Fantasmagoria #29 – „Na szczycie wieży” (cz.2/2)

Gabriel Dobosz – „Na szczycie wieży” (cz.2/2)

Część 1

Nie znałem słów dostatecznie mocnych, by wyrazić wściekłość na samego siebie. Kilkadziesiąt minut brakowało do zapadnięcia zmroku, a ja byłem tak samo daleko od celu jak rano. Szybki marsz pomógł mi rozbudzić się na dobre i dopiero teraz pojąłem, co zrobiłem. Zbyt wstrząśnięty nawet by myśleć, przystanąłem przy oknie, aż odzyskałem względny spokój. Zawiodłem pokładane we mnie nadzieje – to jedna rzecz. Pozostało tylko kontynuować działania, być może całkiem już daremne, a potem przyjąć niewątpliwie czekające mnie konsekwencje. Jakby tego było mało, moje karygodne zaniedbanie miało również i inny wymiar. Zdrada – taki wyrok wydał chłodny umysł, przywołując przed oczy oblicze tęskniącej za mną gdzieś tam, daleko żony, lecz serce, które powinno najgoręcej w tej sprawie protestować, milczało. Bo czy to naprawdę byłem ja, tam, w tej pościeli? Nie, wcale nie szukałem usprawiedliwień, takowe zabrzmiałyby głupio nawet dla mnie. Raczej dopiero teraz uświadomiłem sobie, iż od momentu przekroczenia progu zamkowej sieni coś się zmieniło. Czyż dawniej pozwoliłbym komukolwiek na takie potraktowanie? Czy nie zrugałbym bezczelnego starca, gwiżdżąc na to, kim był? Nie obiłbym mord przebierańcom? Dałbym się omamić, nawet mimo zmęczenia, byle pannicy? Choć była to siedziba barona, już od spotkania ze strażnikiem zamek prezentował się całkowicie niepoważnie. Odgrywano przede mną groteskowy spektakl i nim się obejrzałem, sam zacząłem grać w nim rolę. To z tego powodu sumienie nie wysuwało oskarżeń. Jeśli zatem nie ja reżyseruję to przedstawienie, dlaczego miałbym ponosić konsekwencje? Jeżeli nikt tutaj nie jest prawdziwie, na poważnie sobą, nie powinienem być i ja. Najpewniej to właśnie usiłował powiedzieć mi kapłan.

W zamkowych ogrodach na dole dostrzegłem ruch. Jakiś zaniedbany człowiek powoli szedł alejką. Ogrodnik – o tej porze i z takim wyglądem nie mógł być nikim innym. Chyba właśnie skończył na dziś pracę, pomyślałem i nagle wpadłem na pomysł. Baron rzekomo wie o wszystkim w zamku, odgadł nawet, że w zamkowym hallu pójdę w lewo, zanim ja sam to wiedziałem. Ciekawe, czy przewidział też to! – rzuciłem w myśli wyzwanie i pobiegłem korytarzem. Wkrótce natrafiłem na wąskie schody dla służby, częściowo skryte za gobelinem. Zszedłem na parter akurat by zobaczyć, jak mężczyzna niespiesznie oddala się w przeciwnym kierunku.

– Hej, poczekaj! – krzyknąłem. Zignorował mnie. – Czekaj, mówię! – Ruszyłem jego śladem.

Krzyki niosły się echem po korytarzu, ale nie reagował. Co za bezczelny wieśniak! Nie jestem tu byle kim żeby mnie tak lekceważyć, pomyślałem doganiając go. Złapany za ramię, zatoczył się; dostrzegłem, że kulał lekko. Na brodatej, tłustej twarzy zagościł wyraz bezbrzeżnego zdumienia. Niewinne, wręcz lekko głupawe oblicze kontrastowało z niemałym wzrostem i masą. Przypominał trochę baśniowego olbrzyma z tą splątaną, ciemną brodą i równie nieporządnymi włosami. Nosił obszerne spodnie na szelkach – które komuś moich rozmiarów z powodzeniem mogłyby posłużyć za namiot – i burą, ubrudzoną koszulę.

– Gdzie leziesz, kiedy mówię do ciebie?!

Zamrugał, wyraźnie onieśmielony.

– Jak? – zadudnił całkiem adekwatnym do swej postaci barytonem i pochylił się ku mnie.

– Myślisz, że można mnie ignorować? Myślisz, że przyszedłem próżnować i tracić czas jak inni? Nie wyobrażasz sobie, jak ważną sprawę reprezentuję! Kiedy wreszcie dotrę do barona, nie omieszkam wspomnieć mu także o twoim zachowaniu!

Olbrzym marszczył krzaczaste brwi i dalej mrugał, wpatrując się we mnie.

– Jest w ogrodzie, czeka – rzekł nieco niepewnie.

– Baron? – zdziwiłem się.

– Jak?

– O tej porze chadza do ogrodu? – pomyślałem na głos.

Ogrodnik pokręcił głową.

– Musisz mówić głośniej, panie. Kiedyś byłem żołnierzem, jak pan, służyłem w oddziałach barona. Armatni pocisk trafił w nasz okop i od tego czasu niemal nie słyszę. Kartacze nielicho mnie poharatały, ale Bogu dzięki kulasa udało się poskładać. – Prezentując żółte zęby w uśmiechu, wskazał na grubą jak kolumna nogę. 

Poczułem się jak ostatni głupiec.

– Czeka na mnie w ogrodzie? – zapytałem głośniej, próbując ukryć zażenowanie.

– Lepiej niech pan już idzie. Nie lubi spóźnień.

Spóźnienie to mało powiedziane, pomyślałem gorzko. Dawno powinienem był się stawić. Za poważne zaniedbanie obowiązków nie minie mnie sąd, lecz to dopiero przyszłość. W zamku wszak nie ma sądów ani oskarżycieli. Po wyjściu stąd stanę twarzą w twarz z konsekwencjami, póki co jednak nie zamierzałem składać broni.

– Tak, dziękuję. – powiedziałem, chcąc już odejść, lecz dodałem jeszcze: – To karygodne kierować do takiej pracy weterana. Nigdy nie postąpiłbym tak wobec moich podkomendnych.

– Jak? – Znów pochylił się lekko z dłonią przyłożoną do ucha.

Machnąłem ręką i ruszyłem ku drzwiom prowadzącym do ogrodu.

Na zewnątrz otworzył się przede mną ogromny obszar zieleni, którego granicę stanowił dopiero odległy, ledwo stąd widocznym mur. Ścieżka prowadziła wśród starannie przyciętego żywopłotu, by zaraz rozwidlić się w gąszcz krętych alejek. Dróżki, kwiaty i zadbane krzewy prezentowały się niezwykle urokliwie w czerwieni zachodzącego słońca, a przyjemna cisza koiła zmysły, lecz nie miałem czasu zażywać uroków tego miejsca. Szybkim krokiem udałem się wgłąb ogrodu i po chwili wśród szumiącej lekko na wietrze roślinności uszu mych dobiegły głosy. Gdzieś toczyła się rozmowa, wyglądało na to, że baron postanowił przyjąć tutaj nie tylko mnie. Kierowany zatem słuchem, podążyłem wzdłuż rzędu wysokich tui. Gdy wreszcie znalazłem wyrwę w murze krzewów, skręciłem w biegnącą tam wąską ścieżkę, prowadzącą na niewielki placyk. Łatwo było przeoczyć ten zakręt – pewnie tak bym zrobił, gdyby nie rozmawiający dość głośno ludzie – i wcale nie zaprojektowano go w ten sposób przypadkowo. Skryty za tujami zakątek bez wątpienia miał być miejscem odosobnienia.

Na brzegu kwadratowego placyku stały dwie ławki, na każdej siedział elegancko ubrany mężczyzna. Przed nimi zaś, a plecami do mnie, stał jeden z „chłopów”. Natychmiast rozpoznałem go po kożuchu, zamaszystych gestach i płaczliwym głosie, którym zawodził o swojej rzekomej nędzy. Nie to jednak przykuło moją uwagę. Najbardziej bowiem rzucały się w oczy ustawione w centrum skwerku kamienne posągi. Skąpane w szkarłatnym świetle, doskonale wykonane cztery sporych rozmiarów figury robiły wrażenie. U stóp cokołu stały trzy: kobieta z dzieckiem na ręku i wolną dłonią uniesioną nad głowę, zgarbiony, wsparty na lasce starzec oraz krzepkiej budowy mężczyzna w koszuli z podkasanymi rękawami i wojowniczo wzniesionymi pięściami. Na cokole zaś górował nad ową trójką jegomość w eleganckim odzieniu. Pomimo mizernej postury jego dumnie wyprostowana postać budziła respekt – zaimponowało mi, jak rzeźbiarz potrafił stworzyć taki efekt. Człowiek z cokołu miał oczy przesłonięte opaską, pod orlim nosem zaciśnięte w wyrazie srogości usta ledwo było widać spod sumiastego wąsa. Największe zdziwienie budziło jednakże to, co trzymał w dłoniach. W lewej, wyciągniętej do wygrażającego pięściami mężczyzny, spoczywało kilka monet, w prawej zaś dzierżył miecz o długim ostrzu, który wznosił do ciosu, jakby nieświadom, że mierzy w bezbronną kobietę z dzieckiem, a ta, całkowicie daremnie, zasłania się przed bezprawnym atakiem. Cóż to miało znaczyć? – zamyśliłem się przez moment. Bo coś z pewnością chciał powiedzieć światu twórca tego dzieła… coś zdecydowanie ponurego.

– Kapralu? – Od rozmyślań oderwał mnie głos jednego z panów siedzących na ławkach. – Jest pan tam? Nie widzę dobrze w tym cieniu.

Rzeczywiście, pod osłoną sporych tui pozostawałem niemal niewidoczny w przeciwieństwie do ludzi z placyku, których oświetlało zachodzące słońce. W czerwonym blasku widziałem ich jak na dłoni i od razu też rzuciła się w oczy występująca między nimi podległość służbowa. Jegomość na ławce po lewej – jego wiek oceniłem na pięćdziesiąt kilka lat – z pewnością górował w hierarchii, co mówiło nie tylko jego odzienie: surdut i drogie, lśniące półbuty, ale też sama postawa. Roztaczał bowiem wokół instynktownie wyczuwalną aurę władzy, niewymuszone, naturalne przeświadczenie o własnej istotności, które biło od niego nawet w tak przyziemnym geście, gdy wyciągnął z kieszeni zegarek na łańcuszku i sprawdził godzinę. Pulchna, gładko ogolona twarz skrzywiła się przy tym nieznacznie. Poprawił binokle, niedbale przeczesał ciemne, ułożone na bok włosy i przyjrzał mi się spod przymrużonych jakby w wyrazie podejrzliwości powiek.

– Proszę o wybaczenie. – Wychodząc z cienia, natychmiast począłem się tłumaczyć. – Czekał pan tak długo, to karygodne z mojej strony. Tym bardziej, że przybywam w ważnej sprawie. Uprzejmie proszę o chwilę rozmowy i zaraz wyłożę, w czym rzecz. – Spojrzałem wymownie na „chłopa”, lecz ten, niezrażony, obserwował zachód słońca z nonszalancko założonymi z tyłu rękami.

– Proszę się nim nie przejmować, on poczeka – odezwał się drugi z mężczyzn, siedzący na ławce po prawej. – Może pan mówić bez obaw, kapralu, zaprotokołuję, że był obecny. – Z uprzejmym uśmiechem pokazał mi trzymane w dłoniach kartki papieru i pióro.

Ów jegomość był młodszy, może nawet o połowę, od sąsiada z ławki obok. W koszuli, kamizelce i wyprasowanych w ostry kant spodniach również prezentował się nienagannie, lecz młodzieńcze oblicze i przybory wskazywały, że był najwyżej sekretarzem. W zasadzie nic w tym dziwnego, wszak baron z pewnością miał na usługach niejednego podobnego mu pomocnika.

Baron odchrząknął.

– Tak, jeśli to możliwe, przejdźmy już do rzeczy. Pan kapral D. z posterunku na wschodnim gościńcu, czy tak?

Przytaknąłem z ulgą. Nareszcie będę mógł wykonać zadanie.

Sekretarz zaczął pisać.

„Chłop” zauważył wyrastające ze szczeliny między kamieniami źdźbło trawy i począł w skupieniu gnieść je butem.

– Pod kim pan służy?

Powiedziałem mu.

– I przywiózł pan jakieś dokumenty, tak?

– Tak, proszę pana. – Sięgnąłem do kieszeni. – To raport dotyczący…

– Powoli, powoli! – Gestem nakazał mi się wstrzymać. – Na to też przyjdzie czas. Papiery nie uciekną. Choć trochę szkoda, że nie… – Machnął ręką. – Tego proszę nie protokołować – polecił sekretarzowi, a potem zadał mi pytanie – Pana miejsce urodzenia, kapralu?

Coś w jego nad wyraz oficjalnym tonie powstrzymało mnie od komentarzy – choć skłamałbym mówiąc, że nie zaskoczył mnie – i po prostu udzieliłem odpowiedzi. Baron przyjął ją bez widocznej reakcji; cały czas przyglądał mi się wnikliwie zza szkieł binokli.

– Pana ojciec też jest wojskowym?

– Był, już nie żyje. Dosłużył się stopnia pułkownika.

To już zrobiło wrażenie i to na obu mężczyznach. Sekretarz zerknął na mnie z szeroko otwartymi oczyma, a potem jeszcze zacieklej począł bazgrać po trzymanych na kolanach świstkach; zgarbiony, gniótł papier i uzbrojoną w pióro ręką rozmazywał dopiero co naniesiony atrament. Tylko „chłop” zachował spokój, w dalszym ciągu depcząc nieposłuszne źdźbło.

– Czy nie pod jego wpływem wstąpił pan do armii? – zapytał baron.

– Proszę wybaczyć, ale do czego mają zmierzać te pytania?

Obaj tylko patrzyli wyczekująco.

– Owszem. Ojciec zawsze był dla mnie wzorem. Chciałem jak on służyć oj…

– Rozumiem, rozumiem. Zatem nie występowały żadne przesłanki… innej natury?

Odchrząknąłem. Ta rozmowa zaczęła przypominać przesłuchanie.

– Występowały, oczywiście – odrzekłem z irytacją. – W mojej rodzinie wpojono mi zamiłowanie do ładu i porządku. Dobrze odnajduję się w wojskowych realiach, gdzie panuje ścisła dyscyplina, rozkazy są jasne i czytelne, oraz wszystko ma swoje miejsce… także ludzie. Nie wszędzie tak jest, niestety.

Baron zamrugał gwałtownie, aż przekrzywiły mu się binokle.

– Co pan chce przez to powiedzieć? – obruszył się.

– Nie widzi pan, że to nie jest chłop? – wypaliłem. – Po zamku wałęsają się przebierańcy i żebrzą o pieniądze! Do czego to podobne?

Wspomniany łypnął na mnie nieprzyjaźnie, ale dalej milczał.

– A co kazało panu sądzić, że to jest chłop? – zapytał baron. – Ten kożuch? Czapka? Co według pana sprawia, że chłop rzeczywiście jest chłopem?

– Dla mnie nie ma to znaczenia. Przybyłem wykonać zadanie i ono jest dla mnie ważne. Pana jednak, co przyjmuję z ogromnym zdumieniem, bardziej interesuje moje pochodzenie niż sytuacja na zewnątrz. Najwyraźniej jest panu obojętne, że nasze ziemie znalazły się w niebezpieczeństwie!

Moja złość narastała i prawdopodobnie pozwoliłem sobie na zbyt wiele wobec barona, lecz wcale nie wyglądał na poruszonego.

– To, co na zewnątrz, zależy ściśle od nas, kapralu. Zamek decyduje, co tam się dzieje.

– Niech pan to powtórzy nieprzyjacielskim oddziałom, które być może są już w drodze tutaj. Swoimi dekretami może pan budzić postrach wśród prostego ludu z okolicznych wsi. Świstkami papieru – wskazałem na zapisującego uważnie moje słowa sekretarza – nie zatrzymacie karabinowych kul. Zamek nie ma takiej władzy!

– Po co zatem pan tutaj przyszedł?

Zabrakło mi słów. Niezmącony spokój barona, jego obojętność były czymś, na co nie byłem przygotowany. „Chłop” posłał mi pełen triumfu uśmiech, lecz natychmiast wrócił do kontemplowania podłoża, zgromiony moim spojrzeniem.

– Proszę zrozumieć kapralu – zaczął znów baron zaskakująco polubownym tonem. – Ja wszystko wiem: otrzymał pan rozkazy i jako sumienny, oddany służbie oficer chce je pan wykonać jak najlepiej. To godne pochwały. Wbrew pańskim przypuszczeniom nie zamierzam wcale tego panu utrudniać. Nawet gdybym chciał, nie wolno mi tego zrobić! Każdy ma powierzone zadania: pan swoje, ja – swoje, ksiądz – swoje, on także jakieś ma. – Wskazał na „chłopa”. – Jednym z moich obowiązków jest podejmować próby pogodzenia nierzadko sprzecznych dążeń. Nawiasem mówiąc, może to pana zdziwi, dążenia te, jakby tak sprowadzić je do maksymalnego uproszczenia, nagle okazują się wcale nie aż tak odległe od siebie! Myśli pan, jak wielkie różnice was dzielą – znów skinął głową ku „chłopu” – ale i on, i pan wkraczając do zamku skręciliście w lewo! Robią tak niemal wszyscy, taka już natura tego miejsca… i ludzi. A musi pan wiedzieć, że wielu tu przychodzi, bardzo wielu. No i właśnie… – zawiesił na chwilę głos, poprawił binokle, chrząknął. Pierwszy raz podczas rozmowy wydawał się zakłopotany. – Pański przypadek jest nieco odmienny.

– Oczywiście, że odmienny. Nie przyszedłem wszak brać udziału w odgrywanym tutaj spektaklu. Nie interesują mnie rozgrywki toczące się wśród zamkowych komnat. Moja sprawa jest absolutnie najwyższej wagi. Nie pojmuję tylko, dlaczego uniemożliwia mi pan jej przedstawienie, zamiast tego zadając nieistotne pytania o…

– Wcale nie nieistotne, drogi panie! – ożywił się nagle baron. – Widzi pan, cała rzecz sprowadza się do pańskiego oświadczenia.

Zamrugałem, zdezorientowany. Potem przypomniałem sobie, że rzeczywiście podpisałem jakiś papier, który wmusił mi starzec przy wejściu.

– Nie rozumiem.

– On nie ma glejtu?! – wybuchnął niespodziewanie „chłop”, pierwszy raz przerywając milczenie.

Baron westchnął.

– Niech się pan nie gniewa, kapralu, ale stawia pan nas wszystkich w niezręcznej sytuacji. Pańskie pochodzenie wiele tłumaczy, jest pan bez najmniejszych wątpliwości człowiekiem służby, z tradycjami rodzinnymi, z zaangażowaniem…

– W czym więc problem? – przerwałem mu szorstko.

Odpowiedzi – tyleż niespodziewanie, co bezczelnie – udzielił „chłop”.

– Nie wiadomo, kto za tobą stoi.

Baron skrzywił się.

– Bardzo nieeleganckie słowa. Niemniej tak właśnie sprawa się prezentuje.

– Przecież powiedziałem, pod kim służę, do diabła! Czego jeszcze chcecie? – Tym razem z pewnością przesadziłem i ostrzegawcze spojrzenie sekretarza zdawało się to potwierdzać.

Zaraz jednakże pojąłem, że źle oceniłem barona. Człowiek prawdziwej charyzmy i charakteru nie kluczyłby jak on teraz. Jego majestat okazał się ułudą, groźną maską wkładaną, by przestraszyć małe dzieci, dla dojrzałego męża będącą raczej groteskową. Czar prysł, bo oto miał przed sobą takowego.

– Nie w tym rzecz – nawet zająknął się lekko. – Wbrew pana opinii każdy zna tutaj swoje miejsce. Pewien porządek, dawno temu ustanowiony przy powszechnej zgodzie, trwa w zamku od lat i trwać będzie jeszcze długo po tym, jak opuści pan jego mury. Pan zaś doń nie pasuje. Nigdzie.

Wszyscy trzej patrzyli na mnie, sekretarz nawet przestał pisać. Starając się panować nad głosem, sięgnąłem do kieszeni po powierzony mi dokument.

– Dobrze powiedziane. Odbyłem swą podróż wyłącznie z obowiązku, zapewniam pana. W istocie nie chcę mieć nic wspólnego z tym miejscem i najlepiej zrobię, jeśli opuszczę je jak najprędzej. Inaczej wyobrażałem sobie zamek; dotychczas miałem lepsze zdanie o miejscowej władzy, co przyznaję z wielkim rozczarowaniem. Duszę się tutaj. Doprowadźmy tę sprawę wreszcie do końca. Oto raport, baronie.

Nagle coś się zmieniło. Dłoń z dokumentem zawisła w powietrzu. Mężczyźni popatrzyli po sobie.

– Baronie? – bąknął sekretarz, przerywając niezręczne milczenie.

– Wziął pana… za barona! – wymamrotał chłop, po czym parsknął śmiechem, klepiąc się po udzie.

Mężczyzna w binoklach przez chwilę mrugał, zdezorientowany, a w jego obliczu znów zaszła zmiana. Nie było już władcze, nie było także zalęknione, teraz spoglądał na mnie z nieukrywanym politowaniem.

– Sam pan widzi, kapralu, nic pan nie rozumie. Czy ja wyglądam na barona? Doprawdy sądzi pan, że baron znalazłby czas dla kogoś takiego jak pan? Władca tych ziem miałby się pochylać nad każdym papierkiem? – Wskazał na raport.

– I przez pana cały protokół do wyrzucenia! – poskarżył się sekretarz, drąc na kawałki własnoręcznie zapisane kartki.

Zacisnąłem zęby, wściekły na samego siebie.

– Przepraszam panów, ktoś wprowadził mnie w błąd – rzekłem sztywno, w myślach doradzając przygłuchemu ogrodnikowi, aby jego drogi nigdy więcej nie skrzyżowały się z moimi.

– Nic podobnego, to pan go popełnił! – Człowiek w binoklach wymierzył we mnie palec. – W procedurach nie ma błędów. Obracające się po stałej trajektorii koło nigdy takowych nie popełnia, jego doskonała konstrukcja to wyklucza. Błądzą tylko romantycy, marzyciele, kierowani jakimś mitycznym obowiązkiem, tacy jak ty! Bez planu nic by tu nie powstało, nikt by nie rządził. Zarzucając nam nieporządek, obnażyłeś jedynie swoją ignorancję, młody człowieku. Gdzie byłeś, gdy my w pocie czoła stawialiśmy te mury? Śmiesz nas pouczać, bo przysłano cię tutaj z kawałkiem papieru?

– Skoro się wyjaśniło, może wrócimy teraz do mojej sprawy? Ciemno już się robi – rzekł niecierpliwie „chłop”.

– Racja. Panu kapralowi nie jesteśmy do niczego potrzebni. Poradzi sobie świetnie sam, jak mniemam. – Człowiek w binoklach uśmiechnął się do mnie nieszczerze, po czym całą uwagę skupił na „chłopie”. – No, mówże, co tam znów na gospodarstwie?

– Tak właśnie uczynię, zapewniam pana – odrzekłem mu hardo, ale wcale nie słuchał. Dla całej trójki w jednej sekundzie przestałem istnieć.

– Mówiłem panu o tej szarańczy. Plaga, drogi panie, plaga! – zawodził „chłop”. – W kilka godzin całe zbiory stracone! Chmary robactwa siały spustoszenie, nic nie oszczędzając. Niechże pan sam zobaczy te kreatury! – Wyciągnął z kieszeni świerszcze, które widziałem przy naszym poprzednim spotkaniu.

Człowiek w binoklach gwałtownie skulił się na ławce.

– Zabieraj mi to sprzed oczu! Obrzydliwość! Po coś to przyniósł? Myślisz, że nie wiem, jak wygląda szarańcza?

Nagle zrozumiałem. Mężczyzna ten musiał być wspomnianym przez „chłopów” intendentem, wysokim urzędnikiem barona. Wyszedłem na ostatniego głupca.

Przełykając upokorzenie, co prędzej oddaliłem się stamtąd.

Dzień dogasał. Długie cienie ciągnęły się po zamkowym ogrodzie, niektóre zakamarki spowijała już szarość. Wkrótce miał zapaść zmrok.

Wróciłem tą samą drogą. Wchodząc drzwiami dla służby zauważyłem, że podczas mojej nieobecności ktoś zapalił lampy na zewnątrz oraz kinkiety w korytarzu. W samą porę, gdyż miejsce, gdzie spotkałem ogrodnika, było już niemal zupełnie ciemne. Ruszyłem dalej.

Idąc korytarzem, zadałem sobie pytanie, czy wypada w porze nocnej niepokoić pana zamku. Może kładzie się wcześnie i już śpi? Parłem jednak naprzód w ciszy i skąpym świetle, napędzany złością. Choćbym miał wyciągnąć barona spod ziemi, udowodnię intendentowi, że moja sprawa jest ważna. Najważniejsza!

Dotarłem do kolejnej wieży, nie napotkawszy nikogo. I bardzo dobrze, pomyślałem. Raźno wbiegłem na wielkie, skręcone schody. Zamyślony i wciąż wzburzony, nim się obejrzałem, dotarłem na ostatnie piętro. To chyba nie tutaj powinienem iść. Z drugiej strony, co za różnica? Dotychczas, kierując się niby przypadkiem, szedłem jednak według jakiegoś porządku: najpierw strażnik i domagający się glejtu starzec, potem przygotowany dla mnie pokój, a wreszcie intendent, który miał za zadanie, jak sądzę, wybadać mnie. Przez tego przeklętego ogrodnika straciłem szansę zdobycia przychylności wysokiego urzędnika! W każdym razie moja droga przez zamek, na pozór przypadkowa, wyglądała na dyskretnie, ale jednak zaplanowaną. W dodatku wszyscy mnie tu znali, nawet służące. Czy wobec tego powinienem czynić jakieś głębsze namysły nad wyborem kierunku?

Pierwsze z brzegu drzwi na korytarzu były dwuskrzydłowe. Śmiało otworzyłem je na oścież i znalazłem się na szerokiej galerii, biegnącej wzdłuż ściany pomieszczenia wielkiego jak sala balowa. Skąpo oświetlony balkon zdobiły liczne trofea myśliwskie: poroża i skóry, a także kunsztowne pejzaże. Z dołu biło mocniejsze światło. Wychyliwszy się lekko za balustradę, ujrzałem kilka metrów niżej pomieszczenie łączące w sobie bibliotekę i jadalnię. Ścianę i narożnik po lewej przesłaniały półki z książkami, stało tam kilka stolików oraz wygodnych foteli. W kominku płonął ogień. Po prawej stronie zaś, nieco dalej, ustawiono spory okrągły stół. Uginał się on wręcz od przeróżnego jadła, a siedziało przy nim i oddawało się konsumpcji czterech mężczyzn. Jedząc, rozmawiali półgłosem. Nie dostrzegli mnie i było mało prawdopodobne, że im się to uda. Światło dawały tam świece i blask ognia z kominka, na galerii zaś panował półmrok, który z każdą chwilą gasł jeszcze bardziej wraz z resztkami jasności za wielkimi oknami. Widziałem cokolwiek tylko dzięki światłu z korytarza.

– Zdążyłeś w samą porę. Właśnie zasiedli do kolacji – przemówił nagle jakiś głos.

Nie zdołałem stłumić nerwowego drgnięcia. Zaskoczony i zirytowany własną nieuwagą, dostrzegłem stojącego nieopodal mężczyznę, który tak jak i ja opierał się o balustradę galerii. Wchodząc zupełnie go przeoczyłem. W ciemnym odzieniu wtopił się w równie ciemne tło, nosił bowiem podobny mojemu mundur. Przysunął się bliżej, wchodząc w krąg światła z korytarza, dzięki czemu dostrzegłem dwie belki oraz gwiazdę na jego epoletach. Odruchowo zasalutowałem.

– Dajże spokój! – zaśmiał się major. – Szarże nie mają tu żadnego znaczenia. W zamku od dawna nie używa się tytułów. Poza baronem, rzecz jasna… i księdzem. Ale on nie ma już tej pozycji co kiedyś. – Na powitanie podał mi rękę.

Uścisk miał krzepki, podobnie jak i całą sylwetkę. Był przykładem żołnierza: wysokim, szerokim w barach, wyprostowanym, z płaskim brzuchem. Uśmiechał się przyjaźnie, prezentując równe, białe zęby oraz zmarszczki w kącikach oczu. Krótkie, ciemno blond włosy poprzetykały mu już nitki siwizny.

– Co masz? Pewnie coś o zagrożeniu ze wschodu. Że też nam się, u licha, tacy sąsiedzi trafili!

– Skąd wiesz? – bąknąłem, jeszcze bardziej zaskoczony. Wzruszył ramionami.

– Wiadome było, że wyślą kogoś w tej sprawie. To niewdzięczny temat, lepiej uważaj. Niektórzy nie będą w ogóle chcieli z tobą o tym rozmawiać.

Chyba strażnik powiedział coś podobnego, przypomniałem sobie.

– Muszę dostarczyć wiadomość. To niezwykle ważne.

Poklepał mnie po ramieniu.

– Wiem, przyjacielu. Wszyscy musimy robić swoje. Popatrzymy chwilę? – zaproponował, wskazując na dół. Wychyliliśmy się znów przez balustradę. Zniżył głos do szeptu – Lubię tu przychodzić wieczorami. Czasem posłyszę coś ciekawego, ale nieczęsto. Za cicho mówią. Z samej obserwacji można jednak przy odrobinie wprawy wywnioskować niejedno. Widzisz tego z prawej? Ledwo usiedli, a pije już trzeci kieliszek wina. Niedobrze. Coś go trapi.

Rzeczywiście, wskazany jegomość wypił i zaraz sięgnął, by znów napełnić szkło. Był w samej koszuli jak i pozostali przy stole. Siedzieli z poluźnionymi krawatami, marynarki i kamizelki przewiesili na oparciach krzeseł.

– Uwierz mi, nigdzie nie dowiesz się tyle o zamku co tutaj.

– To, że pije, to żadna informacja. Po prostu lubi wino.

W tym momencie człowiek z lewej strony stołu, wąsaty grubas o kręconych włosach, odchylił w tył kudłatą głowę i wybuchnął śmiechem.

– Widziałeś? – podekscytował się major. – To dobry znak! Zawsze gdy ma dobry nastrój, obniżają wysokość danin. Albo przynajmniej wychodzi mniej zarządzeń.

– Kim oni są?

– Nazwiska nic ci nie powiedzą. Sam zresztą ich nie znam, za szybko się zmieniają. Nie warto się przywiązywać, bo zaraz któregoś odwołają, awansują albo sam złoży dymisję z powodów osobistych. Kto by za tym nadążył?

Promyk nadziei zgasł we mnie.

– Myślałem, że któryś z nich to baron.

Major o mało się nie zakrztusił.

– Baron? To ci dopiero! Ty naprawdę nie wiesz, w co tu się gra, prawda?

– Przybyłem do zamku, bo musiałem – odrzekłem chłodno. – Nie mam ochoty mieszać się w tutejsze sprawy.

– Ależ nie obrażaj się, przyjacielu. – Poklepał mnie znów po ramieniu. – Każdy tak zaczynał. To tylko na pozór wygląda skomplikowanie. Przywykniesz. Nim się obejrzysz, będziesz znał na pamięć każdy korytarz. Wszystkie te mordy jeszcze ci obrzydną, tyle się na nie napatrzysz. – Zachichotał.

– Więc czym zajmuje się ta czwórka?

– A jak sądzisz? Komu baron pozwoliłby tutaj siedzieć i obżerać się za jego grosz?

Mężczyźni na dole dalej mruczeli do siebie wśród szczęku sztućców. Wielbiciel wina wypił już pół butelki.

– Może powinienem z nimi pomówić? – spytałem. Major podrapał się po podbródku.

– Trudno powiedzieć. Doradzają baronowi, podobno wysoko ceni ich zdanie. Gdybyś im się nie spodobał, mogliby cię przedstawić w złym świetle. To niewykluczone, biorąc pod uwagę, z czym przybywasz. Z drugiej strony, zyskując ich sympatię, znacznie przyspieszyłbyś procedowanie twojej sprawy.

– Nie trafiłem tutaj przypadkowo. To musi coś znaczyć – pomyślałem na głos.

– Skoro tak twierdzisz.

Popatrzyłem majorowi w oczy.

– Muszę zobaczyć się z baronem. Osobiście. Jak najszybciej – powiedziałem z naciskiem.

– To jakieś nieporozumienie. – Był szczerze zdumiony.

– Z takim rozkazem mnie wysłano. Nie odejdę, dopóki go nie wykonam.

Przyglądał mi się w milczeniu, jakby badając, czy nie żartuję.

– Lubię cię, wiesz? Jesteś inny. Powiem ci coś w zaufaniu. Powiadają, że barona od dawna już nie ma.

– Wyjechał?

– Nie, jest tutaj, w swojej komnacie… w pewnym sensie.

– Mów jaśniej.

– Podobno umarł tam lata temu, ale nikt nie wszedł do środka, by to sprawdzić. Kiedyś kategorycznie zakazał wchodzenia bez zaproszenia. Wszyscy zatem wykonują ostatnie otrzymane rozkazy. Przekazują je sobie z pokolenia na pokolenie, szkolą następców i tak zamek trwa dalej, niezmiennie. Idzie raz nadanym trybem, jak nakręcony zegar.

Nieproszony, przyszedł mi na myśl uwieczniony na obrazie ojciec strażnika.

– Nie wierzę w to – odrzekłem, ale wcale nie tak pewnie. Major uśmiechnął się krzywo.

– Pobądź tu jeszcze trochę, a uwierzysz w niejedno.

Wsparłem głowę na rękach. Nie wiedziałem, co o tym myśleć. „Chłopi” również mówili, że nie opuszcza zamku. Czy to mogła być prawda?

– Za bardzo się martwisz. Spójrz na swą sytuację z innej strony – rzekł major. – Możesz tu zostać, ile chcesz. Rób to co inni. Działania cały czas trwają, sprawa jest procedowana, zatem nie można zarzucić ci bezczynności. Możesz też pójść do Sekretariatu.

Gdzieś już słyszałem o tym miejscu. Ktoś o nim wspominał.

– Co tam jest?

– A co ma być? To Sekretariat barona. Oddasz swoją wiadomość i będziesz wolny.

– Wolny… – w zamyśleniu powtórzyłem po nim i jakże dziwnie zabrzmiało to słowo w moich własnych ustach.

– No tak, wrócisz, skąd przyszedłeś. Zastanów się tylko, czy na pewno tego chcesz. Wyjście z zamku trzeba dobrze zaplanować. Tam, na zewnątrz, wszystko wygląda inaczej; będziesz znów musiał troszczyć się o sprawy, które tutaj są zupełnie nieistotne.

Słuchałem go jednym uchem. A gdyby tak spytać tych doradców? Doradzają baronowi, zatem tak ważna sprawa powinna ich zainteresować. Może oni wiedzą… A jeśli major ma rację? Co jeśli zamek jest tylko pustą skorupą, liściem na wietrze miotanym przez przypadkowe siły? W takim wypadku misja staje się bezprzedmiotowa.

– Zejdę do nich – zdecydowałem. – Tak musi być. Nie trafiłem tu przypadkowo. Ktoś chciał, bym otworzył właśnie te drzwi.

– Może i tak. Pomyślnych łowów, kapralu. – Uśmiechnął się. – Ja poobserwuję sobie jeszcze. Lubię pobyć tu wieczorami. To trochę jak patrzenie na gwiazdy: niby wciąż te same, a za każdym razem odrobinę inne.

Skinąłem mu głową na pożegnanie i ruszyłem do schodów, które mnie tu przywiodły. Byłem zdeterminowany, nie obawiałem się. Mogłem najwyżej ponownie zrobić z siebie pośmiewisko, ale nie dbałem o to.

W połowie drogi na dół zatrzymał mnie krzyk.

– Czekaj! – Major pojawił się u szczytu schodów. – Krawat!

– Słucham?

– Ten gruby, który się śmiał, zazwyczaj nosi ciemny.

Patrzyłem na niego, nic nie rozumiejąc.

– Ciemny krawat! – wyjaśnił, wyraźnie podekscytowany. – A dziś włożył jasny i to w paski. Od początku czułem, że coś jest nie tak. Ta nagła zmiana musi coś znaczyć. Może lepiej tam nie idź? Zaczekaj do jutra. Jak włoży stary, to pójdziesz. Z nimi nigdy nie wiadomo. Głupio, gdybyś miał przegrać całą sprawę przez krawat. Sam już nie wiem, co ci radzić… Dobranoc! – Poszedł nie czekając odpowiedzi.

Westchnąłem ciężko. W kieszeni marynarki wymacałem kopertę z raportem. Dotyk papieru i świadomość, co zawierał, dodały mi pewności siebie. Ruszyłem dalej.

Piętro niżej czekały mnie identyczne dwuskrzydłowe drzwi. Pomny, co mówił major, zapukałem trzykrotnie. Nie było odpowiedzi. Ponowiłem próbę, tym razem głośniej. Nic. Zajrzałem przez sporą dziurkę od klucza. Dobrych kilkanaście sekund nie pojmowałem, na co patrzę. Albo raczej nie dowierzałem własnym oczom. Pchnąłem drzwi, wmaszerowałem do środka.

W ciągu nie więcej niż trzech minut w pomieszczeniu zaszły istotne zmiany. Choć po czterech doradcach nie było ani śladu, kto inny teraz zajmował miejsca przy stole. Sporo miejsc, należało dodać, bo ledwo się tam mieścili. Eleganccy panowie widocznie skończyli już wieczerzę, a teraz pozostawionymi po niej resztkami hałaśliwie i bardzo nieelegancko pożywiali się inni. Byli tu niemal wszyscy: czterej „chłopi”, nieuprzejmy starzec-skryba, młoda pokojówka, ogrodnik oraz ksiądz. Ten ostatni zauważył mnie jako pierwszy.

– Spóźnił się pan, kapralu – oznajmił z pełnymi ustami. Pozostali natychmiast podążyli za jego spojrzeniem. – I co pan powie? Tak bardzo chciał pan ruszyć z posad bryłę świata, i cóż?

Oniemiałem. Reszta zgromadzonych szybko wróciła do jedzenia, tracąc zainteresowanie moją osobą.

– Oskarża nas pan? – ciągnął ksiądz. – Widać to w pańskich oczach. Ostrzegam, bo napisane jest: „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni„!

– Pan kapral chciał dobrze – odezwała się młoda służka. – Jest bardzo odważny, idzie swoją drogą.

– Milcz, nierządnico! – zagrzmiał kapłan. – Myślisz, że nie wiem, coście robili? Cudzołożysz tu zresztą niemal z każdym.

– Jak? – nie dosłyszał ogrodnik. Górował nad pozostałymi swą potężną sylwetką, jak również ilością jedzenia na talerzu.

– Jeszcze się nie nauczył – rzekł skryba. – Jak nie przestrzegał regulaminu, tak nie przestrzega.

– Bo wielmożny pan do barona idzie. Jego sprawa najważniejsza! Co mu po regulaminie? Nas, maluczkich, za nic ma, ponad naszymi głowami patrzy – zadrwił przywódca „chłopów”.

– Pan kapral zajdzie daleko. A gdy dotrze do Sekretariatu, wróci po mnie i zabierze mnie ze sobą, abym nie musiała was więcej oglądać!

Słowa dziewczyny wzbudziły gromki śmiech chłopów. Ksiądz i skryba poczęli mówić coś jednocześnie, a ogrodnik co rusz dopraszał się o powtórzenie. Nie mogąc dłużej znieść tego jazgotu, ruszyłem z powrotem do wyjścia. Wówczas dostrzegłem siedzącą przy samych drzwiach na maleńkim zydlu starą służącą. I tym razem zalewała się łzami.

– Znów nic ja nie dostała, dla siebie wsio zagarnęli. A tak się do Świętej Panienki modliła o okruszynę chociaż… – Wytarła smarki w rękaw.

Wybiegłem na korytarz.

Biegłem, burząc nocną ciszę, a mój cień tańczył szaleńczo na ścianach. Co teraz? Dokąd iść?! – kołatały mi w głowie pytania. Zawiodłem, nic nie zdziałałem. Wybrałem niewłaściwą drogę i teraz… Myśl błysnęła tak nagle, że aż stanąłem. Oczywiście! Już wiedziałem, kto mówił mi o wspominanym przez majora Sekretariacie. Usłyszałem o nim od dziewczyny, ale nie tylko od niej. Tajemniczy jegomość w kapeluszu, którego spotkałem w hallu, tam właśnie zmierzał. Poszedł w prawo, nie w lewo jak wszyscy. Od początku powinienem był iść za nim!

Rzuciłem się do biegu, pełen nowej nadziei. Gnając na dół, mało nie spadłem ze schodów. Kilka chwil później przemknąłem przez korytarz, w którym spotkałem po raz pierwszy „chłopów”. Jak dziki wpadłem do hallu. Przeciwległy koniec, gdzie rankiem zaczęła się moja wędrówka, ginął w mroku. Zgaszono żyrandole i światło rzucały tylko kinkiety. Ostrożnie pokonałem spiralne schody, uważając, by w tak ważnej chwili nie skręcić kostki. Wysokie buty narobiły okropnego hałasu na gołym drewnie; nic przezeń nie słyszałem, przez co na dole totalnie zaskoczył mnie wyskakujący nagle z półmroku człowiek. Młody mężczyzna, zasapany i zaaferowany, złapał mnie za ramię.

– Panie, proszę zaczekać!… Przynoszę wiadomość… ze wschodniej… granicy – zipał niewyraźnie. – Baron musi…

Wyrwałem mu się.

– Nie mam czasu na te brednie z zewnątrz. Idę do Sekretariatu.

Teraz nareszcie jestem na właściwej drodze, pomyślałem naciskając klamkę u drzwi po prawej stronie.

4 myśli na temat “Fantasmagoria #29 – „Na szczycie wieży” (cz.2/2)

  1. I wszystko się wyjaśniło na końcu samym. I wszystko zatoczyło koło. Jestem pod wrażeniem Twoich umiejętności znajomości słownictwa. Z taką łatwością, wprowadzasz czytelnika w kreowany przez siebie świat, że aż wyjść z zachwytu nie mogę nad takim darem. Zdecydowanie stoi za Tobą ilość przeczytanych książek 🙂 Zarówno cz.1 jak i druga nie pozwoliła mi się oderwać, dopóki nie przeczytałam całości. Dla mnie majstersztyk, błędów nie zauważyłam. G.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Tak, w pełni zgadzam się z przedpiśczynią (??? – że kim?) 🙂 Napisane tak naturalnym językiem, że nawet kolejność słów w zdaniu nie miała większego znaczenia. np: „Promyk nadziei zgasł we mnie.”, bo ja napisałbym „Zgasł we mnie promyk nadziei”. U Ciebie to stylizacja, rozumiem?
    Tak, mimo iż całość jest nieco przegadane jak na krótkie opowiadanie, to łyknąłem to bez zacięcia. Opowieść niby banalna, a kilkakrotnie czułem sie zaskoczony, a więc i zaciekawiony bardziej.
    I tak jak Graiel, sądzę, że oczy masz już wypatrzone od czytania. Weź udział w paru konkursach, myślę, że odniesiesz sukcesy. Trzymam kciuki.

    Przypominał trochę baśniowego olbrzyma z tą splątaną, ciemną brodą i równie nieporządnymi włosami.
    Słowo „nieporządnymi” mi jakoś tu nie pasuje. Może: skołtunionymi?

    a potem jeszcze zacieklej począł bazgrać po trzymanych na kolanach szpargałach
    bazgrać po szpargałach? Ej… Albo ja czegoś tu nie rozumiem.

    „Chłop” posłał mi pełen triumfu uśmiech, lecz natychmiast wrócił do kontemplowania podłoża, zgromiony moim spojrzeniem.
    Jakoś w tym przypadku „kontemplowanie podłoża” mi nie pasuje. Ten zwrot dobry byłby w humoresce albo grotesce, sądzę.

    Przełykając upokorzenie, co prędzej oddaliłem się stamtąd.
    Osobiście wyrzuciłbym ostatnie słowo, bo wiadomo, skąd się oddalił.

    W zamku od dawno nie używa się tytułów.
    literówka

    Podsumowując, błędów praktycznie nie ma, czyta się z zapartym tchem, jednym słowem, super.

    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

    1. Zauważyłem u siebie taki dziwny zwyczaj zmieniania szyku zdania, także w mowie. Niby jest to dopuszczalne, ale staram się pozbyć tego nawyku.

      Starałem się właśnie, żeby tekst nie był przegadany, żeby każda wypowiedziana kwestia była istotna.

      Poczytałem ostatnio trochę Kafki, stąd pomysł na opowiadanie-parabolę. Czy to wyszło? Sam nie wiem. Waham się, czy zamieszczać to na portalu pisarskim. Mało komu tam chce się czytać dłuższe teksty.

      Dzięki za komentarz i poprawki, Antoni.
      Pozdrawiam również.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s