Fantasmagoria #31 – „Na gruzach” (cz. 2/2)

Gabriel Dobosz – „Na gruzach” (cz.2/2)

Część 1

4.Szlak bojowy

Odkąd osadę okalał mur, a przy nim wyrosły wieże obserwacyjne, nikt ich więcej nie napadał. Błocko rodziło obficie. Podkomendnych Gazzoba szybko przybywało.

Od czasu bitwy urósł znacznie. Czas zajmowało mu głównie szkolenie oddziału. Był największy i najsilniejszy z nich wszystkich, ale poza brutalnością poznał także inne sposoby uzyskania posłuchu. Często zabierał piechurów na wyprawy. Organizowali zasadzki na tragarzy oraz zwiadowców innych panów. Jedynie las Onura omijali z daleka. Zdobyte łupy oddawali Hodonarowi, natomiast trupy do pożarcia Gazzob rozdzielał wśród wojowników. Wyciągnąwszy lekcję z poczynań swego pana, nikomu nie pozwalał wzrosnąć za nadto. Zmuszał ich do wytężonych ćwiczeń: posłusznego wykonywania komend, treningowych pojedynków oraz walki w grupie – obserwując Hodonara, przeczuwał bowiem nadchodzące zmiany.

– Wkrótce wyruszymy – powiedział pewnego razu Makogg, jakby odgadując jego myśli. – Pan zbiera wyprawę.

Oczywiście, pomyślał Gazzob. Gromadził siły już od dawna, co widać było po transportach; tragarze pracowali bez wytchnienia.

– Inni również się szykują. – odrzekł. – Nawet zwiadowców już tu nie wysyłają.

– Nie ma po co. Każdy z panów zajął tyle ziem, ile zdołał; założył tyle wylęgarni, na ile pozwoliły mu siły. Jedyne, co pozostało do zdobycia, to góra Władcy.

Znów ten Władca, ten sam, który od pierwszej myśli towarzyszył Gazzobowi.

– Dlaczego tak go nazywają? – spytał Makogga. – Władczynią jest Teute.

– Nikt nie zna jego imienia. Wiadomo tylko, że rządzi bardzo długo, chyba najdłużej ze wszystkich panów. Jeszcze w mojej poprzedniej armii słyszałem plotki o jego umiejętnościach. Podobno nauczył się tworzyć sługi inaczej niż poprzez wylęgarnie.

– Podobno potrafi też sprowadzać ogień samym spojrzeniem, a pod górą wybudował podziemną fortecę – zadrwił Gazzob. – Próżne gadanie znudzonych piechurów.

– Dość powiedzieć, że jest stary i silny. Nikomu dotąd nie udało się go zabić. To wystarczy, by każdy z panów marzył o pożarciu jego ścierwa.

Gazzob doskonale to rozumiał. Sam także chciał zabijać i pożerać jak najwięcej. Na pierwszą ku temu sposobność nie musiał długo czekać.

 

*

Po otrzymaniu rozkazu wymarszu oddział Gazzoba ruszył zwartym szykiem. Osada niemal opustoszała. Pozostało w niej jedynie kilku nadzorców i wojowników do pilnowania życiodajnego błocka.

Po trzech cyklach nieba dotarli do osady nad przepaścią, gdzie dla Gazzoba wszystko się zaczęło. Już z daleka dostrzegł zmiany. Pod murami obozowała nieprzebrana rzesza podzielonych na oddziały wojowników Hodonara. Nigdy wcześniej nie widział aż tylu. Pośród ich namiotów kręciło się całe mrowie tragarzy, nadzorców oraz zwykłych sług. Gwar tysięcy głosów nie milkł nawet na moment. Gazzob przez chwilę przyglądał się krzątaninie, a potem spojrzał na odległą górę. Wieża Władcy ciągle tam była, ciągle rzucała wyzwanie zdobywcom. Zauważył jednak wcześniej niewystępujące wokół góry i na jej zboczach pasy umocnień. Pan nie zamierzał oddać swej twierdzy łatwo. On także poczynił przygotowania, świadom nieuniknionego.

Po rozbiciu obozu przybyli do nich tragarze z wozami wyładowanymi pancerzami i bronią. Choć Gazzob nigdy wcześniej nie nosił bojowego rynsztunku, szybko docenił, jaką przewagę w walce dawała gruba łuskowa zbroja, stalowy hełm oraz osłaniająca bok tarcza. Najbardziej jednak zaciekawiły go nowe rodzaje broni. Oprócz maczug czy włóczni, które znał dotychczas, były tam też ostrza, przypominające nieco oręż zwiadowców Władcy, ale znacznie dłuższe i zaopatrzone w chroniące dłoń jelce.

– Weź to – doradził Makogg, podając młot. – Pancerze oprą się cięciom, ale przed zgruchotaniem kości nie ochronią.

Gazzob zważył broń w dłoni, zamachnął się kilka razy. O tak, smukły obuch, przeszywający powietrze z głuchym odgłosem od razu spodobał mu się.

 

*

Zejście na dno kanionu zajęło armii niemal dwa cykle nieba. Teren stopniowo obniżał się, lecz i tak trudno było znaleźć wśród skał ścieżkę, którą mogłyby zjechać wozy.

Gdy dotarli do fortyfikacji pod górą Władcy, Gazzob nie mógł wyjść ze zdumienia. Nigdy jeszcze nie widział tak wysokich murów. Przerastały go co najmniej po dwakroć. Dostępu na górę broniła stalowa brama.

Hodonar począł niezwłocznie rozstawiać siły.

Jeden z oddziałów zbyt lekkomyślnie rzucił się do ataku i został zdziesiątkowany. Niemal stracili taran. Nieprzyjacielscy łucznicy szyli gęsto strzałami zza blanek, słudzy ciskali kamienie na głowy atakujących.

Gazzob wiedział, że za złamanie rozkazu pana grozi surowa kara, jednak nie zdołał się pohamować. Nakazał swym strzelcom dać im osłonę, a sam wraz z ciężko opancerzonymi, wyposażonymi w spore tarcze piechurami natarł na bramę. Wrota poddały się po kilku uderzeniach stalowego tarana.
Ponieśli straty, lecz i tak pierwszą linię umocnień zajęli zaskakująco łatwo. Widząc, że najeźdźcy się przebijają, słudzy Władcy wycofali się za kolejną bramę kilkadziesiąt metrów wyżej. Sam pan góry pozostawał w ukryciu.

 

*

Z początkiem piątego cyklu nieba od czasu wyruszenia w drogę armia Hodonara stanęła na szczycie góry. Przebyty szlak usłany był resztkami pożartych trupów. Stracili kilka oddziałów, ale nie aż tyle, ile przewidywał Gazzob. Miał wrażenie, że obrońcy walczyli chaotycznie, brakło im zapału, którym wręcz płonęli piechurzy jego pana. Ów zapał, niesłabnącą gotowość do walki widział, gdy triumfalnie wkraczali na szczyt.

Wierzchołek góry był rozległym, płaskim placem z wieżą po środku. Znał ją dobrze, przypatrywał się wielokrotnie z daleka. Dopiero jednak stając u stóp budowli, zobaczył, jaka była ogromna. Przesłaniając światło Teute, rzucała cień, w obrębie którego mieściła się większość armii. Na planie ośmiokąta wzniesiono ją z jakiegoś ciemnego, gładkiego kamienia. Masywne wrota były zamknięte.

Wykrzykiwano rozkazy i oddziały sprawnie rozmieściły się. Grupa Gazzoba stanęła na samym przodzie. Gotowi do szturmu, czekali.

Spomiędzy swych wojowników wyłonił się Hodonar. Szedł powoli, pewnie, wpatrzony w ostatnią pozostałą do pokonania przeszkodę. Dokoła zapadło napięte milczenie.

– Dlaczego nie wychodzą? – Gazzob zapytał Makogga szeptem.

– Może nikt już nie został.

– Z pewnością ma tam jeszcze jakieś sługi. Powinni bronić pana do upadłego.

Hodonar dotarł do wrót. Wydawał się silny jak nigdy przedtem. Z wnętrza wieży dobiegł głuchy, doskonale słyszany w zalegającej ciszy odgłos. Z ostrym zgrzytem masywne odrzwia powoli poczęły się otwierać.

Gazzob usiłował przeniknąć wzrokiem ciemności wnętrza. Budowla przesłaniała jednak blask Teute, przez co nie sposób było niczego dostrzec. Zauważył za to coś innego. Z chwilą, gdy wrota otworzyły się na oścież, pan, jakby z zawahaniem, cofnął się o krok. Potem wypadki potoczyły się błyskawicznie.

W ciemności za bramą wieży rozbłysło nagle ostre światło. Wielka postać Hodonara – który przesłonił dłonią porażone blaskiem oczy – rzuciła długi cień. Gazzob skoczył w bok, złapał zdumionego Makogga za kark i pociągnął za sobą. Tuż za ich plecami buchnęły płomienie. Wściekły syk ognia zmieszał się z kakofonią wrzasków. Gazzob parł naprzód. Wraz z Makoggiem roztrącali na boki piechurów, którzy niesieni paniką biegali bezładnie we wszystkich kierunkach. Niedaleko przed nimi znów wybuchło światło. Palący promień, jasny jak sama Teute na niebie, przeszedł przez morze ciał. Wrzaski wzmogły się. Gdzie trafił płomień, pozostał tylko popiół. Gazzob z towarzyszem pobiegli co sił w kierunku zbocza góry.

Błyskało raz za razem. Paląca śmierć szalała wokół. Gazzob zaryzykował i zerknął za siebie. W miejscu, gdzie przed chwilą stał Hodonar, zobaczył jedynie wypalony w skale krater.

Wbiegli na szlak i puścili się nim w dół zbocza. Jeszcze niedawno triumfalnie tędy wkraczali, a teraz pierzchli, by ratować życie. Z niespodziewanego pogromu ocalał mniej niż jeden oddział. Wszyscy uciekali, każdy na własną rękę.

Chciał, byśmy poczuli się pewnie, pomyślał Gazzob. Dlatego tak łatwo oddał górę. Na szczycie, zgromadzonych w jednym miejscu, mógł unicestwić wszystkich naraz.

U podnóża góry już na nich czekali. Rozproszone oddziały obozowały tam, gdzie oni ledwie pięć cykli nieba temu. Teraz jednak stała tu inna armia.

– Spóźnili się – syknął Makogg. – Tylko to ich ocaliło. – Splunął wściekle.

Gazzob zgodził się z nim w myślach. W przeciwnym wypadku to oni zostaliby rozbici w pył.

Z najbliższego oddziału ruszyła ku nim piątka zbrojnych. Ich obnażone ostrza nie dawały żadnych złudzeń. Z gniewnym pomrukiem Gazzob sięgnął po młot, lecz powstrzymała go dłoń towarzysza. Makogg pokręcił przecząco głową.

Obcy zatrzymali się w pewnej odległości. Wyglądali na zaprawionych w walce.

Nagle na Gazzoba padł cień. Zza pleców huknął głos.

– Zaprowadźcie ich do oddziału. Potem idźcie szukać reszty.

Gazzob odwrócił się i zadrżał. To nie był Hodonar, choć bardzo go przypominał. Pan obcej armii był jeszcze potężniejszy. Przyglądał się im nieruchomo, a w jego dłoni błyszczało ostrze miecza. Po wykonanej z przezroczystego kryształu, szerokiej, długiej klindze błąkały się refleksy światła.

Makogg skłonił się. Szturchnął towarzysza, by zrobił to samo. Chyląc głowę, Gazzob zastanawiał się, czy to straszliwe ostrze nie spadnie zaraz na ich odsłonięte karki.

Gdy pan odszedł, ruszyli za swoimi nowymi towarzyszami broni. Dołączyli do oddziału, posłusznie zajęli wskazane im miejsca. I tylko w zaciszu własnych myśli Gazzob poprzysiągł sobie, że nadejdzie chwila, gdy kryształowy miecz stanie się jego własnością. A potem zatopi go aż po rękojeść w piersi Władcy.

 


5. Wyzwanie

Pod górą Władcy Goru stanął przed niełatwym wyborem. Mógł wycofać swe oddziały, okazując zarazem słabość na oczach wszystkich sług, albo zaryzykować atak, w czasie którego on i jego armia mogli podzielić los Hodonara. Wybrał pierwszą możliwość. Góra pozostała niezdobyta.

Wraz ze swymi wojownikami wyruszył przejąć dotychczasowe osady Hodonara. Wylęgarnie i mnóstwo zapasów czyniło z nich doskonałe łupy. Zajął większość, tylko w kilku przypadkach ubiegli go inni panowie. Tak oto Gazzob powrócił do osady nad przepaścią.

Goru nakazał bezustanną obserwację wieży Władcy. Nic tam jednak się nie działo. Po jakimś czasie pojawili się słudzy, by naprawić i obsadzić na nowo zniszczone umocnienia. Nawet ślad nie pozostał po toczonych tam walkach.

W nowej armii Gazzob był zaledwie jednym z piechurów i wcale nie najsilniejszym. Zaskoczył go nieznany mu wcześniej rodzaj broni, którą posługiwali się wojownicy Goru. Gdy pierwszy raz ujrzał jej moc, był wstrząśnięty. Wytwarzaniem zagadkowego oręża zajmowali się specjalnie ku temu szkoleni słudzy: rusznikarze. Ich warsztaty stały na uboczu osady, gdzie bezustannie kopciły ciemnym dymem.

– Jak to działa? – zapytał kiedyś jednego z nich.

– Nie pojmiesz tego, piechurze.

Słabe kończyny, przygarbione plecy i długie, zręczne palce owego sługi budziły w Gazzobie obrzydzenie. Z łatwością powalił go na ziemię i przydepnął butem cherlawą pierś.

– Mów w tej chwili! – ryknął.

Ze stalowych luf ogniomiotów strzelano niewielkimi kulami, które potrafiły nieść śmierć na dużo większym dystansie niż wypuszczone z łuku strzały, a ponadto przebijały nawet najtwardszy pancerz – tyle sam zaobserwował. Przestraszony rusznikarz objaśnił mu, iż kluczowy jest tutaj proch, substancja wybuchająca przy kontakcie z ogniem. Czym go więcej, tym większą moc ma eksplozja.

– A gdybym podpalił całą beczkę?

– Rozerwałoby na kawałki tę skałę razem z tobą, o ile nie oddaliłbyś się w porę. – Sycząc wściekle, rusznikarz wskazał głową spory głaz nieopodal.

– Skąd bierzecie proch?

– Z gór, gdzie pozyskuje się składniki do jego wytwarzania. O następnej porze jasności powinni tu dotrzeć tragarze z kolejnym ładunkiem.

Zadowolony Gazzob puścił sługę.

Dowiedział się aż nadto. Jego szansa nadeszła prędzej, niż przypuszczał. Od następnego cyklu nieba nie będzie już więcej nikomu służył, pomyślał butnie; albo odniesie zwycięstwo, albo z jego poćwiartowanego trupa uczynią sobie ucztę najbardziej obiecujący wojownicy Goru.

 

*

Pora jasności dopiero nadchodziła. Na żółto-szarym niebie złoty blask oblicza Teute z wolna nabierał mocy. W półmroku i chłodzie Gazzob, Makogg oraz dziesięciu innych wojowników, którzy ocaleli z pogromu armii Hodonara, czekali w napięciu, ukryci wśród skał. Nieco poniżej, po dnie szerokiego na zaledwie kilka metrów wąwozu powoli kroczyła karawana. Tragarze wytrwale ciągnęli cztery wozy. Gazzob naliczył po pięciu zbrojnych przy każdym i dodatkowo po dwóch idących na czele oraz za karawaną.

– Dwukrotna przewaga – szepnął Makogg.

Gazzob spojrzał na swoich piechurów.

– Nie uszkodźcie ładunku – polecił. – Nie spodziewają się ataku, są znudzeni i śpiący; sądzą, że żaden pan nie zapuściłby się tak daleko na tereny Goru. Bijcie bez wahania. Dopóki będą zaskoczeni, przewaga pozostanie po naszej stronie.

Był pewien swych słów, gdyż na własne oczy widział, co może zdziałać niewielki oddział atakujący pod osłoną ciemności.

Poczekał, aż wozy znajdą się dokładnie pod nimi, po czym dał znak grupie czającej się na przeciwległej ścianie wąwozu. Na sygnał wszyscy chwycili oburącz ciężkie kamienie. Pociski runęły na głowy nieświadomych niczego strażników. Naraz ciszę zburzyły wrzaski i rumor zwalających się na ziemię ciał.

Zgodnie z przewidywaniem wśród zaatakowanych wybuchł chaos. Biegali wokół, nie wiedząc, skąd nadlatują kamienie. Jeden na oślep strzelił z ogniomiota. Tragarze przerwali marsz.

Grupie Gazzoba udało się położyć szesnastu strażników, nim pozostali pojęli wreszcie, co się dzieje, i wykorzystali osłonę wozów.

– Zabić! – krzyknął Gazzob, unosząc młot. Z obu stron wąwozu ruszyli do zwarcia.

Strażnicy tymczasem wypalili z ogniomiotów.

Gazzob zbiegał na dno wąwozu. Wiedział, że nie zdążą przeładować broni do kolejnego strzału. Mimo to jeden z nich próbował. Pierwszy cios bojowego młota desperacko sparował lufą, drugi rozłupał mu czaszkę. Pozostali strażnicy nie byli tak lekkomyślni. Topór Makogga natrafił już na gotową do obrony tarczę. Strażnik odbił uderzenie, lecz w niechronione plecy wbił mu grot włóczni nacierający z tyłu wojownik. Wzięci w kleszcze i zdezorientowani obrońcy karawany szybko zostali wybici.

U stóp Gazzoba leżały dwadzieścia cztery trupy strażników. Spośród swoich stracił trzech.

– Są wasi, jak obiecałem – rzekł do pozostałych wojowników, wskazując na truchła. – Możecie zabrać wszystko, co przy nich znajdziecie, i dwie beczki prochu. Reszta należy do mnie.

Łapczywie zaczęli pożerać zwłoki. Nowy pan nigdy nie pozwoliłby im na taką ucztę. Gazzob tymczasem podszedł do tragarzy, którzy obojętnie przyglądali się walce. Zdjął im uprzęże i puścił wolno. Jednemu zaś powiedział:

– Jam jest Gazzob. Idź powiedzieć panu, że wybiłem jego sługi i przejąłem ładunek. Jeśli chce odzyskać swoją własność, niech przyjdzie. Sam.

Pożarłszy pokonanych, wojownicy odeszli z łupami. W wąwozie pozostali tylko Gazzob z Makoggiem.

– Goru nie przyjdzie sam, wiesz o tym dobrze – powiedział drugi z nich. – Byłby głupcem, gdyby tak zrobił.

– Gdyby był głupcem, nie zostałby panem.

Zabrali się do pracy. Potem Makogg ukrył się, Gazzob zaś z płonącą pochodnią w ręku stanął pod sporym występem skalnym i spokojnie czekał.
Nie minęło dużo czasu, nim wysoko na skałach na tle całkiem jasnego już nieba dostrzegł ruch.

– Miałeś przyjść sam, Goru! – zawołał Gazzob. – Wycofaj ich, albo wszystko zniszczę! – Ostrzegawczo machnął pochodnią w kierunku wozu. – A może chcesz zaryzykować? Sprawdzimy, czy trafiony strzałą, zdążę podłożyć ogień?

Nie otrzymał odpowiedzi. Czekał w napięciu. Warknął i dał krok w kierunku beczek z prochem. Wtedy ktoś krzyknął. Czający się sługa oraz kilku innych, których Gazzob wcześniej nie dostrzegł, zniknęli z pola widzenia. Nie miał wątpliwości, że wciąż są w pobliżu, ale przynajmniej chwilowo nikt nie mierzył do niego z łuku.

Wielka postać wyszła z półmroku całkowicie bezszelestnie. Masywne ostrze kołysało się złowrogo w rytm kroków Goru. W krysztale miecza odbijał się blask ognia. Szkarłatne oczy też płonęły. Emanująca od pana siła aż przytłaczała. Palce Gazzoba zacisnęły się mocniej na pochodni. Poczuł się mały i słaby. Mimo to popatrzył śmiało w twarz olbrzyma przed sobą.

– Złóż broń i oddaj mi pokłon! – zawołał, starając się ukryć drżenie. Jeszcze chwila, pomyślał.

Płonące oczy miażdżyły go spojrzeniem. Musiał przywołać na pomoc całą siłę swej woli, by stać dalej bez ruchu. Już prawie!

Goru stanął tak blisko, że Gazzob poczuł ciepło bijące od szarego jak popiół ciała. Omal nie krzyknął, gdy dłoń pana dotknęła jego twarzy. Palce, które z łatwością mogły zmiażdżyć mu czaszkę, przesuwały się po niej, jakby badając z zaciekawieniem. Już, no dalej! – wył umysł Gazzoba. Dłoń była twarda i szorstka jak kamień. Czuł wyraźnie pracujące w niej mięśnie. Nagle dojrzał jakąś zmianę w ognistych oczach. Ręka pchnęła i Gazzob runął na plecy. Pogardliwy pomruk wydobył się z potężnej piersi Goru, gdy wznosił do ciosu wielki miecz. Teraz!

Ostrze opadło ze świstem.

Lapis! – wykrzyknął w tym samym momencie Gazzob.

Miecz uderzył z przeraźliwym trzaskiem. Kawałki kryształu rozsypały się po dnie wąwozu. Niewymownie zdumiony Goru popatrzył na wyszczerbioną klingę, a potem na nieuszkodzoną głowę Gazzoba. Rozpoznał słowo, pojął, co zaszło, ale zbyt późno.

Płonąca strzała śmignęła kilka metrów nad jego głową. Bezbłędnie trafiła w wypełnioną po brzegi prochem beczkę na występie skalnym. Eksplozja wstrząsnęła wąwozem. W ogłuszającym rumorze skała zwaliła się wprost na stojącego pod nią Goru. Makogg strzelił ponownie. Rozsypana wysoko na ścianie wąwozu ścieżka z prochu zajęła się ogniem i spowodowała trzy znacznie słabsze wybuchy. Ich huk miał za zadanie przepłoszyć czających się tam wojowników.

Kiedy opadł kurz, w wąwozie zaległa martwa cisza. Upewniwszy się, że słudzy na górze rzeczywiście uciekli, Makogg wyszedł z ukrycia. Oswobodzenie Gazzoba nie sprawiło mu problemu – przysypało go znacznie mniej niż Goru, który niemalże cały zniknął pod masą skał.

Gazzob z wolna poczuł, jak życie znów płynie przez jego członki. Słowo kamienia, które niegdyś nieopatrznie zdradził mu Hodonar, przestawało działać. Spełniło swe zadanie: obroniło go przed cięciem miecza oraz lawiną kamieni. Plan całkowicie się powiódł.

Zaczęli przekopywać rumowisko. Spod zwałów kamieni wystawała nieruchoma dłoń. Miecz znaleźli nieco dalej. W trzech czwartych długości szerokie ostrze szpeciło wyszczerbienie. Gazzob podniósł broń. Potrzebował obu rąk, by dzierżyć ją pewnie. W krysztale ukazało się odbicie jego oblicza. Pomyślał, że ostatni raz widzi swą twarz taką: dziką, pokraczną. Wkrótce stanie się doskonały.

Zwrócony do niego plecami Makogg grzebał dalej w kamieniach. Gazzob napiął mięśnie, unosząc miecz nad głowę. Zawahał się jednak.

– On żyje!

Pokryta ranami i kurzem pierś Goru unosiła się. Oddychał z trudem. Poobijana twarz ledwie przypominała tę dawną, budzącą lęk wśród sług. Gazzob stanął nad nim. Cierpliwe czekał, aż szkarłatne oczy spojrzą na niego. Chwilę trwało, nim pan je otworzył, skupił wzrok. Gazzob nie dojrzał w nich jednak tego, czego oczekiwał.

– Umierasz, panie – rzekł szyderczo – a ja będę ucztował na twym ścierwie. Ja, Gazzob!

Goru nic nie odrzekł. Odpowiedzią była ta sama pogarda, z którą patrzyły na niego wcześniej teraz gasnące już oczy. Gazzob z wściekłym rykiem zamachnął się mieczem. Klinga przeorała wykrzywione kpiąco oblicze. Wrzeszcząc, rąbał zapamiętale, aż z twarzy pana została tylko bezkształtna miazga potrzaskanych kości i tkanek, skąpana w kałuży lux creationis. Światło stworzenia zbryzgało ostrze miecza. Gazzob i Makogg patrzyli zafascynowani, jak z początku oślepiająco jasne, gasło, zmieniając się powoli w bezbarwną ciecz.

Gazzob dyszał, zziajany. Oto by zostać panem pozostało mu już tylko jedno. Mimo to nie czuł spodziewanej satysfakcji. Zamyślony, spoglądał na zmasakrowane zwłoki. Makogg warknął niecierpliwie.

– Dostaniesz swoją część, jak obiecałem – zapewnił go Gazzob. – Ale nie tutaj.

Z niemałym trudem poczęli ciągnąć wielkiego trupa głębiej w mrok wąwozu.

*

Zwinięty w kłąb Gazzob leżał w ciemności groty. Czuł, jak pożarte ciało powoli jest trawione, jak ukryta w nim siła stopniowo staje się jego własną. Cienka szczecina porastająca dotąd kończyny wypadała garściami. Skóra twardniała. Mięśnie pęczniały pod nią. Kości rosły. Jednocześnie przepełniało go obezwładniające zmęczenie. Gdy ciało się zmieniało, umysł zatonął w dziwnych, obcych myślach…

…w promieniach porannego słońca i uznał, że wkrótce będą dojrzałe. Skosztował owocu prosto z gałązki. Tak, potrzebuje jeszcze czasu, by nabrać słodyczy, pomyślał.

Wśród szemrzącego lekko wietrzyku usłyszał wołający jego imię głos. Popatrzył ponad krzewami. Uśmiechnął się. Morgia biegła ku niemu przez ogród.

– Tu się schowałeś! – wysapała. – Szukałam cię.

Pogłaskał ją po zarumienionym policzku.

– Na twoje wezwanie, piękna – odrzekł przesadnie uroczyście.

Muzyka jej perlistego śmiechu była mu tak miła. Zatopił palce w złotych lokach dziewczyny…

Nie miał pojęcia, jak długo tak leżał. W końcu zniknęła spowijająca go mgła. Gazzob otrząsnął się z majaków. Był gotów. Wychodząc z groty, przyjrzał się swym dłoniom. Zacisnął je w pięści: wielkie i mocne. Podniósł z ziemi miecz, tym razem bez wysiłku.

Długo przyglądał się, jak odbite w krysztale ostrza jego oczy płoną czystym, doskonałym szkarłatem.

6. Władca

Rozstawione na wzgórzu armaty czekały w równym rzędzie na oddanie swej pierwszej salwy. Nowa broń Gazzoba wkrótce miała przejść chrzest bojowy. Długie lufy mierzyły w nadciągającą z oddali armię.

Tam, daleko, po kamienistej równinie oddziały Azyra maszerowały, by rzucić wyzwanie Władcy. Jeszcze nie wiedzieli, że Gazzob już ich oczekiwał i to on będzie ich pierwszym, a zarazem ostatnim przeciwnikiem. Przypominali dawną armię Hodonara: byli nieprzygotowani, słabi, nieświadomi, co ich czeka. On zaś wiedział o nich wszystko. Oddziały zwiadowców doskonale się sprawdziły, obserwując i donosząc o posunięciach Azyra. Życie nauczyło Gazzoba, iż wiedza może być równie groźną bronią co miecz, a często nawet groźniejszą.

Niespiesznie kroczył pośród namiotów swoich oddziałów. Wyczuwał, jak na jego widok wojownicy sztywnieją z trwogi, słyszał urywające się rozmowy. Teraz był większy od nich wszystkich i to znacznie. Był ich panem.

Popatrzył na niedaleką górę Władcy, ostateczny cel wszystkich panów Teutaru. Gazzob miał nad nimi jedną istotną przewagę. Raz już był na tym szczycie. Ledwo uszedł z życiem, lecz posiadł tam wiedzę niedostępną innym. Zrozumiał, jak pokonać Władcę.

Widział przed sobą prostą drogę wiodącą do celu, a jednak, odkąd jako potężny pan opuścił grotę, coś nie dawało mu spokoju. Jeśli zdobędzie górę i zabije jej pana, co wówczas uczyni? Czy będzie dość silny, aby rzucić wyzwanie Teute? Sam Władca nie próbował tego, choć Gazzob doskonale wiedział, jak wielką mocą dysponował. Co zatem zrobi? Na pewno nie zamknie się w wieży. Wyruszy, aby podbić pozostałych, nie będzie bezczynnie czekał, aż staną u jego wrót. Na końcu wejdzie do lasu, gdzie ukrywa się Onur – jedyny, który nie stworzył armii. Gazzob wydrze mu wszystkie skrywane tam sekrety.

– Makogg! – zawołał.

Wojownik stanął przy nim, chyląc głowę w ukłonie. Gazzob pozwolił mu urosnąć. Był teraz najpotężniejszym z jego sług. Choć wtedy w wąwozie miał obawy, oszczędzając go, Makogg okazał się jednak bardzo użyteczny.

– Każ ładować armaty. Na mój sygnał zaczniecie strzelać.

Wojownicy Azyra byli coraz bliżej. Szli pogrupowani w oddziały o dokładnie takiej liczebności, jak donieśli zwiadowcy. Dłoń Gazzoba zacisnęła się mocniej na rękojeści miecza. Drżał z ekscytacji na myśl o bitwie. Oto nadchodził jego czas.

Przyłożył palce do ust i głośno zagwizdał. Niemal natychmiast usłyszał tupot wielkich łap. Z kpiącym uśmiechem obserwował, jak wojownicy z jego armii pierzchną na boki przed wielkim stworem, który szarżował, nie zważając na nic. Sporym susem pokonał ostatnie dzielące ich metry i posłusznie ułożył potężne cielsko u stóp Gazzoba. Z rozwartego pyska Czterołapego buchało gorące powietrze. Był najwspanialszym sługą swego pana, owocem długich prac w wylęgarni i starannego doboru. Garbatą, zwartą sylwetką przypominał nieco tragarza, lecz był znacznie masywniejszy. Zgodnie ze swym imieniem poruszał się na czterech umięśnionych łapach. Miał kanciastą, grubą paszczę pełną ostrych zębów i wpadnięte głęboko w podłużną czaszkę oczy. Choć nie potrafił mówić, a rozumu miał mniej niż najgłupszy z tragarzy, był bezgranicznie posłuszny panu. To właśnie Gazzob cenił w nim najbardziej.

Zręcznie wskoczył na grzbiet stwora i usiał w siodle. Spojrzał na Makogga.

– Wszystko gotowe, panie – rzekł wojownik.

Oczywiście Gazzob mógł zostać na wzgórzu i dowodzić natarciem. Przy tej jednakże, jak i przy kilku poprzednich potyczkach nie potrafił odmówić sobie osobistego udziału w walce. Uwielbiał wyczuwalny niemalże w powietrzu odór strachu, gdy z wrzaskiem szarżował na grzbiecie Czterołapego w stronę nieprzyjacielskich oddziałów. Na wspomnienie siejącego spustoszenie kryształowego ostrza jego wnętrze stawało w ogniu. Nie mógł go dłużej powstrzymywać. Dźgnął piętami i stwór natychmiast pogalopował, niosąc go w dół zbocza.

Pędzili po kamienistej równinie. Piasek chrzęścił, rozrzucany na boki wielkimi łapami. Gazzob czuł na twarzy pęd powietrza. Byli już niedaleko. Z dziką radością obserwował, jak zdumieni jego widokiem wrogowie zatrzymują się. Zakręcił nad głową mieczem.

Wtem zagrzmiał złowrogi pomruk wystrzału. Kilkadziesiąt metrów od niego armatnia kula wybuchła, wzniecając chmurę kurzu i miotając na wszystkie strony ostre odłamki. Zdumiony Gazzob spojrzał na wzgórze. Nie dał jeszcze sygnału, pomyślał wściekły. Przy działach stał Makogg. Wyprostowany, patrzył na swego pana bez lęku. Uniósł dłoń. Gazzob zrozumiał natychmiast. Zawrócił Czterołapego. Armaty wypaliły jednocześnie.

– Zdradzieckie ścierwo! – zdążył jeszcze krzyknąć, nim zagłuszył go huk eksplozji.

Ziemia zadrżała, w powietrze wzbiły się fontanny piachu. Ledwo przez nie widząc, Gazzob pognał w kierunku góry Władcy. Miał jeszcze szansę, ocenił; nie wstrzelili się. Musiał zdążyć, nim załadują ponownie.

Poganiając Czterołapego, zaciskał zęby z wściekłości. Makogg zdradził! Ten sam, któremu Gazzob ocalił życie na szczycie góry, teraz poszedł służyć innemu panu. Przeciwnik okazał się sprytniejszy; Azyr również potrafił działać skrycie i to jeszcze skuteczniej.

Zbocze wznosiło się w przed nim stromo. Pod potężną ścianą góry ciągnął się labirynt poszarpanych skał i głazów. Jeśli tam dotrze, będzie bezpieczny. Od schronienia dzieliło go około trzydziestu metrów, gdy armaty huknęły znów. Gazzob wrzasnął. Gorący podmuch uniósł go w powietrze, a ciało przeszył ból. Wypadł z siodła, runął ciężko na ziemię. Gdzieś niedaleko suche podłoże rozdarła kolejna eksplozja. Przysypał go piach.

Gazzob czołgał się. Chwycił upuszczony miecz i parł wytrwale w kierunku skał. Czuł, jak z ran wycieka światło stworzenia, każdy ruch rwał go boleśnie. Obrócił głowę tylko na sekundę. Czterołapy z rozszarpanym przez odłamki bokiem leżał nieruchomo.

Ciężko dysząc, Gazzob wpełzł między głazy. Tworzyły tam coś w rodzaju nieregularnych korytarzy. Podpierając się mieczem, wstał na nogi. Armaty oddały trzecią salwę, lecz nie sięgnęły już jego kryjówki. Kuśtykał po nierównym kamienistym podłożu. Nagle coś przesłoniło światło Teute. Podniósł głowę i zobaczył go na skale powyżej. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Azyr ważył w dłoni stylisko ciężkiej stalowej maczugi.

– Zawiedli, jak widzisz – warknął Gazzob. – Już przy pierwszym zadaniu. Jakże marnych pomagierów nakłoniłeś do zdrady. Zejdź i sam weź to, po co przyszedłeś! – Chwycił oburącz rękojeść miecza.

Azyr zeskoczył. Gazzob zaatakował natychmiast, nie dając mu odzyskać równowagi. Maczuga sparowała cięcie. Stalowy bijak zakręcił młynek w powietrzu i spadł na ramię Gazzoba. Trafiony, ledwo ustał na nogach. Ręka zawisła mu bezwładnie. Kolejny cios maczugi mierzył w głowę. Gazzob uchylił się i ciął jednorącz od dołu. Azyra jednak nie spowalniały rany, więc odskoczył z łatwością. Zaraz też kontratakował. Zadane z obszernego zamachu uderzenie, choć zablokowane ostrzem, rzuciło Gazzoba na ziemię.
Lewe ramię miał niewładne, z poszarpanych odłamkami ran ciekło obficie lux creationis. Siły go opuszczały. Azyr stanął nad nim, wzniósł maczugę nad głowę. W szkarłatnych oczach Gazzob zobaczył własną zgubę.

Wtem kątem oka dojrzał jakiś błysk wśród skał. Zrozumiał, że to blask Teute odbija się od kryształu miecza, który wciąż trzymał w dłoni. Szybko obrócił klingę. Posłał refleks światła prosto w oczy wroga. Azyr zamrugał, na sekundę tracąc orientację. Maczuga opadła, lecz Gazzoba już tam nie było. Całą pozostałą mu siłą rzucił się w bok i wbił sztych miecza w odsłonięty tors Azyra. Przeciwnik zacharczał. Z głębokiej rany natychmiast popłynął strumień światła stworzenia. Gazzob wyszarpnął broń. Maczuga wypadła z bezwładnej dłoni. Azyr osunął się na ziemię.

Głód pokierował Gazzobem. Musiał natychmiast się pożywić, inaczej umrze. Azyr nie wydał jeszcze ostatniego tchnienia, gdy niedoszła ofiara poczęła łapczywie pożerać jego ciało.

*

Ledwo był świadomy tego, co robił. Pamiętał tylko, że zaciągnął gdzieś między skały mniej więcej w połowie ogryzione truchło. Potem jadł dalej. Ostatnią jasną myślą była ta o znalezieniu kryjówki. Potykając się, kroczył przez mgłę, aż padł, obezwładniony zmęczeniem. Gazzob miał wrażenie, że spada. Otworzył się przed nim bezmiar ciemnych chmur, a wokół wirował popiół. Nagle niebo rozjaśniało, jakby przetarte ogromną dłonią. Znów był z nią w ogrodzie.

…szumiąc wśród wysokich drzew, wiatr poruszał jej zwiewną szatą, gdy szli niespiesznie. Uniosła smukłe, lekko zbrązowiałe od słońca ramię. Na wyciągniętej dłoni usiadł wróbel, zaćwierkał i przyjrzał się im badawczo maleńkimi oczami. Morgia zachichotała.

– Jak to robisz, że za każdym razem przylatują? – spytał.

– Kocham je. Wiedzą o tym – odpowiedziała dziewczyna.

– Wszystkie wróble?

Uśmiechnęła się lekko.

– Wszystkie żywe stworzenia.

Usiedli na miękkiej trawie. Ze wzgórza mieli doskonały widok na plątaninę wyłożonych kamieniem uliczek. W oddali górował nad innymi budowlami Gmach Sztuki. Gdy nań spojrzała, na radosną dotychczas twarz Morgii padł cień. Próbowała ukryć niepokój, lecz Onur zbyt dobrze ją znał. Dostrzegł, gdzie ciągle zerkała.

– Ty znów o tym? – rzekł z lekkim wyrzutem. Spuściła wzrok.

– Musisz iść, Onurze? Tak mało czasu nam zostało.

Westchnął.

– Wiele się tam uczę od Teute. Tworzenie jest niesamowicie fascynujące. To jak odkrywanie, wiesz? W bryle kamienia rzeźba jest już zawarta. Artysta jedynie musi ją odkryć, odrzucić to, co niepotrzebne.

Uwielbiała słuchać, gdy tak mówił. Ale z drugiej strony…

– Chciałbym, żebyśmy przygotowali razem wystawę – ciągnął podekscytowany Onur. – Wkrótce powstanie coś naprawdę wspaniałego. Spodoba ci się, jestem pewien.

– Naprawdę? – Rozpromieniła się. Nie mogła uwierzyć, że jej to proponował.

– Teute uważa, że jestem już gotów do zaprezentowania swojej pracy. Z pewnością mi pomoże. Dzisiaj przedstawię jej moje pomysły.

Uśmiech Morgii zgasł natychmiast. Onur zauważył to.

– Przepraszam. Źle się wyraziłem. Nie chciałem, byś pomyślała…

– Źle wybrałeś mistrzynię – rzekła ze złością, nim zdołała się opanować.

– Ach, więc o to chodzi – mruknął.

Wstała energicznie. Odwróciła twarz, nie chcąc, by znów czytał w niej jak w otwartej księdze.

– Lepiej wracajmy – rzuciła sucho…

Tym razem wizja nie opuściła go łatwo. Gazzob oglądał te niezrozumiałe sceny, czując przytłaczający ciężar obcych doświadczeń. Wiedział, że to kiedyś się zdarzyło. Uwięziony w zwidzie, wysiłkiem woli wreszcie go przemógł i otworzył oczy. Leżał w skalnej szczelinie, ukryty w cieniu. Wymacał dłonią rękojeść miecza. Wypełzł na zewnątrz, do światła. Oto będąc na skraju śmierci zwyciężył i powstał, pomyślał. Nowe siły pulsowały w ciele. Spojrzał na zbocze góry Władcy. Był gotów.

Nieopodal leżały resztki truchła Azyra. Gazzob powiązał ze sobą kilka strzępów skóry, tworząc prowizoryczny pas. Zatknąwszy za niego miecz, rozpoczął wspinaczkę.

Dłonie i stopy pracowały mechanicznie, bez udziału woli. Jego umysł nie potrafił otrząsnąć się z przeżytego doświadczenia. Kim były te postacie? Cóż to za dziwne miejsce, którego nie sposób nawet opisać? Czy rzeczywiście był tam Onur? Te drzewa… Jego las? Niemożliwe. Wszystko było obce, nawet niebo o niespotykanym błękitnym kolorze. Do tego niezrozumiałe, tajemnicze słowa. No i Teute, nazwana tam mistrzynią, która jeszcze nie zajęła miejsca na nieboskłonie.

Po raz drugi Gazzob pożarł ciało pana i po raz drugi przeżył wizję. Nie mogła być prawdą, a jednak nie opuszczało go przeświadczenie, że te wydarzenia miały miejsce w przeszłości. Im intensywniej myślał, tym bardziej przenikał go nieubrany w słowa niepokój. Choć nie pojmował tego, co tam widział, czuł unoszącą się w powietrzu… zapowiedź. Tamte dwie postacie nie wiedziały tego, nie były świadome, że coś wkrótce miało się wydarzyć. Coś wielkiego.

Teute bladła już, gdy dotarł na szczyt. Ciemność nadpływała leniwie. Gazzob spojrzał w dół na ścianę, którą właśnie pokonał, ścisnął w dłoni rękojeść miecza i ruszył do wieży. Gmach Władcy stał pogrążony w ciszy i bezruchu, dokładnie jak przy poprzedniej wizycie w tym miejscu. Wówczas jednak Gazzob był zaledwie nędznym sługą. Dziś przychodził jako zdobywca, nowy pan góry.

Szedł samotnie po rozległym placu. Stanął u wrót. Przed sobą miał niewielki krater – jedyne, co pozostało po unicestwionym tu Hodonarze. Burząc ciszę, zawołał głośno. Nie było odpowiedzi. Czekał, coraz mocniej zaciskając palce na mieczu. W końcu masywne zawiasy skrzypnęły.

Powoli otwierające się wrota ukazały przestronną, ciemną salę. Dopiero w głębi Gazzob dostrzegł słaby blask pochodni. Ktoś stał przed nim w półmroku. Smukła, wysoka postać wyróżniała się na tle niedoskonałej czerni. Wiedział, co zaraz miało nastąpić, a mimo to dał się zaskoczyć. W rozbłyskującym nagle świetle zobaczył tajemniczą postać w całej okazałości i natychmiast ją rozpoznał. To niemożliwe, pomyślał. Chwila wahania nieomal kosztowała go życie.

Oślepiająco jasne światło wystrzeliło. W tym samym momencie Gazzob przyklęknął, osłaniając się szeroką klingą miecza. Straszliwa siła o mało nie wyrwała mu broni z rąk. Zachwiał się pod napierającą falą ognistego żaru. Odbity od kryształu promień wrócił już jednak, skąd został posłany.

Chwilę trwało, nim odzyskał porażony światłem wzrok. Gazzob wkroczył do wieży. Pod przeciwległą ścianą zobaczył kamienną studnię. To z niej, wcale nie od pochodni, biła zaobserwowana z początku jasność. Postać, którą zwano Władcą, leżała na gładkiej podłodze nieopodal. Tak ją zwano, gdyż nikt nie znał jej imienia. Gazzob, przyglądając się tej widocznej w bladym blasku twarzy, wyrzekł je na głos.

– Morgia.

Nosiła długą, ciemną szatę. W miejscu gdzie trafił promień, spod strzępów ubrania wyzierało zwęglone ciało. Poznał ją, choć zmieniła się. W zwidach była taka obca ze swą miękką, rumianą skórą i jasnymi włosami. Teraz bardziej przypominała mieszkańców Teutaru.

– Jesteś zaskoczony – stwierdziła. Jej głos także uległ zmianie. – Nigdy się nie zastanawiałeś, dlaczego poza Teute nie ma tu żadnych kobiet?

Gazzoba rzeczywiście nie opuszczało zdumienie. Wiele razy wyobrażał sobie tę chwilę, lecz nigdy w taki sposób.

– Naturalnie że nie – Morgia odpowiedziała sama sobie. – Rozmyślanie nie leży w twej naturze, pokrako. To umiejętność twórczych istot. Ty potrafisz jedynie niszczyć.

– Pokonałem cię! – wykrzyknął butnie Gazzob. – Od tego cyklu nieba to mnie będą zwali Władcą.

– Władcą… I czymże będziesz władał?

Rozejrzał się po sali. Poza studnią nie było w niej nic: puste przestrzenie, gołe kamienne ściany. Nie tak to sobie wyobrażał. Nie spuszczając czujnego spojrzenia z Morgii, podszedł do światła.

– Śmiało, zajrzyj. Może wreszcie zrozumiesz – powiedziała. Spróbowała się podnieść, lecz tylko syknęła z bólu.

Z trzymanym w pogotowiu mieczem Gazzob stanął przy studni. Woda w płytkim zbiorniku była niespotykanie czysta, bez żadnego osadu, i to ona emanowała światłem. Z tafli odpowiedziało mu spojrzeniem jego własne oblicze.

– Uważasz się za wielkiego, to widać. Wiedz, że wielkość i wspaniałość przeminęły. Zostały po nich jedynie gruzy, a ty i tobie podobni jesteście szczurami, które żerują na resztkach. Spójrz i stań w prawdzie… Władco – rzekła szyderczo Morgia.

Wtem nieruchomo stojąca woda wzburzyła się. Blask nabrał mocy. Gazzob nie widział już swej twarzy, teraz…

…rysowała mechanicznie, pozwalając myślom błądzić. Dłoń z kawałkiem węgla przemykała po papierze, Morgię zaś pochłonął niepokój. Czy teraz zwróci na nią uwagę? Doceni jej poświęcenie? Ryzykowała ogromnie. Prawdopodobnie czekała ją kara i to bardzo surowa. Nikt wcześniej nie poważył się na podobny czyn. Nie dbała o to. Jeśli dzięki temu zbliży się do Onura, była gotowa ponieść konsekwencje. Stworzyła coś wielkiego i on, wspaniały artysta, z pewnością zrozumie, przekonywała sama siebie. Zrozumie dzieło, zrozumie ją, a pewnego dnia wejrzy w swe serce i być może znajdzie w nim choć okruch, choć odrobinę tego, o co każdego dnia Morgia bezgłośnie prosiła wszystkie gwiazdy na niebie.

– Kochaj mnie… – wyszeptała.

Spojrzała na bezwiednie wykonany rysunek. Z arkusza papieru spoglądała na nią surowa twarz Teute.

Morgia rozmazała na niej węgiel, wyszarpnęła papier, a potem z furią podarła na drobne kawałki…

…Nadszedł dzień wystawy i Gmach Sztuki tłumnie wypełniali widzowie. Onur aż płonął z ekscytacji. Oto za kilka chwil efekty jego pracy ujrzą światło dzienne. Nie mógł się doczekać reakcji publiki, ale co by nie powiedzieli, już otrzymał najcenniejszą mu nagrodę za długie godziny mozolnej pracy. Spojrzał na Teute. Na widok malującego się w jej oczach podziwu, duch rósł w nim na tyle, że za moment chyba wzniesie się w powietrze.

Wraz z innymi adeptami czekał w wielkiej sali Gmachu, gdzie ustawiono już, póki co zakryte, eksponaty. Nagle drzwi otworzyły się i czterech mężczyzn wwiozło na wózku jeszcze jeden. Z mozołem ustawili obok pozostałych kolejną sporą rzeźbę przesłoniętą płachtą. Wraz z nią zjawiła się Morgia.

– Co to ma znaczyć? – spytała ostro Teute.

– Przyszłam na wystawę – odrzekła dziewczyna. Nie uciekła wzrokiem przed gromiącym spojrzeniem mistrzyni.

– Nie jesteś adeptką, Morgio.

– Nie. Ale tworzę.

– Natychmiast stąd wyjdź. To nie miejsce dla ciebie.

– Och, czyż budynek ten nie zwie się Gmachem Sztuki? Chcę zatem zaprezentować swoją.

Twarz Teute stężała.

– Zaraz zaczynamy wystawę. Nie będę z tobą dyskutować.

Wykonała gest dłonią. Rzeźba Morgii uniosła się kilka centymetrów nad podłogę i wolno poczęła sunąć w powietrzu ku drzwiom.

Onur aż otworzył usta w zdumieniu. Bardziej od wtargnięcia Morgii zaskoczyło go zachowanie mistrzyni. Znał ją na tyle, by wiedzieć, że pod kamienną twarzą skrywała wzburzenie.

Morgia stanęła na drodze lewitującej rzeźbie.

– Pani, może pozwólmy jej… – zaczął nieśmiało Onur. Przenikliwe oczy Teute spoczęły na nim. – Jest bardzo zdolna, nie przyniesie nam wstydu. Ręczę za nią.

– Nie jest adeptką – powtórzyła Teute.

– To prawda. Jednak od twej woli wszystko tu zależy, pani. Proszę, pozwól mojej przyjaciółce zaprezentować swoje dzieło. Wiem, że długo nad nim pracowała, włożyła w nie wiele serca. Ufam jej.

Mistrzyni dalej mierzyła go nieruchomym spojrzeniem. Było w nim coś, czego nie potrafił nazwać. Jej palce kiwnęły przyzwalająco. Rzeźba zawróciła w powietrzu i podpłynęła z powrotem, by zająć miejsce obok pozostałych.

– Zatem ja zaufam twemu osądowi, Onurze – rzekła chłodno, patrząc na Morgię.

Dziewczyna skłoniła się uprzejmie.

Wkrótce rozpoczęto pokaz. Prace Onura spotkały się z wielkim uznaniem. Widzowie podziwiali jego kamienne rzeźby, odlewy z brązu i stali, najbardziej zaś podobał im się kunsztowny miecz o wykutym z kryształu ostrzu. W szeptach mówiono o młodym artyście jako o przyszłym następcy mistrzyni. Dopiero na końcu Teute pozwoliła odsłonić rzeźbę Morgii.

Zdjęto płachtę i oczom przybyłych ukazał się kamienny posąg. Rzeźba przedstawiała wyprostowaną, nagą postać o gładkiej, bezwłosej głowie. Wśród widzów dał się słyszeć pomruk dezaprobaty. Teute poczerwieniała na twarzy. Dzieło – poza tym, że było ledwie poprawne pod względem techniki wykonania i nie mogło się równać z jakością poprzednich – biło po oczach swym obrazoburstwem. Męska sylwetka miała dokładnie odwzorowane wszystkie szczegóły anatomiczne, co jednoznacznie wskazywało na chęć artystki, by wywołać skandal. Udało jej się.

Ledwo hamująca wściekłość Teute ruszyła przemówić do zgromadzonej publiki, aby jakoś załagodzić ten blamaż, gdy wówczas przyszło dopiero prawdziwe zaskoczenie. Z ostrym chrobotem posąg poruszył się.

Cała sala zamarła, mistrzyni przystanęła wpół kroku. Kamienna głowa postaci na cokole wykonała ruch, jakby obrzucała wzrokiem otoczenie. Ktoś w tłumie jęknął głośno. A potem w ciężkiej ciszy, która zapadła w sali, posąg rozłożył ramiona w prezentującym geście i z szacunkiem złożył pokłon przed widownią…

…Echo kroków niosło się po przestronnej komnacie. Ydir zamyślony chodził w tę i z powrotem przy ustawionych w kącie donicach z palmami. Widok zieleni zawsze go uspokajał, lecz tego dnia nie przyniósł ukojenia. Nie wobec skandalu, który wybuchł.

Teute czekała cierpliwie. Od wielu lat razem prowadzili Gmach Sztuki, nauczając adeptów i prezentując piękno twórczej pracy. To było ich wielkie wspólne dzieło. Od tego dnia jego przyszłość stanęła pod znakiem zapytania.

– Czy kiedykolwiek ktoś?… – zaczął nagle Ydir, lecz nie dokończył pytania.

– Nic o tym nie wiadomo – odrzekła Teute.

Wiedzieli już, co uczyniła Morgia. Z chęcią, i bez cienia wstydu, opowiedziała im.

Drzwi otworzyły się. Do komnaty wszedł mężczyzna w lśniącej szacie. Krazelik, ojciec Morgii, był dobrze znany dwójce mistrzów jako wybitny architekt i cieszący się powszechnym autorytetem zasłużony obywatel miasta. Teute w krótkich słowach wyjaśniła mu, co zaszło. Słuchał z wyraźnym napięciem. Odezwał się dopiero, gdy skończyła.

– Zraniła się i upuściła lux creationis? – Głos Krazelika drżał lekko.

– Owszem. Jej światło stworzenia dało życie temu… tworowi.

Na chwilę zapadła cisza, podczas której ojciec Morgii usiłował stanąć twarzą w twarz z faktami. Jego własna córka… coś tak potwornego…

Myśli te ubrał w słowa Ydir.

– Pana córka splugawiła akt stworzenia. Zbrukała najgłębsze jądro samej naszej istoty i wydała na świat jej okropną parodię. Powstało coś, co nigdy powstać nie powinno. Morgia poniesie za to surową karę; surową na tyle, by nikt więcej nie poważył się na podobny czyn – to nie podlega dyskusji. Najpierw musimy jednak pilnie podjąć decyzję co do…

…Onur nigdy jeszcze nie widział tak bladej twarzy Teute. Szła sztywno wyprostowana, a za nią podążali Krazelik i Ydir. Obserwując ich, domyślił się, co postanowili. Morgia najwyraźniej też.

Otarła już łzy po tym, jak wykrzyczał jej prosto w twarz, co myślał. To był koniec Gmachu Sztuki i przyszłości, którą z nim wiązał. Odtąd nikt niczego już tu nie stworzy. Okryła hańbą ten szlachetny przybytek. Swą bezmyślnością zniszczyła marzenia Onura. Wszystko to wykrzyczał z mocnym postanowieniem, iż będą to ostatnie słowa, jakie kiedykolwiek do niej wypowie.

Trójka przybyłych zatrzymała się. Ożywiony posąg siedział na cokole i wodził za nimi kamiennymi oczyma. Teute wyciągnęła dłoń spod rękawa luźnej szaty. Nagle światło płonących w pomieszczeniu lamp przygasło. Powietrze zasnuł jakby ciemny dym, a rozchodził się spomiędzy wykonujących tajemnicze gesty palców mistrzyni.

– Nie podchodźcie! – ostrzegła. Ostrożnie stawiając kroki ruszyła w stronę posągu. Mrok podążał za nią.

– Upuszczone światło musi zostać rozproszone – wyjaśnił z wyraźnym napięciem Ydir.

Później, gdy Onur rozpamiętywał te wydarzenia, doszedł do wniosku, że wszystko spowodował jeden zaledwie gest. Kiedy Teute zbliżała się, posąg patrzył, i młody adept nie mógł pozbyć się wrażenia, iż na kamiennym obliczu dostrzegł zaciekawienie. Ta istota nie tylko żyła. Ona myślała. Mistrzyni sięgnęła ku siedzącej postaci spowitą falującym mrokiem dłonią. Istota z kamienia delikatnym, ostrożnym ruchem również uniosła ramię, by dotknąć czarnej ręki Teute. Morgia krzyknęła. Nim ktokolwiek zdołał zareagować, skoczyła między nich.

Ostry trzask wyładowania zagrzmiał w pomieszczeniu. Krótki błysk oślepił na moment wszystkich. W powracającym do sali świetle Onur ujrzał leżącą na podłodze Morgię. Wstrząsały nią drgawki. Teute stała z wciąż uniesioną dłonią, nic nie rozumiejąc. Zareagował Krazelik.

– Coś ty zrobiła?! – wykrzyknął, klękając przy córce.

Oniemiały ze zgrozy Onur patrzył, jak skóra dziewczyny szarzeje, jak jej złote włosy przyjmują barwę popiołu. Jak oczy Morgii gasną.

Krazelik powiódł wzrokiem dokoła. W pamięci młodego adepta sztuki na zawsze pozostanie straszny wyraz jego twarzy, jakże odmienny od tego, który znał na co dzień. Nagle architekt wstał. Porwał z wystawy kryształowy miecz, największe dzieło Onura. Teute zbyt późno pojęła, co miał zamiar uczynić.

Podciągnąwszy rękaw szaty, Krazelik ostrą klingą naciął swe przedramię. Strumień światła stworzenia chlusnął na twarz Morgii…

…krzyki niosły sie po ulicach.

– PATRZCIE TYLKO, CO ZROBIŁA!… PATRZCIE, CO UCZYNIŁA MOJEJ CÓRCE!

Obywatele miasta nie mogli uwierzyć, że to ten sam Krazelik, którego tak dobrze znali. Wstrząśnięci, słuchali jego słów i patrzyli na niesioną na rękach Morgię. Widząc, co spotkało dziewczynę, odwracali wzrok.

– TEUTE… CHCIAŁA ZABIĆ MOJE DZIECKO!… TYLKO DLATEGO, ŻE…

…Nie wiadomo, kto zadał pierwszy cios: rozżalony, niesiony gniewem Krazelik czy broniąca się Teute. Promień palącego światła wystrzelił, niszcząc wszystko na swojej drodze. Odtąd nic już nie miało być tak jak dawniej.

Fala gniewu rozlała się po mieście. Użycie destrukcyjnych sił wzburzyło mieszkańców. Okaleczenie Morgii – dawniej pięknej, pełnej życia, radosnej dziewczyny – wzbudziło w nich nieznane dotychczas pragnienie zemsty. Podburzeni przez Krazelika, zdecydowali, że Gmach Sztuki powinien zostać zrównany z ziemią.

Teute i Ydir nie potrafili przemówić tłumowi do rozsądku. Gdy rozmowy zawiodły, mistrzowie stanęli w obronie swej własności. Ich twórcza moc obróciła się w moc niszczącą…

…Zbyt późno przyszło opamiętanie. Popiołu, który wzniósł się w powietrze znad żałosnych ruin miasta, było tak wiele, że przesłonił blask słońca. W zapadłym mroku szarzy od wszędobylskiego pyłu mieszkańcy płakali bezgłośnie nad dziełem swej furii…

…Płonne były nadzieje myślących, iż los ich miasta posłuży za przestrogę. Choć wywołał wstrząs wśród ludu, jednocześnie uświadomił im prawdę o sobie. Wszyscy nosili w sercach ziarno zniszczenia. Raz uwolniony, gniew rozlał się niczym zaraza. Dawniej błahe sprzeczki bądź zadawnione urazy wśród mieszkańców miast przerodziły się w śmiertelne potyczki. Powstali ci, których serca skrywały niegodziwe zamiary, lecz pragnienia te pozostawały dotąd uśpione. Płonące światło zbierało straszliwe żniwo. Przeniknięty na wskroś bólem Onur obserwował, jak lud zadaje śmierć, stopniowo niszczy sam siebie i wszystkie piękne dzieła, które tworzył przez wieki.

Całe niebo przesłonił popiół unicestwionych miast. Odtąd mieli żyć w wiecznym półmroku. Pozbawiona słońca roślinność obumierała. Ukochane ogrody Onura, gdzie dawniej zabierał Morgię, popadły w ruinę. Spod zeschłej trawy wyzierać poczęła jałowa skała. Sztuka i wszelka twórczość przeszły do historii…

…Był to ostatni twórczy akt. Teute, Krazelik i Ydir wyrzekłszy się gniewu, wstąpili na nieboskłon. Ich światło miało odtąd nieść nadzieję na podniesienie się z upadku; ich myśli miały tworzyć tam, gdzie zniszczono już wszystko…

…Pozbawiony nadziei Onur długo wędrował, nim natrafił na las karłowatych drzewek. Natura walczyła zawzięcie. Liche rośliny zdołały jakoś przetrwać w suchej glebie i niedostatku światła. Zdecydował, że tu pozostanie. Będzie obserwował odradzający się w bólach las. Choć umarła w nim wszelka sztuka, być może kiedyś znów odnajdzie w sobie tę dawną twórczą siłę…

…Długo przyglądała się swemu odbiciu w brudnej, pełnej osadu wodzie, nim drżącą dłonią sięgnęła po kamień. Ostrą krawędzią przecięła szarą jak popiół skórę. Krople lux creationis Morgii skapnęły do strumyka. Odskoczyła z krzykiem, zaskoczona gwałtowną reakcją. Woda wściekle zawrzała, buchnęły śmierdzące opary. Bulgoczące błocko budziło w dziewczynie najgłębsze obrzydzenie, a gdy wkrótce poczęły wypełzać z niego jakieś oślizłe, bezkształtne istoty, wydała przepełniony bólem wrzask. Zaciskając zęby, uniosła do ciosu kamień, lecz nie potrafiła zniszczyć nawet tak groteskowego życia. To było jej dzieło, twór jej okaleczonego przez Teute światła stworzenia…

Wizja rozwiała się i Gazzob znów ujrzał samego siebie w wodnym zwierciadle. Pomyślał, że otrzymał tu odpowiedzi na pytania, których nigdy nawet nie zadawał. Uniósł wolną dłoń do oczu i przyglądał się, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. Morgia wybuchnęła szyderczym śmiechem.

– O czym tak myślisz, ścierwojadzie?

Stała tuż za nim. Nawet nie zauważył, kiedy dźwignęła się na nogi. Osłaniała zraniony bok, a twarz wykrzywiał jej grymas bólu.

– Mogłabym cię teraz spalić na popiół. Twoje resztki uleciałyby w szaro-żółte niebo i dołączyły tam do innych. Powstałeś z mojego światła i mogę z tobą zrobić, co zechcę – mówiąc, patrzyła głęboko w oczy Gazzoba. Dotknęła jego ramienia. Przesunęła palce w dół aż do dłoni, która trzymała miecz. – To jedyne, co mi po nim zostało. Choć jest gdzieś tam, w swoim lesie, nigdy już go nie ujrzę.

Gazzob nie protestował, gdy wyjęła mu broń z ręki. Morgia uśmiechnęła się.

– Zatem zrozumiałeś. Dobrze. – Odwróciła się do niego plecami. Kroczyła powoli i zapatrzona w kryształ miecza mówiła dalej. – Wkrótce przyjdą następni. Nie pozwolą mi w spokoju oddawać się wspomnieniom. Zazwyczaj giną szybko, jedynie czasem któryś okaże się sprytniejszy… jak ty. Zadbasz, aby tak się nie stało. Będziesz stał na straży tej góry, żeby…

Nieartykułowany jęk był ostatnim dźwiękiem, który wydała, gdy jej kark pękł z suchym trzaskiem. Odgłos upadającego na podłogę miecza odbił się echem w wieży. Gazzob puścił głowę dziewczyny. Martwe ciało osunęło się bezwładnie.

Pomyślał, że Morgia miała rację – ona dała życie im wszystkim. Jednak to, co mu pokazała, nie miało żadnego znaczenia. Nie rozumiał tej… przeszłości, była zbyt obca. Rozumiał tylko, że przeminęła. Dla Gazzoba świat zawsze wyglądał jak obecnie. Bez względu na dawne dzieje, sam wykuł swój los i w świecie tym został panem.

– A pan nigdy nikomu nie służy – powiedział do pustych ścian.

Potem niecierpliwymi dłońmi rozdarł ciemną szatę – ostatnie, co oddzielało jego zęby od leżącego na podłodze jeszcze ciepłego ciała.

4 myśli na temat “Fantasmagoria #31 – „Na gruzach” (cz. 2/2)

  1. Trzy momenty w tekście które zauważyłam (bo gdy się wczytałam w dalszej części, jak były nawet, to nie przeszkadzały zupełnie XD):
    „Po trzech cyklach nieba marszu dotarli do osady nad przepaścią” – Może byłoby bardziej: „…nieba, w marszu, dotarli…” lub w ogóle te „w marszu” wyrzucić, gdyż bez, brzmiałaby wiadomość zacniej 🙂
    „ku temu szkoleni słudzy: rusznikarze. Ich warsztaty stały na uboczy osady” – Na uboczu osady.
    „Nie rozumiał tej… przeszłości, była byt obca.” – Była zbyt obca.
    Oraz to:
    „Gazzob zważył broń w dłoni, zamachnął się kilka razy. O tak, smukły obuch, przeszywający powietrze z głuchym odgłosem od razu spodobał mu się.” – Ten fragment przywodzi mi na myśl inną Twoją opowieść. Bardzo inteligentną zresztą.

    Bardzo podobała mi się druga część, bo choć na początku mało do mnie docierało, z każdym kolejnym akapitem pochłaniałam Twoją historię jak Gazzob życiodajne ciała. Nie umiem nadal wyjść z podziwu dla Twego odczytania. Pojawiło się nawet kilka słów, których wyjaśnienia musiałam szukać, gdyż w obecnej formie były mi obce. Ogromnie podoba mi się jak wprowadzasz czytelnika w opowieść, która na koniec zwala z nóg niesamowitą puentą.
    Pozdrawiam Cię, G.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Tak, muszę przyznać, że całość bardzo mnie zaskoczyła. Bo przedtem wydawało mi się to po prostu fantasy.
    Tylko dałbym jakieś oddzielenia od siebie wątków.
    Potrafisz zakręcić, to trzeba Ci przyznać. Zresztą dlatego polubiłem kilka Twoich tekstów na PP.

    Ich huk miał za zadanie przepłoszyć czających się tam bez wątpienia wojowników. – bez wątpienia? To mi nie pasuje.

    Gazzob nie dojrzał w nich jednak tego, co oczekiwał. …, czego oczekiwał.

    Gazzob dyszał, zmachany. – zmachany nie pasuje do klimatu opowieści. Może: zziajany albo zmęczony?

    Z niemałym trudem poczęli ciągnąć wielkiego trupa głębiej w mrok wąwozu.
    Zwinięty w kłąb, leżał w ciemności groty. Czuł, jak pożarte ciało powoli jest trawione, jak ukryta w nim siła stopniowo staje się jego własną.
    Wygląda na to, że trup czuł, jak pożarte…

    Czterołapy z rozszarpanym przez odłamki bokiem leżał nieruchomo.
    Ciężko dysząc, wpełzł między głazy.
    Jak powyżej: Jeśli zmieniasz podmiot, to podaj jego nazwę, bo znów brzmi, jakby czterołapy dysząc, wpełzł…

    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

    1. Rzeczywiście, lubię czasem zaskoczyć czytelnika. Lubię też poczytać fantasy, które nie są aż tak zupełnie płytkie, stąd pomysł na tekst. Ale teraz widzę, że wyszedł nieco zbyt długi. Kilka fragmentów spokojnie mógłbym wywalić.

      Dzięki Ci, Antoni, za czytanie i słuszne uwagi.

      Pozdrawiam również.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s