Udało się! – wykrzyknął w skrytości Mariuszowy duch, albowiem zapowiedź surowego wyroku, w postaci szurania kapci, nie nadeszła, co więcej, twarz Klaudyny złagodniała w wyrazie niespodziewanej czułości. Niesiony nią Mariusz uformował swe usta w całuśny dzióbek i otworzył przed dziewczyną ramiona. Nim dwa światy ich ciał zeszły się w jeden, niestety harmonię zburzyła z nagłą irytacją wypowiedziana uwaga.

– A ręce umyłeś po powrocie?!

Znów oskarżenie i znów słuszne. Mariusz bowiem w rzeczy samej nie dopełnił obowiązku, wkraczając do mieszkania z umysłem swym pochłoniętym całkowicie sprawą niezakupionego pieczywa oraz awantury na ulicy. Teraz oto historie te miały swój ciąg dalszy – reperkusje nawet, rzec by się chciało językiem polityki – zatruły bowiem sielskie życie w tym domu fermentem niezadowolenia. Mogą maszerujący krzykacze być z siebie dumni, pomyślał gorzko K. Emocje naszej dwójki, czyste i bezbronne, skażone zostały brudnym chaosem z wyklętego, znienawidzonego, tylko czasem wspominanego trwożliwym szeptem – niczym diaboliczna Buka – świata zwanego Zewnątrz.

Pokonany Mariusz oddalił się w kierunku łazienki.

4 myśli na temat “Przygody Mariusza K. (18)

  1. Pierwszy raz komentuję Twego Mariusza K. Bardzo mi się podobało, co zauwazam – jak i mojemu Przedmówcy 🙂 Gabrielu, Ty rymujesz?! I to na czasie. Lekkie, współcześnie i jakże… inne. Przyzwyczaiłeś mnie do innych treści 😉 Pisz więcej na takim luzie, chętnie poczytam, a nuż i skomentuję jeszcze do pary? =)
    Z pozdrowieniami.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s