Fantasmagoria #30 – „Na gruzach” (cz.1/2)

Gabriel Dobosz – „Na gruzach” (cz.1/2)

1. Tożsamość

Pierwsza świadoma myśl nadeszła w chwili, gdy kark sługi pękł z głuchym trzaskiem. Dotychczas walczące wściekle ciało zwiotczało natychmiast. Puścił je i przez chwile patrzył, jak wzbijając chmury rudego pyłu, martwy sługa bezwładnie stacza się ze wzgórza. Gdy gdzieś wśród skał w końcu stracił z oczu trupa, spojrzał na odległą górę. Na szczycie, przesłonięta nieco chmurami, wznosiła się wieża Władcy. To była druga świadoma myśl w jego życiu. Potem padł na niego wielki cień.

– GAZZOB! – przemówił głos, od którego zadrżały skały.

Odwrócił się i stanął twarzą w twarz ze swym panem. Ledwo mógł znieść widok jego potęgi, więc spuścił wzrok.

– Idź do wylęgarni. Doglądaj wylęgu. Jeżeli nie podołasz, także i ciebie pochłonie ta przepaść.

Nie ośmielił się podnieść oczu, dopóki ogromna postać Hodonara na powrót nie odsłoniła nieba. Gdy ów odszedł, Gazzob ruszył natychmiast. Odtąd miał imię nadane przez pana – to była jego trzecia świadoma myśl i napawał się nią, idąc z podniesioną głową. Pozostali, wciąż bezimienni słudzy schodzili mu z drogi, szczerząc ostre zęby.

2. Wzrastanie

Śmierdząca, żółta mgła jak zawsze spowijała dolinę wylęgarni. Dobiegał stamtąd plusk spazmatycznych ruchów niezliczonych istot, które właśnie przebudziły się i usiłowały opuścić życiodajne błocko. Trwała gorączkowa krzątanina nadzorców – musieli każde nowe stworzenie skierować do odpowiedniej pracy.

Gazzob sięgnął do błocka. Nowo narodzony sługa miał galaretowate, miękkie ciało, które jednak twardniało z każdą chwilą. Złapany, wił się i kwiczał, usiłując ugryźć trzymającą go dłoń. Nada się do walki, ocenił Gazzob. Bez wysiłku wrzucił drobne stworzenie do około metrowego dołu, gdzie kotłowało się kilkadziesiąt mu podobnych. Przez chwilę obserwował, jak walczą o życie, jak słabsze jednostki giną, a silniejsze rosną pożywiając się truchłami pokonanych. On sam też niegdyś opuścił podobny dół jako zwycięzca. Zabijał i wzrastał, aż Hodonar docenił go, dał mu imię i mianował nadzorcą. Gazzob jednak nie zamierzał się zatrzymać.

Gdy raz posmakował siły, zapragnął jej jeszcze więcej.

3.Myśli i słowa

Z czasem życiodajna moc błocka wyczerpywała się. Gazzob był nadzorcą od trzydziestu trzech cykli nieba, gdy w wylęgarni zauważalnie spadła liczba rodzonych sług. Hodonar nakazał założenie nowej.

Nadzorcy wyruszyli niezwłocznie na poszukiwania odpowiedniego, osłoniętego przed wiatrem i pyłem miejsca. Idąc po jałowych skałach przez trzy cykle nieba, natrafili na jar.

– Jest zbyt mały, nie wystarczy na długo – stwierdził Gazzob.

– Zostaniemy tutaj – zdecydował jednak Nuuad. Był najstarszym i najsilniejszym z nadzorców; przerastał Gazzoba o głowę.

– Pan nie będzie zadowolony.

Nuuad nie odpowiedział. Wypatrywał gdzieś w dal i Gazzob podążył za jego wzrokiem. Zobaczył zasuszone, stare drzewa rosnące gęsto na rozległym obszarze. Zdumiał go ów widok. Rzadko widywał jakąkolwiek roślinność, a jeśli już to rzadko rozsianą.

– Poszukajmy tam.

Nuuad spojrzał na niego.

– Las należy do Onura.

– Zabijmy go więc i zajmijmy teren. Tego oczekiwałby pan.

Jak na swoje rozmiary Nuuad był niebywale szybki. Pięść wystrzeliła i Gazzob leżał na ziemi, nim jeszcze pojął, co się stało. Drugą dłonią najstarszy nadzorca przycisnął mu kark do ziemi.

– Powiedziałem: zostajemy. Słuchaj się, ścierwo!

Nakazawszy pozostałym rozbić obóz, Nuuad ruszył w drogę powrotną, by powiadomić o znalezisku pana.

Przygotowania trwały pełny cykl nieba, a po ich zakończeniu nie mieli nic więcej do roboty. Chociaż atak oddziałów któregoś z panów był w tym miejscu mało prawdopodobny, wystawili warty. Gazzob zauważył, że pozostali nadzorcy często spoglądali w stronę lasu, a na każdy niespodziewany dźwięk reagowali nerwowo.

Po zapadnięciu zmroku objął pierwszą wartę. Wsparty na drzewcu włóczni, obserwował wiszącą wysoko na atramentowo czarnym niebie Teute. Miała zamknięte oczy, jej oblicze na świecącym blado dysku było spokojne. Nieco dalej jaśnieli znacznie od niej mniejsi Krazelik i Ydir. Gazzob po raz pierwszy w swym życiu miał czas przyjrzeć się dokładniej najpotężniejszym bytom krainy Teutaru. Teute, pani kreatorka, przepełniała go nabożnym lękiem. To ona władała cyklami nieba, ona dawała światło i ciepło w porze jasności, a blady blask i wytchnienie w chłodzie – po zmroku. Poza owymi oczywistymi emanacjami czyniła jednak dużo więcej. To ona nadawała kształt krainie Teutaru wraz z każdą niepojętą myślą, płynącą przez jej umysł, gdy tak trwała z zamkniętymi oczami w milczących rozważaniach. Krazelik i Ydir nie odstępowali jej. Wciąż byli zbyt słabi, ich czas jeszcze nie nadszedł. Kiedyś jednak kreatorka popełni błąd. To nieuniknione, nikt nie rządzi wiecznie. Wtedy zakończą swe milczące trwanie i…

Od rozmyślań oderwał Gazzoba krzyk. Dobiegał gdzieś z głębi lasu, który powinien być w całości ukryty za zasłoną ciemności. Ale las wcale nie spał. Gazzob wyszczerzył zęby i mocniej zacisnął palce na włóczni, gdy ujrzał wśród pni drzew tańczące światła. Blade ogniki przemykały między konarami. Czy to Onur? – zapytał sam siebie w myśli. Od innych nadzorców słyszał, iż był to jedyny z panów, który nie tworzył własnej armii. Podobno tysiące cykli nieba temu wszedł do tego lasu i odtąd nikt go więcej nie widział. Miał tam całkowicie oddać się zgłębianiu tajemnic kreacji. Gazzob nie wierzył w te opowieści – były równie nieprawdopodobne jak dziesiątki historii na temat Władcy. Teraz jednak na własne oczy zobaczył zjawisko, którego nawet jego potężny pan Hodonar z pewnością nie potrafił wywołać.

*

Wbrew przewidywaniom Gazzoba Hodonar nie ukarał swego najstarszego nadzorcy za wybór miejsca dla nowej wylęgarni. Kiedy przybył, obejrzał obóz i nakazał zalać wykopane w jarze doły wodą. Tragarze przywieźli ją w beczkach. Ciecz miała rdzawy kolor, pełno w niej było osadu, który rzeczny nurt przyniósł z odległych gór.

Nadzorcy i słudzy pracowali w pełnym napięcia milczeniu. Ogromna postać pana górowała nad nimi. Gdy skończyli, zszedł do jaru. Gazzob jak zawsze czuł się nieswojo w pobliżu swego stwórcy. W przeciwieństwie do krzywych, pokrytych szczeciną, chudych kończyn nadzorców ciało Hodonara było zbudowane harmonijnie, emanowało wręcz siłą. Pozbawioną choćby jednego włosa skórę miał szarą jak kamień i takoż chropowatą. Mocarne członki poruszały się z gracją i sprężystością. Stanąwszy nad wodą, pan popatrzył po swych sługach. Gazzob tylko przez moment zdołał wytrzymać spojrzenie płonących szkarłatem oczu. Potem Hodonarowi podano włócznię, wyglądającą w jego wielkich dłoniach jak patyk z drzewa. Ostrym grotem naciął sobie przedramię. Bijący od rany blask na moment oślepił Gazzoba. Gęstymi kroplami sączyło się z niej lux creationis, światło stworzenia. Wśród sług rozległy się stłumione okrzyki. Zdjęty jakimś pierwotnym lękiem Gazzob patrzył wraz z innymi, jak światło leniwie skapuje do brudnej wody. Gdy ciecze zetknęły się, zawrzało gwałtownie, powietrze przeszył ostry syk, a wraz z nim wystrzeliła gryząca w nozdrza, żółta para. Słudzy ponownie jęknęli. Hodonar oddawał po kropli lux creationis do każdego dołu, aż cały jar spowiła dobrze znana nadzorcom śmierdząca mgła. Życiodajne błocko było gotowe, wkrótce miało zacząć rodzić nowe sługi.

*

Życie Gazzoba wróciło na dawne tory. Nadzorował wylęgarnię, jadł, wzrastał. Był coraz silniejszy; po pewnym czasie rozmiarami niewiele ustępował Nuuadowi. W przeciwieństwie do pozostałych nadzorców zadawał pytania i chętnie słuchał. Brał niechciane przez innych warty w porze ciemności, podczas których rozmyślał nad tym, czego się dowiedział.
Podczas jednej z nich przechadzał się bezszelestnie. Niedawno znów dostarczono im w beczkach wodę i miał okazję porozmawiać z jednym z tragarzy. Słudzy ci byli dobierani przy wylęgu pod kątem siły, wytrzymałości, ale też uległego usposobienia. Rozum nie był ich mocną stroną, lecz na swych szerokich, przygarbionych grzbietach potrafili przenosić ogromne ciężary, a mocarnymi nogami ciągnąć przez bezkresne kamieniste pustkowia wozy z towarem. W ten właśnie sposób Gazzob dowiedział się, jak wiele osad wzniósł już Hodonar. Wszystkie, jak powiedział mu tragarz, zaopatrywano w wodę, drewno, żelazo i inne surowce, co doprowadziło do jednoznacznego wniosku. Pan szykował się do wyprawy wojennej. Tylko co mogło być jej celem? – zastanawiał się nadzorca, patrolując śpiącą w ciemnościach osadę.

Co jakiś czas zerkał na niebo. Świecąca blado Teute również zdawała się spać, choć oczywiście nigdy tego nie czyniła. Jej towarzysze, Krazelik i Ydir, mieli zaś tym razem otwarte oczy. Jakże odmienni są od nas, pomyślał Gazzob. Tak regularnymi, doskonałymi wręcz rysami nie mogła się pochwalić nawet twarz Hodonara. Oczy mieli ciemne jak otaczający ich bezkres i spoglądali gdzieś w dal.

Nagły szelest sprawił, że przystanął. Odruchowo spojrzał w stronę lasu, lecz niczego tam nie dostrzegł. Zastygł w bezruchu, nasłuchując. Już miał ruszyć dalej, przekonany, że to tylko wiatr, ale dźwięk powtórzył się. Piasek zachrobotał na suchym podłożu. Ktoś skradał się w ciemności. Gazzob zacisnął palce na włóczni.

Powoli, zważając na każdy krok, ukrył się za najbliższym głazem, by blask nieba nie ujawnił jego sylwetki na ciemnym tle. Musiał mieć pewność. Jeśli podniesie alarm na darmo, Hodonar każe rozerwać go na sztuki i pozwoli innym nadzorcom pożreć szczątki. Nagle coś poruszyło się niedaleko. Bardziej wyczuł niż zobaczył, jak ciemny kształt, który przyczaił się po drugiej stronie tego samego głazu, rusza w stronę osady. Jeszcze dwa kroki i w skąpym świetle dostrzegł pochyloną postać. Natychmiast skoczył z uniesioną nad głowę włócznią. Obcy sługa nie zdążył nawet obrócić głowy, nim grot przeszył go na wylot i przygwoździł do podłoża. Skonał z głośnym sykiem, a Gazzob przywarł do ziemi.

Dźwięk kroków ustał. Gazzob ostrożnie obejrzał trupa sługi. Mięso armatnie, ocenił. Nieprzyjaciel nie mógł się równać z byle piechurami Hodonara, a co dopiero z nim. Zatknął za pas broń zabitego – krótkie, obosieczne ostrze bez jelca – a potem wyszarpnął włócznię. Pozostali napastnicy z pewnością usłyszeli odgłosy walki. I dobrze, pomyślał. Zabije ich sam, a w nagrodę pan rzuci mu na pożarcie ich ścierwa.

Pobiegł, już nie starając się ukrywać. Nagle po drugiej stronie osady pojaśniało. Rzucona pochodnia poszybowała łukiem ku drewnianej zagrodzie, a cienką ścianę szybko ogarnął płomień. Gazzob nie miał wyboru. Dmuchnął w zawieszony u szyi kawałek podziurawionego drewienka. Rozległ się ostry gwizd.

– Atakują! – wrzasnął na cały głos.

Mijając drugą z zagród, dostrzegł kolejnego wroga. Ten także zbliżał się z zamiarem podłożenia ognia. Gazzob zaryczał i wymierzył weń broń. Choć sługa był równie mikrych rozmiarów co martwy towarzysz, bez wahania rzucił się do walki. Krótkie ostrze nie mogło się jednak równać z długim drzewcem. Szarżujący Gazzob nabił sługę na włócznię i uniósłszy wysoko, rąbnął nim o ziemię, aż dał się słyszeć trzask gruchotanych kości.

Krzyk Gazzoba podniósł na nogi całą osadę. Jednocześnie z mroku wyłoniło się kilkudziesięciu nowych napastników, doskonale widocznych na tle płonącej zagrody. Wybuchła chaotyczna bitwa.

Wrodzy słudzy byli słabi, ale przewagę dawało im zaskoczenie. Wielu piechurów Hodonara zginęło, nim zdołali sięgnąć po oręż. Gazzob dostrzegł Nuuada, jak wymachując maczugą, bronił się przed trzema napastnikami. Rycząc wściekle, pobiegł w jego kierunku. Nawet nie zwolnił, kiedy na drodze nagle stanął mu przeciwnik z obnażonym ostrzem. Natarł całą rozpędzoną masą ciała, a trafiony drzewcem w szczękę sługa zwalił się na ziemię z głową przekrzywioną pod nienaturalnym kątem.

Zewsząd dobiegały krzyki, oręż szczękał zapamiętale. Dwie zagrody, w których spali piechurzy, oraz jedno poletko życiodajnego błocka stały w płomieniach, rozświetlając okolicę. Gazzob parł naprzód. Rozpędzony, omal nie upadł na twarz, gdy coś uczepiło się jego nóg. W tej samej chwili na plecy spadł mu ciężar, czyjeś ramię chwyciło od tyłu jego grubą szyję, a bark przeszyła błyskawica bólu. Upuścił włócznię. Miotał się, próbując strącić z grzbietu napastnika. Tego, który rzucił się do nóg, brutalnym kopnięciem odrzucił w tył na parę metrów. Sługa zasyczał mu do ucha i dźgnął ponownie. Gazzob chwycił opasującą szyję rękę, pociągnął i jednocześnie pochylił się gwałtownie. Przeciwnik runął na ziemię u jego stóp. Jedna z nich przydepnęła jego głowę, równocześnie Gazzob szarpnął za wciąż trzymane ramię, aż kręgosłup sługi trzasnął głośno.

Nuuad wrzeszczał. Trzem atakującym udało się przewrócić go na plecy. Osłaniał się przed atakami, a oni skakali wokół, cięli po rękach i nogach ostrzami, usiłując sięgnąć trzewi. Gazzob wziął obszerny zamach. Uderzył trzymanym oburącz drzewcem włóczni jak maczugą. Rozpędzona broń śmignęła ze złowrogim dźwiękiem i dwóch zbiła z nóg. Trzeci, nim zobaczył, skąd nadszedł atak, miał już przebite grotem gardło. Gazzob szybko dobił leżących.

Mocno poranili Nuuada, ale przeżył. Dysząc, dźwignął się do klęku. Spojrzał na Gazzoba.

– Tak pilnujesz własności pana, leniwe ścierwo? – warknął.

Gazzob rozejrzał się. W zamieszaniu nikt nie zwracał na nich uwagi. Lepszej okazji nie będzie, pomyślał. Szybkim ruchem dobył odebranego słudze ostrza, a potem wbił je aż po rękojeść w kark najstarszego z nadzorców.

– A ty tak pilnujesz własnej skóry? – zdążył odpowiedzieć, nim oczy niepomiernie zdumionego Nuuada zgasły.

Z rozkoszą rzucił się do walki. Zapamiętale dźgał włócznią, łamał kości i rozpruwał trzewia. Wrogowie byli tak żałośnie słabi, nie stanowili żadnego wyzwania. W pierwszej kolejności obierał za cel tych z pochodniami, dzięki czemu niczego więcej nie udało się podpalić. Moment zaskoczenia minął i słudzy Hodonara zaczęli wypierać najeźdźców z osady.

Uporawszy się z podpalaczami, Gazzob skoczył w sam środek potyczki. Pochłonął go bitewny szał; wrogowie padali jeden po drugim od straszliwych ciosów. Szereg walczących załamał się, a wraz z nim morale. Wkrótce zaczęli uciekać. Rycząc gniewnie, Gazzob ruszył w pogoń.

Przebiegli kilkadziesiąt metrów. Zbyt późno zdał sobie sprawę z popełnionego błędu. Został sam i wrogowie odciągnąwszy go od osady, zaatakowali całą chmarą. Zrozumiał, że zginie, nim ktoś zdąży przyjść z pomocą. Trzech napastników z wrzaskiem skoczyło mu do rąk, dwóch natarło od boków, a jeden wskoczył na grzbiet. Długie drzewce włóczni na nic zdały się Gazzobowi w tym starciu. Uderzeniem głową strącił mikrego napastnika, lecz jego miejsce natychmiast zajął inny. Było ich zbyt wielu. Unieruchomili mu kończyny. Przepychając się jeden przez drugiego, zasypali gradem uderzeń, aż padł na ziemię. Wrogi sługa stanął nad nim z wyszczerzonymi zębami i wzniósł ostrze do kończącego ciosu.

Ziemia zatrzęsła się nagle. Ogromny, szary kształt śmignął z piorunującą szybkością. Gazzob zdążył jeszcze ujrzeć wyraz zdumienia na twarzy swego oprawcy, nim głowa owego sługi rozprysła się na kawałki. Leżącego zrosiła krwawa mżawka. Triumfalne wrzaski zastąpiły urywane jęki agonii. Wielka postać siała spustoszenie wśród mikrusów, wymierzając precyzyjne ciosy potężnymi pięściami. W kilka sekund wszyscy byli martwi. Potem płonące szkarłatem oczy Hodonara spoczęły na Gazzobie. Pan wyciągnął rękę. Dłonią, mogącą z łatwością złamać wpół, chwycił swego nadzorcę za kark i uniósł bez wysiłku. Wrócili do osady.

Pozostali przy życiu słudzy zajmowali się gaszeniem pożarów, a także znosili zwłoki na wielki stos. Tam właśnie pan rzucił Gazzoba na ziemię.

– Jedz! – polecił krótko.

Gazzob dostrzegł dwóch innych nadzorców, którzy już pożywiali się ciałami umarłych. Podpełzł z bolesnym jękiem i natychmiast wbił zęby w ramię najbliższego trupa. Łapczywie ogryzł mięso do samej kości. Szybko poczuł, jak wracają mu siły, a rany przestają doskwierać. Cały ubabrany we krwi i strzępach skóry, pożerał wszystko, co miał przed sobą.

Wciąż jedli, gdy niebo pojaśniało. Faeps, młody nadzorca, rzucił się na ostatnie resztki, leżące nieco z boku. Gazzob odepchnął go, a gdy ten nie chciał zrezygnować ze zdobyczy, rąbnął łokciem w szczękę. Faeps padł bez przytomności.

W czasie długiego posiłku Gazzoba słudzy zdołali opanować pożary i rozpoczęli odbudowę zrujnowanych zagród. Wszyscy dokoła zajęci byli pracą, zatem on także wrócił do swoich zajęć w wylęgarni. Doglądając jak zwykle wylęgu, rozmyślał. Gazzoba zastanawiało, dlaczego pan go ocalił. To prowadziło do kolejnego pytania: dlaczego Hodonar nie ocalił całej osady. Sam jeden mógł wgnieść w ziemię wszystkich tych słabeuszy, nie było co do tego wątpliwości. Mimo to zainterweniował dopiero, gdy pokonali Gazzoba. Prawdopodobnie więc wiedział o ataku od samego początku. Należało założyć, że wiedział też, w jaki sposób zginął Nuuad.

Świeżo wyjęty z błocka sługa był masywnej budowy. Gazzob uniósł go do oczu i przyjrzał się wnikliwie. Tak, będzie odpowiedni na tragarza, ocenił. Przeszedł kawałek dalej, gdzie spostrzegł następnego gotowego do opuszczenia wylęgarni. Niestety, ten sługa był zdeformowany. Górne kończyny miał powykręcane, nie nada się do niczego. Odpadów przy wylęgu zawsze pojawiało się sporo, lecz również dla nich było zastosowanie. Gazzob niedbałym ruchem skręcił mu kark, a potem cisnął do dołu, gdzie lęgli się przyszli żołnierze. Pożarli truchło w mgnieniu oka.

„Może i ja zostałem wybrany” – przyszło mu nagle do głowy. Hodonar uznał go za cennego, dlatego ocalił mu życie i pozwolił wzrastać. Ale jakie miał plany? Gazzob myślał nad tym, aż doszedł do wniosku, że tak naprawdę wcale go to nie obchodzi. Jedynym, czego pragnął, było dalej wzrastać i z dnia na dzień być coraz silniejszym.

*

W czasie ataku na szczęście nie spalono zapasów drewna. Zagrody szybko odbudowano. Po pożarciu góry trupów przez nadzorców, nawet ślad nie pozostał po rozegranej bitwie.

Gazzob pochylał się akurat nad błockiem w wylęgarni, kiedy wielkie palce zamknęły się na jego karku w miażdżącym uścisku. Zaskoczony, tylko jęknął cicho.

– Naczelnik zagród został zabity – powiedział mu wprost do ucha głos pana. – Od teraz ty będziesz je nadzorował. Wyszkol moich piechurów, by potrafili zabijać. I lepiej dla twojej skóry będzie, aby podobna porażka nigdy więcej się nie powtórzyła.

Potem dłoń puściła i Gazzob znów został sam. Nim na zawsze opuścił wylęgarnię, stał tak jeszcze przez chwilę, aż ciało przestało mu drżeć.

*

Rzeczywiście ponieśli duże straty, pomyślał po dokonaniu inspekcji zagród. Ponad połowa piechurów zginęła. Wziąwszy ze sobą kilku najlepszych, Gazzob ruszył zbadać ślady.

Oddział napastników nadszedł od strony wielkiej przepaści, gdzie również leżała osada Hodonara. W niej właśnie wylągł się Gazzob. Była dużo większa od tej, dobrze broniona i otoczona murem. Siły wroga były zbyt skromne do zaatakowania jej.

Ślady na kamienistej ziemi badał Makogg – twardy wojownik, choć nie tak rosły jak Gazzob.

– To był zwiad – orzekł, potwierdzając jego przypuszczenia.

– Czyi? – zapytał Gazzob. – W pobliżu nie ma armi żadnego z panów… – Tknięty nagłą myślą, spojrzał w stronę odległego muru drzew.

Makogg dostrzegł to.

– To nie on. Onur nie opuszcza lasu. Zabija tylko, gdy ktoś wtargnie na jego teren.

– Skąd to wiesz?

– Las ciągnie się bardzo daleko, aż do gór. – Wskazał palcem majaczące w oddali szczyty. – Wiele cykli nieba temu walczyłem tam pod moim ówczesnym panem, Ogmą, jeszcze zanim Hodonar zabił go i pożarł, a nas wcielił do swojej armii. Ogma napadł tam na oddziały Władcy. Po ich pokonaniu chciał założyć ufortyfikowaną osadę, lecz nie znalazł odpowiedniego miejsca na wylęgarnię. Nadzorcy poszli szukać do lasu. Już nie wrócili. Gdy wysłał kolejnych, z nastaniem pory jasności znalazł ich głowy zatknięte na palach przed osadą.

Gazzob przypomniał sobie swój własny pomysł podczas rozmowy z Nuuadem. Co innego jednak zwróciło jego uwagę.

– Walczyliście z Władcą?

Makogg kiwnął głową.

– To też mógł być on. – Wskazał na ślady. – Stosował taką taktykę już wcześniej: samobójcze ataki małych grup słabych, nienadających się do prawdziwych bitew sług, mające za zadanie wyrządzenie jak największych szkód.

Pierwsza świadoma myśl w życiu Gazzoba – gdy przestał być już bezrozumnym mięsem, a stał się sobą – dotyczyła właśnie Władcy. Patrzył wówczas na jego wieżę na szczycie góry i choć nic jeszcze nie pojmował, instynktownie wyczuwał promieniującą od niej potęgę. Hodonar z pewnością też to dostrzegał. Czy to właśnie w tym celu zbierał swoje armie?

*

Wrócili przed nastaniem ciemności. Gazzob rozkazał podwoić straże. Dobrał w tym celu piechurów, których uznał za najsilniejszych, i porozmieszczał ich na posterunkach wokół osady. Po jednym postawił też na straży zagród.

Gdy skończył przygotowania, światło już gasło. Oblicze Teute na niebie przybrało bladą barwę. W osadzie panowała cisza, mącona jedynie bulgotaniem błocka w wylęgarni. Słudzy zapadali w sen, zmęczeni po bitwie i pracy przy odbudowie.

Gazzob czuł się znakomicie. Po tym, jak pożarł pokonanych, jego rany zasklepiły się, a w członki wstąpiła nowa siła. Urośnie jeszcze bardziej, pomyślał, Hodonar pozwolił mu na to. Pan zwykle bardzo oszczędnie rozdzielał pokarm dla sług, uważając, by żaden nie jadł zbyt dużo. Pozwalał na wzrost tylko wybranym. Od tego cyklu nieba Gazzob został jednym z nich.

Zmierzał już do zagrody na spoczynek, gdy usłyszał szuranie. Ciągnięto coś po suchym podłożu. Natychmiast przywarł do ściany zagrody, ściskając w rękach gotową do ciosu broń. Ostrożnie wyjrzał za róg. W pewnym oddaleniu od zabudowań zobaczył idącego Hodonara. Szedł powoli, a szurający odgłos wydawało drzewce włóczni, które ciągnął za sobą, jakby rysował na ziemi. Gazzob z ukrycia obserwował emanującą z każdego ruchu moc pana: mięśnie napinające się pod szarą skórą, niewzruszone przekonanie o własnej sile i władzy. Hodonar nagle zatrzymał się, niedbale odrzucił włócznię. Co on robi? – zastanawiał się Gazzob. Pan stanął do niego plecami, zacisnął wielkie pięści i wzniósł ramiona ku niebu.

LAPIS! – rzekł cicho, ale z taką mocą, że Gazzob aż zadrżał.

Przez chwilę nic się nie działo. Może wołał kogoś albo nadawał imię – jak dawniej jemu – przyszło na myśl Gazzobowi. A potem zatrzęsła się ziemia.
Wzdłuż narysowanej linii skaliste podłoże zaczęło pękać. Przy ogłuszającym huku powstała rozpadlina, a z niej, odpowiadając na nieodparte wezwanie pana, wyłonił się równo ociosany kamienny blok. Wstrząśnięty Gazzob patrzył, jak ściana wyrasta wokół całej osady. Tak oto w jednej chwili Hodonar postawił broniący ich mur.

Zbudzeni hałasem piechurzy wychodzili z zagród i patrzyli w zdumieniu. Oni jednak nie słyszeli tego co Gazzob, tego słowa, na samą myśl o którym lodowate palce strachu chwytały go za gardło; słowa rozkazującego skałom.

– Wracać do zagród, wy bezużyteczne wory kości! – ryknął i z zadowoleniem obserwował, jak go słuchają.

Kiedy wszyscy się pochowali, on także ruszył na spoczynek. Wtedy spostrzegł, że Hodonar wciąż stoi w tym samym miejscu. Płonący szkarłat oczu pana przenikał go na wskroś. Starając się nie okazywać lęku, Gazzob skłonił się z szacunkiem i szedł dalej. „Czy wie, że słyszałem?” – myślał, wchodząc do środka. W każdej chwili spodziewał się, że mocarna dłoń złapie go i bez wahania wydusi zeń życie, które niegdyś mu podarowała.

*

W ciemności słuchał chrapliwych oddechów śpiących piechurów. Już wiedział, co uczyni. Będzie cichy i cierpliwy niczym Krazelik i Ydir na bezkresie nieba. Będzie ukrywał każdą myśl, aż – podobnie jak dla nich – kiedyś nadejdzie jego czas. Nikt wszak nie włada wiecznie. Nikt.

Część 2

4 myśli na temat “Fantasmagoria #30 – „Na gruzach” (cz.1/2)

  1. Dla mnie to brzmi jak opis gry komputerowej fantasy. Nie wiem, ale to jedyna myśl, która mnie nie opuszczała w trakcie czytania.
    Tematyka zupełni nie moja, więc pozwolisz, że nie wypowiem się na temat treści, bo byłoby to opowiadaniem ślepego o kolorach. Powiem natomiast kilka słów technicznych.
    Ale, ale. Onur chyba już u Ciebie był wcześniej, nieprawdaż? To jakiś bóg w poprzednim tekście?

    Puścił je i przez chwile patrzył, jak wzbijając chmury rudego pyłu, martwy sługa bezwładnie stacza się ze wzgórza, z którego przed momentem usiłował go zepchnąć.
    Ostatnia część zdania jest zbyt mało doprecyzowana, bo wcześniej są dwie osoby, a tu nie do końca wiadomo, kto kogo spychał.

    Potem Hodonarowi podano włócznię, w jego wielkich dłoniach wyglądającą jak patyk z drzewa.
    Lepiej jest używać czasowników w trybie czynnym niż biernym: Potem Hodonar przejął podawaną mu włócznię… Druga sprawa to kolejność słów w drugiej części zdania; a nie lepiej: wyglądającą w jego wielkich dłoniach jak patyk…?

    Tylko co mogło być jej celem? – zastanawiał się nadzorca, patrolując śpiącą w ciemnościach osadę.
    Jakże odmienni są od nas, pomyślał Gazzob.
    Warto ujednolicić zapis myśli: albo z myślnikiem, albo po przecinku, jednak częściej widywałem to pierwsze.

    Kiedy wszyscy się pochowali, i on ruszył do zagrody.
    Niepotrzebne „i”.

    że mocarna dłoń złapie go i bez wahania wydusi zeń życie, które niegdyś mu podarowała.
    Słowo „wydusi” raczej ma pozytywne znaczenie, raczej to mogłoby oznaczać, że ktoś był zmęczony, jakby był martwy, a drugi wydusił zeń życie. Może: zadusił weń życie? Co o tym sądzisz?

    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

    1. Tak, to będzie raczej proste fantasy. „Chodziło” za mną od jakiegoś czasu i domagało się napisania 🙂
      Onur rzeczywiście pojawiał się w kilku innych tekstach. W drugiej części tego opowiadania okaże się, kim jest.
      Dzięki za poprawki, Antoni. Jak zwykle wychodzą moje kłopoty z zaimkami i szykiem zdania.
      Pozdrawiam również.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s