Fantasmagoria #28 – „Na szczycie wieży” (cz.1/2)

Gabriel Dobosz – „Na szczycie wieży” (cz.1/2)

Podróż zajęła mi parę godzin, ale skoro tylko wjechałem za mury zamku, natychmiast zeskoczyłem z konia i pobiegłem przez wewnętrzny plac do sieni. Przed masywnymi drzwiami stał wsparty na halabardzie strażnik.

– Do barona… szybko!… Przysyła mnie…  – tyle tylko zdołałem wysapać.

– Powoli, panie!

Zgiąłem się wpół, nie mogąc złapać oddechu. Podtrzymał mnie troskliwie, jakby się bał, że upadnę. Zirytowany, odtrąciłem jego rękę.

– Przynoszę… wiadomość…

– Tak, tak, wiadomość – przytaknął bezmyślnie. – Proszę wielmożnego pana do środka, musi pan odpocząć po podróży.

Otworzył drzwi kluczem, weszliśmy i dopiero wtedy mu się przyjrzałem. Z gładko ogolonego oblicza nie schodził uprzejmy uśmiech. Włosy, lekko już siwiejące, miał zaczesane tak, by nieudolnie ukryć nieubłaganie poszerzającą się łysinę. Nosił paradny mundur, dziwnie niepasujący do zwykłego zamkowego stróża. Po cóż mu była owa halabarda, na której, wyprężony jak struna, wsparł się dumnie niczym dostojnik kościelny na pastorale – tego nie potrafiłem dociec.

– Kapral D. z posterunku na gościńcu wschodnim – przedstawiłem się, ciągle dysząc. – Muszę natychmiast… rozmawiać z baronem. Mam ważne wieści…

– Wiem, kim pan jest. Spodziewano się tu pana od jakiegoś czasu.

Zdębiałem.

– Jak to, spodziewano?

Strażnik wzruszył ramionami z niezmąconym spokojem.

– Wiadome było, że ktoś przyjdzie w tej sprawie.

– Nie rozumiesz, nie przyszedłem w żadnej sprawie! Zaobserwowaliśmy ruchy nieprzyjacielskich wojsk na wschodzie. Szykują się do wymarszu, być może już ruszyły! Mam tu szczegółowy raport i baron musi w tej chwili go otrzymać, by zarządzić mobilizację!

– Ależ ja to wszystko wiem, szanowny panie – Strażnik poufale poklepał mnie po ramieniu, uśmiechając się serdecznie. Nie wydawał się ani trochę poruszony tym, co usłyszał.

– Jak możesz wiedzieć?! – podniosłem głos. – Mamy poważny incydent na granicy, do diabła! W tej chwili zapowiedz mnie baronowi!

Mężczyzna, jakby nie słyszał albo nie rozumiał, pochylił się lekko w moją stronę i zaczął szeptać konfidencjonalnie:

– Ja jestem, drogi panie, strażnikiem z dziada pradziada, można by rzec. Gdybym nie wiedział takich rzeczy, to czy nadawałbym się do swojej funkcji? Co by mój ojciec na to powiedział? Niech pan spojrzy, oto on.

Dopiero teraz znalazłem chwilę, by rzucić okiem na otoczenie. Staliśmy w podłużnej sieni z jednym oknem. Nasze głosy odbijały się od kamiennych ścian, których nie zdobiło nic poza obrazem za moimi plecami. Z początku go nie zauważyłem, spodziewając się raczej zobaczyć gdzieś tu osobę wspomnianego ojca, co do którego zdążyłem już nawet nabrać nieśmiałej nadziei, że okaże się bardziej pomocny niż syn. Wraz z dostrzeżeniem obrazu nadzieja prysła, bowiem to właśnie postać rodzica prężyła się dumnie na malowidle; nie miałem co do tego wątpliwości – wyglądał jak odrobinę postarzała kopia zamkowego strażnika, w tym samym mundurze i z tą samą halabardą w dłoni.

– On zawsze wiedział wszystko, bo strażnik musi wszystko wiedzieć, wie pan? – ciągnął przyciszonym głosem wprost do mojego ucha. – No bo gdyby tak hipotetycznie okazał się pan przebierańcem albo prowokatorem, co by było, gdybym pana wpuścił dalej? – Wymownym gestem wskazał drzwi na drugim końcu sieni.

Nawet nie zareagowałem na tę insynuację, będąc wciąż pod wrażeniem obrazu. Malować zamkowego strażnika?! I to jeszcze tutaj, w zamku barona, wieszać ów portret przy samym wejściu? Mężczyzna najwyraźniej dostrzegł moje zdumienie, gdyż zaraz pospieszył z wyjaśnieniem.

– To taka tradycja. Przypomina mi, i przypominała moim poprzednikom, o powadze tej funkcji. Kiedyś moje oblicze tu zawiśnie, o ile będę dobrze wywiązywał się z obowiązków.

Otrząsnąłem się. Czas naglił.

– Dobrze więc. Jeśli wiesz, z czym przychodzę, to wskaż mi teraz drogę do barona.

Nagle dał krok do tyłu i obrzucił mnie podejrzliwym spojrzeniem.

– A posiada pan glejt?

– Glejt?

– Owszem. Musi pan jakoś się uwiarygodnić.

Tego było dla mnie za wiele.

– Dość tych nonsensów! Nie słyszałeś, co do ciebie mówiłem? Tracę tu czas, a wroga armia być może już przekracza granicę.

Ruszyłem energicznie, zanim dotarł do niego sens wypowiedzianych słów. Strażnik dogonił mnie dopiero przy drzwiach. Krzyczał coś i stukał halabardą o podłogę, lecz go zignorowałem. Otworzyłem drzwi.

Oto wkroczyłem do zamku.

Owionęła mnie ciężka cisza, jakiś zatęchły bezruch wisiał w powietrzu. Strażnik nie wszedł ze mną. Zatrzymał się na progu, jakby powstrzymany niewidzialną zaporą, a jego gadanina umilkła rapotownie. Tym lepiej, pomyślałem, wystarczająco mnie już spowolnił.

Przed sobą miałem przestronny hall o podłodze wyłożonej biało-czarnym kamieniem, jak szachownica. Po drugiej stronie na środku znajdowały się szerokie spiralne schody, prowadzące na drewnianą galerię na piętrze. Na dole po obu ich stronach dostępu do dalszych części zamku broniły solidne drzwi, na górze zaś dostrzegłem cały ich rząd. Z sufitu zwisały złote żyrandole, lśniące teraz w promieniach wpadającego przez okna porannego słońca. Pustkę kremowych ścian próbowano zapełnić tandetnymi obrazami. Po lewej stronie, przy oknie, ustawiono stolik z kilkoma fotelami.

Moje kroki zabrzmiały w tej ciszy jak bicie dzwonu. Przystanąłem, nie wiedząc, gdzie dalej się kierować.

– Glejt ma? – Tuż obok mnie zaskrzeczał nagle jakiś głos.

Rozglądając się po hallu, nie zauważyłem biurka stojącego tuż przy drzwiach, przez które właśnie przeszedłem. Zgarbiony nad górą papierzysk siedział przy nim jakiś starzec ubrany w workowatą, jakby mnisią szatę. Ledwo zresztą było go widać zza tych papierów; dostrzegłem jedynie pochyloną, pokrytą starczymi plamami, niemal łysą głowę. Nawet nie podniósł na mnie wzroku.

– Dzień dobry, czcigodny panie. Kapral D. z…

– Pytałem, czy glejt ma – przerwał mi bezceremonialnie. Gdy podszedłem krok bliżej, zauważyłem, że w powykręcanej artretyzmem dłoni trzymał pióro i pisał nim coś zawzięcie.

– Mówiłem temu panu – włączył się strażnik – ale nic nie okazał. Wszedł tu jak do siebie, słowo daję!

– Muszę się niezwłocznie zobaczyć z baronem. Przynoszę raport dotyczący incydentu na granicy – wyjaśniłem starcowi.

Wolną ręką wyrżnął w stół z zaskakującą siłą, aż zatrzęsły się góry papierów.

– Pytam po raz trzeci, czy glejt ma! – wrzasnął skrzekliwie.

– Nie – odparłem po prostu, zbyt zdumiony nawet, by się obruszyć na takie potraktowanie.

– Niech się nauczy odpowiadać na pytania. Skoro nie ma glejtu, musi podpisać oświadczenie.

Choć aż mną zatrzęsło, pohamowałem się. Byłem wszak w zamku barona, a w dodatku nie miałem pojęcia, kim był ów strofujący mnie jak ucznia impertynent. Wyglądał na skrybę, ale diabli go tam wiedzieli. Wolałem najpierw zapoznać się bliżej z obowiązującą w tym miejscu hierarchią, nim zacznę robić sobie wrogów.

– Drogi panie, to sprawa niecierpiąca zwłoki. Jechałem w pośpiechu, bowiem rzecz dotyczy bezpieczeństwa kraju. Powierzono mi w wielkim zaufaniu to zadanie i nie mogę zawieść. Raport musi dotrzeć do barona. Do rąk własnych.

Stary kręcił głową i cmokał z niesmakiem.

– Jeszcze się nie nauczył. Za mało lekcji dostał, za mało…

– Nie moja wina – tłumaczył się tymczasem strażnik. – Przystąpiłem do czynności, jak się należało, ale ten pan wszedł bez zaproszenia. Na zamek, bez zaproszenia! – zakończył z emfazą.

– Zaproszenia nie trzeba. Trzeba glejtu albo oświadczenia, tak w regulaminie stoi. Nie ma glejtu, to podpisze oświadczenie. Jest już gotowe. – Starzec skończył pisać i podał mi jakieś świstki, w dalszym ciągu nie zaszczycając spojrzeniem. Ledwo otworzyłem usta, natychmiast zdusił mój protest w zarodku. – Przeczyta je, a potem podpisze! – Na niewielkim wolnym od papierów skrawku stołu pchnął ku mnie pióro i inkaust.

Czas płynął, a ja wciąż byłem daleko od celu. Mogłem dalej próbować tłumaczyć temu człowiekowi, kimkolwiek był, ale coś mi mówiło, że niewiele wskóram w ten sposób. Widocznie za bardzo nasiąkł tutejszymi, mnie póki co nieznanymi procedurami. Spojrzałem na podane mi oświadczenie. Były to cztery kartki od góry do dołu zapisane drobnym, starannym pismem.

– Będę mógł wejść, gdy podpiszę?

– Powiedziałem już. Czego jeszcze nie rozumie? – odparł gderliwie, a potem wziął do ręki inny papier i wrócił do pisania, marudząc pod nosem – Nie dość, że glejtu nie posiada, to bez podpisu chciałby wejść. Każdy by tak chciał!

Wczytałem się w treść oświadczenia. Wbrew obawom było napisane prostym słownictwem. Kiedy jednak dotarłem do połowy pierwszej strony, z przerażeniem stwierdziłem, że nic nie pojmuję. Pojedyncze słowa, choć zrozumiałe, nie łączyły się w umyśle w żaden sens. Zajrzałem na kolejną kartkę – to samo; jakbym czytał książkę w obcym języku, którego dopiero się uczę, znał poszczególne wyrazy, lecz nie potrafił przeniknąć głębi tekstu. Przekartkowałem do samego końca. U dołu widniało moje nazwisko wraz z miejscem na podpis. Przetarłem oczy, spróbowałem jeszcze raz. I nic, w głowie miałem pustkę. A czas naglił. Porwałem pióro i na zgiętym kolanie – na stole było zbyt mało miejsca, żeby to uczynić – niechlujnie podpisałem dokument. Stary natychmiast, nie przerywając pracy, odłożył go na szczyt jednej ze stert, po czym całkowicie stracił zainteresowanie moją osobą. Równocześnie trzasnęły drzwi – to strażnik wrócił na swój posterunek na zewnątrz. Zostałem sam.

Szybkim krokiem ruszyłem przez hall w stronę schodów. Nagle jedne z drzwi na piętrze otworzyły się. Wyskoczył zza nich mężczyzna w długim płaszczu i kapeluszu. Zbiegając z pośpiechem na dół, narobił na drewnianych stopniach niesamowitego hałasu.

– Proszę zaczekać, panie! – zawołałem do niego.

Ledwo prześliznął się po mnie wzrokiem, gotów już mnie wyminąć, ale złapałem go za ramię.

– Proszę wybaczyć, mógłby mi pan wskazać drogę do barona?

– Nie mam czasu na te brednie z zewnątrz – odburknął. – Muszę zdążyć do Sekretariatu.

Z ust było mu czuć winem i papierosami, twarz miał wymiętą i nieogoloną. Oswobodził rękę z mojego uścisku, a potem otworzył drzwi po prawej stronie schodów. Gdy zamknęły się za nim z głośnym trzaskiem, hall ponownie zatonął w ciszy.

Zastanawiałem się, czy iść w ślady mężczyzny. Może miał na myśli sekretariat barona? Przeczucie podpowiadało mi jednak, że powinienem udać się wyżej. Wkroczywszy na piętro, rozejrzałem się. Moją uwagę zwróciło dwoje większych, dwuskrzydłowych drzwi w narożnikach galerii, które z pewnością prowadziły do dalszych części zamku. Pozostałe były, jak mniemałem, pokojami gościnnymi. Po krótkim namyśle poszedłem w lewo i zgodnie z przewidywaniami znalazłem się w długim, ocienionym korytarzu. Tędy zapewne dotrę do południowego skrzydła, takie przynajmniej miałem wrażenie; jadąc tu w pośpiechu, nie przyglądałem się szczególnie budowie zamku. Moje kroki tłumił czerwony dywan, co było mi na rękę, gdyż zza rogu skręcającego w lewo korytarza uszu mych dobiegły głosy.

– … były kiepskie. Mało opadów w tym roku.

– I insekty, drogi panie.

– Nie jakieś byle insekty. Szarańcza! Niemal jak plaga egipska! – wykrzyknął ktoś egzaltowanym głosem.

– Tak, tak ma pan mówić, proszę pamiętać. Cały czas należy podkreślać straty.

– Uwierzą w to? Czyż baron sam na własne oczy nie widział, jak wyglądały pola?

Na wzmiankę o baronie serce zabiło mi szybciej. Ci ludzie mogli wiedzieć, jak do niego trafić.

– On nigdy nie opuszcza zamku. Z reguły też nie czyta sprawozdań intendenta. Nudzi go to.

– I tak po prostu płacą, choć nie ma żadnych strat w uprawach?

– A kiedy mają to robić? Jak będą straty, to przecież nie będzie z czego płacić.

Zaciekawiony, dyskretnie wyjrzałem za róg. Rozmawiającymi jegomościami okazało się czterech brodatych chłopów, którzy stali nieopodal przy oknach. Zdziwiło mnie, co też robili w zamku. Jakim sposobem strażnik i ten niewychowany starzec wpuścili ich?

Mężczyźni ubrani byli w kożuchy, grube czapy i znoszone wysokie buty – typowo chłopskie odzienie. Pogrążeni w rozmowie, nie dostrzegli mnie. Nagle jeden wyciągnął z zanadrza butelkę wina, a w dłoniach pozostałych pojawiły się kielichy. Wznieśli toast, ja zaś zauważyłem, że pod rozpiętymi starymi kożuchami nosili drogie jedwabne koszule, ich dłonie zaś zdobiła biżuteria. Ponadto gęsta broda jednego z nich okazała się sztuczna – pijąc wino, zsunął ją na szyję.

– Tylko zważaj, by nie popełnić błędu, jak to zdarzyło się kiedyś niektórym…

– Pan znów o tym? – oburzył się ten rozemocjonowany, który krzyczał.

– Pragnę tylko kolegę przestrzec. I nie powiedziałem nic, co by dotyczyło pana. Skąd takie sugestie? A wracając do…

Nagle wszedł mu w słowo inny, chichocząc przy tym; podejrzewałem, że wzniesiony przed momentem toast nie był ich pierwszym.

– Powoływał się niegdyś pewien jegomość na okrutną suszę, błagając barona o wsparcie.

– I cóż z tego?

– A tyle, że nieledwie dziesięć dni wcześniej przyszła potężna ulewa. Zalało wszystek piwnice w zamku. W chwili gdy ten nieszczęśnik rozpaczając, roztaczał przed intendentem wizję straszliwej suszy, co to rzekomo zniszczyła mu zbiory, jeszcze nie zakończono sprzątania, tyle szkód było.

– Zdrowie baronowych myszy w potopie zgładzonych! – zawołał dzierżący butelkę.

– Dlatego, widzi pan, szarańcza bezpieczniejsza – tłumaczył ów ze zsuniętą brodą, kiedy już pociągnął z kielicha. – Trudno sprawdzić, ktoś musiałby pofatygować się na pole. Dobrze też poprzeć swe racje dowodem rzeczowym. – Wyciągnął coś z kieszeni kożucha.

– Na cóż mi te świerszcze, panie?

– Nie poznaje pan? Czyż to nie ta właśnie szarańcza spustoszyła pańskie pola?

– Intendent się nie zorientuje?

– Skądże. Znany jest tu z obsesyjnej dbałości o czystość. Nie wziąłby tego do ręki, sam widok ledwie zniesie.

Na paluszkach wróciłem do drzwi i trzasnąłem nimi głośno, tak by mnie słyszeli. Następnie ponownie ruszyłem w stronę chłopów, udając, że nie jestem świadomy ich obecności. Jakież było moje zdziwienie, kiedy jak gdyby nigdy nic wyszedłem zza rogu i stanąłem przed nimi. Teraz kożuchy mieli pozapinane po szyje, z palców zniknęły rodowe sygnety, nie było też ani śladu flaszki. Fałszywa broda wróciła na miejsce, tak dopasowana, że nie przejrzałbym podstępu. Chichoty i przechwałki dobiegły końca, jegomoście dreptali w moim kierunku ze spuszczonymi głowami.

– Dzień dobry, wielmożny panie kapralu! – rzekł ów ze świerszczami w kieszeni. Jakże usłużny i uprzejmy stał się jego głos; ze swą przygarbioną postawą był uosobieniem pokory.

Następni natychmiast mu zawtórowali.

– Witaj, dobry panie!

– Dobrze pana widzieć! Jak zdrowie?

– My się znamy? Nie mieliśmy raczej przyjemności… – bąknąłem, zdumiony.

– Naturalnie! Wszystkim już wszak wiadomo, że taka osobistość zawitała na zamek – odrzekł ich nieformalny przywódca, właściciel świerszczy.

– Czy to strażnik?…

– Och, panie, strażnik! – żachnął się chłop. – My tu w sprawie życia i śmierci pokornie do baronowej siedziby przychodzimy o łaskę prosić, a ten glejtu żąda! Wstydu nie ma! Oby kiedyś też go tak potraktowano, gdy w potrzebie będzie!

Pozostali zawtórowali mu pomrukami.

– Przyszliście zatem do barona? Ja również mam do niego niecierpiącą zwłoki sprawę. Byłbym zobowiązany, gdybyście wskazali mi drogę.

– My do barona? Panie, a gdzież nam, niegodnym, do niego! Skazani jesteśmy na łaskę intendenta, on nasze losy w ręku teraz trzyma. Nie to co pan! Pan, kapralu, daleko zajdzie w zamku, ja to panu mówię. Proszę wybaczyć tę poufałość, ale wyczuwam w panu wielki potencjał. Widać to od razu w pańskich przenikliwych oczach, w sposobie chodzenia, w tym nienagannym mundurze. Proszę mi wierzyć, bo choć jestem tylko niegodnym pyłem, znam się na ludziach, wielu już widziałem w tych murach!

Uniosłem brwi. Nie miałem pojęcia, cóż miała znaczyć ta mowa.

– Proszę wybaczyć, naprawdę się spieszę.

Zagrodzili mi drogę na całą szerokość korytarza tak, że nie było sposobu ich wyminąć. Nie byli agresywni, przeciwnie, wyglądali, jakby zaraz mieli paść mi do stóp.

– Zanim pan ruszy dalej, czy byłby pan łaskaw poświęcić nam, niegodnym, chwilę swego cennego czasu? Tułamy się tutaj, nikt nie chce nas przyjąć, pan zaś wiele może i rozwiązać nasz pożałowania godny problem to dla pana jak splunąć. Tak niewielki to, panie, wysiłek, a życie by nam uratował! Wszak o życie tu chodzi, gdyż los bezlitosny pokarał nas niezasłużenie. Nasze ziemie, skarby nasze największe, dotknął nieurodzaj. Plaga szarańczy, niemal jak ta egipska, spadła na nas! Spustoszyła nasz dorobek, z niczym nas zostawiając. Gdybyś, panie kapralu, tak dobry był, a widzę po oczach, że pan jest, i raczył wspomóc poczciwych w potrzebie…

Nie zdołałem przecisnąć się przez mur kożuchów. Pozostali chłopi też zaczęli lamentować nad swą nędzą, aż cały korytarz wypełnił się ich płaczliwym błaganiem.

– Dosyć! – wrzasnąłem. – Do kraju wkracza armia nieprzyjaciela! Nie mam teraz czasu na to, muszę donieść natychmiast baronowi!

Zaczęli jęczeć ze zdwojoną siłą.

– Nieprzyjaciel! Rozgrabią nasze dobra, kobiety zgwałcą, dzieci uprowadzą! Cóż my poczniemy? Na dodatek grosza nawet nędznego nie ma, głód w oczy zagląda.

– Moja matula w domu pozostała! Starowina sama na gospodarstwie, a tu wróg nadciąga! Ma tylko mnie, jeśli nic nie przyniosę, pójdziemy spać głodni. O ile nie zamordują jej do wieczora i nie rozkradną ojcowizny.

– Pan na niebiosach szarańczą nam pokarał i jeszcze nie dość mu było, to i wojnę na te ziemię zesłał! Czym żeśmy zawinili?!

Powinienem rozgonić to towarzystwo na cztery wiatry i jeszcze zrugać przykładnie za perfidne oszustwo, ale jakoś nie mogłem wykrzesać w sobie dość gniewu, raczej żal mi się ich zrobiło. Wydobywszy parę miedziaków z kieszeni spodni, cisnąłem je za siebie, a chłopi rzucili się nań natychmiast jak kury na wysypane przez gospodarza ziarno. Pożałowania godny był to widok, gdy tak kotłowali się na podłodze, szeleszcząc kożuchami. Zniesmaczony, co prędzej ruszyłem dalej korytarzem.

Przez wielkie okna podziwiałem zamkowe ogrody, skąpane w słonecznym blasku. Nie wchodziłem w żadną z odnóg korytarza, aż dotarłem do narożnika skrzydła, gdzie albo musiałem już pójść w prawo, wgłąb zamku, albo wspiąć się po spiralnych schodach prawdopodobnie wiodących do wieży. Już miałem skręcić, kiedy usłyszałem, że ktoś schodzi z góry.

Z początku pomyślałem, że to ten nieuprzejmy starzec-skryba, bowiem ostrożnie pokonująca schody postać nosiła podobne odzienie i także była już w podeszłym wieku. Gdy jednak człowiek ten stanął w świetle wpadającym przez okno, ciemny ubiór okazał się sutanną, której jednolitą czerń zakłócała jedynie biała koloratka. Przybysz przyjrzał mi się, chyba równie zdziwiony moim widokiem, co ja jego.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powitałem go z lekkim ukłonem.

Na zeschłej, pomarszczonej twarzy księdza zajaśniał szczery uśmiech.

– Na wieki wieków, amen. Dawno nie słyszałem tego pozdrowienia; jest pan bardzo dobrze wychowany, młody człowieku. Tutaj nikt już nie pamięta o tradycji.

Był niewysoki i drobny, lecz ciężar lat nie zdołał jeszcze ugiąć mu pleców. Z ogorzałym obliczem i kępką rzadkich włosów przypominał obeschnięty owoc.

– Proboszcz z mojej parafii dałby mi w skórę, gdybym spróbował odezwać się inaczej. – Uśmiechnąłem się.

– I słusznie, kapralu, dyscyplina to podstawa! – Zasalutował mi żartobliwie.

Kolejny obcy człowiek wie, kim jestem, pomyślałem. Przedstawiłem się strażnikowi, ale było mało prawdopodobne, by wieść rozeszła się tak szybko po wielkim gmachu. Co prawda straciłem już nieco czasu na błąkanie się, lecz postanowiłem mimo to zamienić kilka słów z kapłanem; miał w sobie coś wzbudzającego zaufanie – i nie tylko to, że należał do stanu duchownego – a mnie dość poważnie zastanawiał zagadkowy nieporządek tego miejsca.

– Czy nie będzie zbyt wielkim nietaktem, jeśli spytam, co księdza sprowadza na zamek?

– Ależ nie. Odpowiedź jest banalna: to, co i pana.

Uniosłem brwi.

– Obaj mamy do wykonania zadanie – wyjaśnił – i nie tylko my. Nikt nie przybywa do zamku bez celu.

– Przed chwilą spotkałem na korytarzu chłopów. Ich widok tutaj bardzo mnie zdziwił – powiedziałem, ciekaw, jak na to zareaguje. – Widzę, że panują tu dość nietypowe zwyczaje. Spodziewałem się innego przyjęcia w posiadłości barona, biorąc pod uwagę, z czym przychodzę.

Ksiądz pokiwał głową jakby współczująco.

– To zrozumiałe. Pan się śpieszy i oczekuje szybkich działań. Obawiam się, że nie jest to właściwe podejście. Jeśli go pan nie zmieni, czeka pana sporo rozczarowań, kapralu. Już zresztą widzę je na pańskiej twarzy. Nie tak pan to sobie wyobrażał, prawda?

– Nikt tutaj nie wydaje się poruszony wieściami, które przynoszę. Tymczasem w kraju może już trwać wojna.

Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Oczywiście, sytuacja w kraju wszystkich nas tu porusza, choć pewnie nie w taki sposób, jak by pan oczekiwał.

– Służba potraktowała mnie skandalicznie. Nie omieszkam wspomnieć o tym baronowi.

– No właśnie, o tym mówiłem. – Pomarszczona twarz starszego człowieka przybrała wyraz zatroskania. – Pozwolę sobie dać panu pewną radę, kapralu, gdyż poznałem już dość dobrze to miejsce. Otóż najlepiej traktować wszelkie tutejsze sprawy z… pewnym dystansem. Takie podejście jest, powiedziałbym, najzdrowsze, bo i po cóż zbędnymi emocjami duszę swą zatruwać? A pan jest młodym człowiekiem, pełnym namiętności. Chce pan działać śmiało i szybko, i dobrze, bo takie są prawa młodości. Nie namawiam pana, by się nie angażować, broń Boże! Lepiej tylko będzie przyjąć porządek zamku jako dany i nie próbować go zmieniać. Szkoda energii, tylko frustracji się pan nabawi, trwoniąc swój młodzieńczy zapał na zawracanie kijem rzeki. Ona z raz nadanym biegiem kierunku nigdy nie zmieni.

– Zatem mam po prostu przyjąć do wiadomości, iż po zamku barona chodzą przebrani chłopi i żebrzą, choć palce ich zdobią złote pierścienie? – rzuciłem ze złością, ale znów nie wywarłem swymi słowy pożądanego wrażenia.

Ksiądz zaśmiał się w głos.

– Od zawsze nieudolnie się kryli. No i co pan poradzi? Przecież ich nie wygnamy. Ktoś musi zarządzać włościami barona, choćby i niegospodarnie. Lepiej tak niż wcale. Takich żeśmy sobie gospodarzy sami wychowali, niestety.

– Baron wie o tym?

– Naturalnie! Nic nie dzieje się tu bez jego wiedzy.

– To dlaczego, do diabła, nie wyda ich katom?! – nie wytrzymałem. – Z moich lochów, gdyby dano mi tu władzę, nie wyszliby, póki ostatni zagarnięty bezprawnie grosz nie zostałby zwrócony!

– I dlatego właśnie to nie panu ją dano – odrzekł kapłan.

– To nie żadne zwyczaje, proszę księdza, teraz już wiem. Nie rozumie ksiądz? Baron jest władcą słabym, stąd tu nieporządek. Zamiast postąpić ze złymi sługami jak w przypowieści o talentach, toleruje ten stan rzeczy.

– Nie docenia go pan, kapralu, a to błąd! Napisane jest wszak: „Potęgą władasz, a sądzisz łagodnie i rządzisz nami z wielką oględnością, bo do Ciebie należy moc, gdy zechcesz”.

– Wszystko mu to powiem, gdy stanę przed nim. Tak nakazuje obowiązek. Kraj jest w niebezpieczeństwie, a przez jego niedbalstwo nie mogę wypełnić zadania.

Ksiądz wzruszył ramionami.

– Jak pan uważa. Napisane jest też: „Kołaczcie, a otworzą wam”. Niech pana Bóg prowadzi, kapralu.

Skłoniłem się z szacunkiem i podjąłem przerwany marsz, wyładowując swą złość w szybkim kroku. Jak mamy odeprzeć nieprzyjaciela, gdy sami u siebie nie potrafimy zaprowadzić podstawowego ładu? – pomyślałem.

Korytarz ciągnął się z rzędem komnat po prawej stronie i oknami po lewej.

Ktoś tutaj musi wiedzieć, gdzie urzęduje baron. Jakby w odpowiedzi na tę myśl usłyszałem szelest. Jedne z drzwi otworzyły się. Stara, zgarbiona służka wychodziła właśnie, taszcząc z wyraźnym trudem wiadro ze szmatami oraz miotłę. Przyszło mi do głowy, że przecież nikt tak dobrze nie orientuje się w sprawach pana jak służba; są wszędzie, stanowią niezauważalne tło, wiele widzą, wiele słyszą.

– Witaj, dobra kobieto. Chyba się zgubiłem. Czy możesz wskazać mi drogę?

Słusznej budowy kobieta w chuście na głowie spojrzała na mnie z wyraźnym lękiem w wyblakłych oczach.

– Matko boska… – zipnęła.

– Szukam komnat barona – dokończyłem, świadom już, że to daremne.

Jedynie wpajane przez lata posłuszeństwo powstrzymywało służącą przed natychmiastową ucieczką. Patrzyła wszędzie, tylko nie na mnie.

– Ja nie chciała, naprawdę… – wybąkała wreszcie.

– Czego nie chciałaś?

Zgarbiła się jeszcze bardziej, jakbym smagnął ją biczem.

– Panie kochany, ja naprawdę nie chciała! Tylko te kilka okruszyn, które zostały, nic więcej! Przysięga ja na obraz Najświętszej Panienki!

– Pytałem o barona…

Wczepiła się w mój rękaw, porzuciwszy miotłę i wiadro.

– Ja przeprasza! Pan baron taki dobry, taki łaskawy, ja bym nigdy… Niechże pan litość okaże mnie, starej!

Wobec mojego milczenia jej lamenty jeszcze bardziej przybrały na sile. Szarpała mnie za ramię i zalewała się łzami, aż kompletnie przestałem rozumieć wypowiadane słowa. Nagle z pokoju wyłonił się ktoś jeszcze. Kolejna służka, tym razem młoda dziewczyna, widząc, co się dzieje, wydała zaniepokojone westchnienie. Natychmiast doskoczyła do starej i poczęła ją odpędzać.

– Co robisz, głupia?! Zostaw pana natychmiast! Nie widzisz, że kapral jest zmęczony? Tyle co przyjechał. No, już, poszła stąd! Poszła, mówię!

Starsza kobieta, wyjąc, trzymała się rękawa mojego munduru jak matczynej spódnicy i dopiero gdy dziewczyna zamachnęła się miotłą, ustąpiła. Zwyciężczyni starcia błyskawicznie zajęła jej miejsce. Miała ciemne włosy związane z tyłu. Szczupła i zgrabna, co widać było nawet przez obszerny fartuch, miała energiczne ruchy osoby nawykłej do pracy. Drobnymi dłońmi chwyciła moje ramię z zaskakującą siłą.

– Proszę wybaczyć, kapralu. Jest nieco zdziwaczała, ale baron trzyma ją tu z litości. Jego dobroć naprawdę nie zna granic. Proszę, zechce pan spocząć? Pokój już gotowy. – Poczęła ciągnąć mnie do wnętrza pomieszczenia.

– Spieszno mi, panienko. Muszę się niezwłocznie widzieć z baronem.

– Naturalnie, panie. Dlatego kazał przygotować dla pana pokój.

– To dla mnie? – zdziwiłem się.

– Przybył pan w samą porę, kapralu, właśnie skończyłyśmy. No, proszę, niechże pan wejdzie.

– Ale skąd wiedział?…

– To jego zamek, nic tu nie dzieje się bez jego wiedzy.

– Skąd wiedział, że przyjdę akurat tutaj? Nikt nie wskazał mi drogi.

Dziewczyna zaśmiała się uprzejmie.

– Niemal wszyscy przekraczając próg zamku skręcają w lewo. Tacy już ludzie są, a baron zna się na ludziach jak mało kto.

Weszliśmy do środka. Był to typowy skromnie umeblowany pokój gościnny ze sporym i wyglądającym na bardzo wygodne łóżkiem.

– Proszę się rozgościć.

Nie skomentowałem dziwnego przyjęcia. Cóż, najważniejsze, że baron wiedział o moim przybyciu. Jestem prostym żołnierzem, nie trzeba mi wiele, a już na pewno nie ceremoniałów. Byle tylko panował jakiś elementarny ład, westchnąłem w duchu. Zaraz zapewne przyśle kogoś po mnie i będziemy wreszcie mogli rozmawiać twarzą w twarz. Przysiadłem na łóżku.

– Wygodnie panu? Może odpocznie pan nieco? Z pewnością podróż tutaj bardzo pana zmęczyła.

– Nie jechało się lekko – przyznałem i rzeczywiście skoro tylko poczułem miękkość łóżka, natychmiast dała o sobie znać odpędzana dotychczas senność.

– Och, pan na pewno głodny! Zaraz coś przyniosę.

– Nie trzeba, panienko. Nie zabawię długo. Najlepiej zapowiedz mnie baronowi.

Przystanęła wpół kroku, przypatrując mi się. Mogła mieć nie więcej niż siedemnaście lat, oceniłem. Bystre ciemne oczy na sekundę spotkały się z moimi i natychmiast uciekły spojrzeniem gdzieś w bok.

– Nie mogę, panie. Nie mam wstępu do Sekretariatu, nawet nie wiem, gdzie on jest.

Przypomniał mi się jegomość w kapeluszu, którego spotkałem w hallu. Powiedział, że tam właśnie zmierza. Może jednak powinienem był pójść jego śladem? Ciekawe, co byłoby wówczas, jak zostałbym przyjęty.

Przesunąłem dłońmi po miękkiej pościeli. Głowa robiła mi się już ciężka. Jechałem tu w pośpiechu kilka godzin, w nocy prawie nie spałem. Liczyłem na szybkie doręczenie wiadomości, nie przewidziałem takich komplikacji.

Dziewczyna nieśmiało podeszła bliżej.

– To może potrwać, panie – rzekła jakby w odpowiedzi na moje myśli. – Sprawy mają swój bieg, którego nic nie przyspieszy.

– To rzecz najwyższej wagi, tutaj nie ma miejsca na zwłokę – odparłem, tłumiąc ziewnięcie.

– Och, pan naprawdę jest bardzo zmęczony! Proszę, może zdejmie pan marynarkę?

Już miałem zaoponować, ale wcale nie czekała mojej odpowiedzi. Jej mocne, spracowane dłonie sprawnie oswobodziły mnie z munduru. Starannie powiesiła marynarkę na oparciu krzesła.

– Będzie tu sobie wisieć, może pan być spokojny. Proszę odpocząć nieco. Musi pan nabrać sił przed rozmową z baronem.

Usiadła tuż obok mnie. Oczy jej błyszczały. Opanowało mnie ciepłe odrętwienie.

– Jak wygląda służba tutaj? – zapytałem.

Uśmiechnęła się. Tym razem nie uciekła wzrokiem.

– Wie pan, że ten zamek jest jak słońce?

Uniosłem brwi. Zaśmiała się, wyraźnie rozbawiona moim zdziwieniem.

– Pewnie nie przypuszczał pan, że wiejska dziewka może coś takiego powiedzieć? Tak sobie myślę czasem… On promienieje, wie pan? Na wszystko wokół. – Twarz służki także zdawała się promienieć. Dalej patrzyła mi w oczy. Przygryzła wargę; miała piękne, wydatne usta. – Jaki pan spięty, kapralu. Co tam my, tutaj! Wy, wojskowi, macie taką ciężką służbę. – Przesunęła się na łóżku, wyciągnęła ręce. Smukłymi palcami błądziła po moich plecach oraz karku i zaczęła delikatnie ugniatać. Przez koszulę czułem jej ciepło i siłę.

– Panienko, nie trzeba… – zaprotestowałem słabo. Powieki same się zamykały, pomyślałem, że zaraz zasnę na siedząco.

Dziewczyna dalej masowała z wyraźną wprawą. Ciepło jej dłoni przenikało do wewnątrz mnie. Ledwo zauważyłem, gdy rozpięła kołnierz koszuli.

– On promienieje jak słońce – mówiła dalej aksamitnym głosem. – Swymi promieniami sięga daleko, daleko aż po horyzont. W blasku bijącym od zamku wszystko dojrzewa, rozwija się. Ludzie patrzą nań i mówią: „Oto nasz los, nasz byt, nasza przyszłość. Jakież to szczęśliwe czasy! Jaka łaska nas spotkała!”. Gdzie pada światło, kwitnie życie, poza nim wszystko umiera.

Usiadła jeszcze bliżej. Błądzące niby przypadkowo dłonie znów przypłynęły w okolice guzików koszuli. Jakże łatwo je pokonały: jeden, drugi, trzeci… Dłonie dziewczyny pachniały mydlinami, miała skórę jak dojrzała brzoskwinia. Obezwładniony sennością, poddałem się im.

– A ja chcę żyć, panie – powoli wyszeptała mi wprost do ucha. Poczułem słodki ciężar jej biustu na ramieniu. – Chcę żyć prawdziwie; niczym silnego rumaka chcę to życie… ujeżdżać – zaśmiała się. We włosach poczułem błądzącą dłoń,  jej ciepły oddech padał na skórę. Mrucząc, przygryzła delikatnie płatek ucha.

– Mam żonę – westchnąłem, już na wpół śpiąc.

– Nie tutaj, kochany. W zamku nie ma żon. – Pocałowała moją skroń. – ani rodzin, ani odpowiedzialności. – Cmoknęła znów. – To zostaje na zewnątrz, nieistotne jak wszystkie tamtejsze sprawy. Teraz tu jest twoje nowe życie.

Koszula spłynęła z moich ramion na łóżko. Chwilę później poszedłem w jej ślady. Zapadając w ciemność, chwyciłem się jej jędrnego, młodego ciała, a zachłanne wargi niemal całkiem odebrały mi oddech…

Gdy już zdawało się, że pochłonął mnie całkiem, mrok rozwiał się momentalnie. Otworzyłem oczy, natychmiast rozbudzony. Leżałem na łóżku sam, ubrany. Służki nigdzie nie było, bo przecież zaprosiwszy mnie do pokoju, popędziła dalej do swej pracy. Przetarłem twarz, aż zniknęły z niej resztki snu. Upewniwszy się, że raport dla barona bezpiecznie spoczywa w kieszeni marynarki, opuściłem pokój.

Nogi nie chciały mnie nieść. Musiałem mocno zasnąć, pomyślałem, szło mi się mozołem, jak przez błoto. Zupełnie nie wiem dlaczego zamiast ruszać dalej, zawróciłem do schodów, gdzie spotkałem księdza. Niesiony niezrozumiałym impulsem, wszedłem na nie. Nie zatrzymałem się na ostatniej kondygnacji, parłem dalej na sam szczyt wieży. Tam przywitał mnie bezkres błękitu nieba. Wychyliwszy się za blanki, spojrzałem w dół i aż mnie zatkało. Byłem niewyobrażalnie wręcz wysoko: potężna budowla zamku poniżej przypominała dziecinną zabawkę. Widok dokoła również zapierał dech. Z tej wysokości mogłem sięgnąć wzrokiem do najdalszych zakątków kraju. I rzeczywiście, na horyzoncie dostrzegłem majaczące w oddali dymiące kominy chat. Zaskakujące jednak było, że w bezpośrednim sąsiedztwie zamku nie było nic, dosłownie, tylko łąki. Gdzie się podziały okoliczne wsie? Gdzie gościniec, którym przyjechałem? Nic, jedynie nieużytki i hulający w pustce dzielącej mnie od zewnętrznego świata wiatr…

Zbudziłem się gwałtownie, przez chwilę nie wiedząc, gdzie jestem. W pokoju panował wieczorny półmrok. Wraz ze spływającą powoli świadomością, serce zerwało się w mojej piersi do biegu. Boże jedyny! – zawyłem w myślach – Moje zadanie! Raport! Miałem dostarczyć go baronowi!

Wyskoczyłem z łóżka i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że jestem nagi. Popatrzyłem dokoła w panice.

– Kapralu… – usłyszałem zaspany głos służki. Chciała z powrotem wciągnąć mnie do ciepłej pościeli, ale odtrąciłem jej rękę. Natychmiast dopadłem krzesła, na którym zawieszone były moje ubrania.

– Boże! Boże jedyny! – jęczałem.

Kiedy miałem już na sobie spodnie, usiadłem na łóżku i począłem wzuwać wysokie buty. Dziewczyna przylgnęła do moich pleców.

– Naprawdę idzie pan do barona?

– Dawno powinienem był – odwarknąłem, nie przerywając sznurowania. – Wszystko przez ciebie, głupia! Teraz tylko Boża Opatrzność może nas ocalić, jeśli tam, na zewnątrz, rzeczywiście trwa już wojna!

– A co będzie ze mną, panie?

– Milcz! Muszę ruszać, natychmiast. Może coś jeszcze da się uratować.

– Niech mnie pan zabierze ze sobą, proszę.

Zdumiony, obejrzałem się na nią. Oczy służki lśniły w ciemności.

– To cię nie dotyczy, dziewczyno.

Wciąż naga, zeskoczyła z łóżka i padła przede mną na kolana.

– Błagam pana! Nie mogę tak dalej!

Podszedłem do lustra, by w gasnącym wpadającym przez okno świetle włożyć koszulę.

– Kapralu, błagam! Chcę wreszcie zacząć żyć. Chcę pójść tam, na górę, gdzie jest prawdziwe życie. Chcę zobaczyć Sekretariat! Mogę robić wszystko, nie boję się pracy. O cokolwiek poproszą, zrobię! Tylko proszę, zaklinam pana, niech mnie pan tam zabierze! Pan tak wiele może, kapralu, idzie pan do samego barona! A jeśli nie, może chociaż pan… wspomni?…

Nie słuchałem dłużej. Nawet nie spojrzałem na nią, zbyt żałosny był to widok. W milczeniu dokończyłem ubierania munduru, wygładziłem włosy, sprawdziłem, czy w kieszeni są dokumenty, po czym biegiem opuściłem pokój.

Szkarłat zachodzącego słońca zalewał pogrążony w ciszy korytarz. Spędziłem tu niemal cały dzień, pomyślałem ze zgrozą. Klnąc pod nosem, podjąłem tak lekkomyślnie przerwaną wędrówkę przez zamek.

Część 2/2

4 myśli na temat “Fantasmagoria #28 – „Na szczycie wieży” (cz.1/2)

  1. Gabrielu,

    ciekawy klimat, taki oniryczny pod koniec, trochę miesza się sen z jawą. Całość nie wiadomo do końca, kiedy się dzieje. Przedmioty, i nie tylko, świadczą o „dawności”, jednak czasem miałem wrażenie, że to trochę świeższe czasy. Miało na to wpływ słownictwo, dość nowoczesne. Całość zmierzająca w konkretnym kierunku, jednak bez „motoru napędowego”, przynajmniej dla mnie. Przynajmniej pierwsze zdanie powinno być zaciekawiające.
    Szczerze tak średnio mi się podobało, technicznie napisane bardzo dobrze, ale czegoś mi tu brak, tak to czuję. Ale czytało się bardzo dobrze.

    Wyskoczył zza nich jakiś mężczyzna w długim płaszczu i kapeluszu.
    Śmiało można wyrzucić: jakiś – kilka razy użyłeś niepotrzebnie tego słowa.

    Na wszystko wokół – Twarz służki także zdawała się promienieć.
    Kropka przed myślnikiem.

    Po uporaniu się z butami podszedłem do lustra,
    Unikaj takich określeń: „Po uporaniu się z butami”. Wystarczy to, co potem. Skoro poszedł do lustra, bez dodatkowego opisu, znaczy, że już dokończył czynność, o której wspomniałeś ciut wcześniej. Niech czytelnik sam pomyśli: aha, znaczy, że już założył buty. Im czytelnik więcej będzie myślał, tym lepiej dla książki.

    Pozdrawiam.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Czyli udało się, bo właśnie o stworzenie takiego klimatu i takiej niejasności jeśli chodzi o czas akcji mi chodziło. To opowiadanie ma być parabolą; w drugiej części, mam nadzieję, jej sens stanie się nieco klarowniejszy.
      Antoni, dzięki Ci za komentarz i jak zawsze celne wskazówki.
      Pozdrowienia.

      Polubienie

  2. Bardzo piękny wpis. Znowu mnie przekonujesz, że w takim klimacie czujesz się jak ryba. Zwroty, wypowiedzi, dialogi – jest dla mnie wszystko w punkt. Bardzo „szybko” mi się czytało i byłam zaskoczona gdy dobrnęłam do końca. Nie będę mogła doczekać się drugiej części, ale plus jest taki, że komentarz daję stosunkowo późno, więc już niedługo do drugiej części 😀

    Pozdrawiam Cię – G.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s